Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Thei'de. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Thei'de. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 8 lutego 2015

36. To nie on

     Siedząc na podkurczonych nogach, Thei'de mocował ostatni fragment swojego uzbrojenia – podwójne ostrza nadgarstkowe. Zapiąwszy ostatnią klamrę, spojrzał na koc i na rozłożonych na nim kilka przedmiotów. W apteczce znajdowało się coś, co miało mu pomóc; może nie zregeneruje utraconych sił, ale sprawi, że organizm wykrzesze z siebie jeszcze tę resztkę energii, która mu została. Łowca umieścił ampułkę w podajniku i wstrzyknął sobie jej zawartość. Po kilku sekundach poczuł przypływ sił i wyrzut adrenaliny do krwi. Chwycił naginatę i zerwał się do biegu, musiał działać szybko. Pędził przez gęsty yautjański las, zwinnie wymijając drzewa. Nie zwolniwszy nawet, w pełnym pędzie wbiegł na krzywo rosnący pień jednego z nich, wybił się i przeskoczył na kolejne, potem na kolejne i kolejne. Zwolnił dopiero na skraju lasu by się rozejrzeć, a stwierdziwszy, że pola okalające miasteczko są puste, ruszył dalej. 
Przedmieścia powitały go domostwami zamieszkanymi przez robotników rolnych i średnio zamożnych mieszczan. Thei'de szedł główną ulicą, nie przejmując się zaciekawionymi spojrzeniami. W porysowanej zbroi, umazany błotem z jaskini, z liśćmi drzew we włosach wyglądał dosyć nietypowo.
Dotarłszy do karczmy ojca Tei, przystanął przed wejściem. Ze środka dobiegł go głos właściciela karcącego niezdarną córkę za lenistwo. Thei'de zajrzał przez okno do wnętrza, Tea wycierała stoły. Nagle, jakby poczuwszy jego wzrok na sobie, gwałtownie się odwróciła. Ujrzała go, a trzymana przez nią ścierka wypadła jej z rąk. Thei'de uśmiechnął się do dziewczyny, zmierzył się z nią wzrokiem, a potem zniknął za ścianą, w której osadzone było okno. Dziewczyna ruszyła jego śladem. Tym razem łowca odgrywał też rolę przynęty. Pojawiał się na chwilę tylko po to, by zniknąć za kolejnym budynkiem lub drzewem. Wabił ją, a ona posłusznie szła za nim. Byli coraz dalej od centrum miasteczka i zmierzali w stronę przeznaczonych do wyburzenia magazynów, które Thei'de odkrył spacerując po miasteczku. 

     Tea nie bała się, przecież go kochała, a on… zatrzymał się przed bramą do nieczynnego silosu i patrzył w jej stronę, jakby chciał powiedzieć: no, pośpiesz się. I Tea przyśpieszyła, prawie biegiem dopadła drzwi i otworzyła je na oścież. Wnętrze silosu było suche i ciemne, w powietrzu unosił się ciężki zapach oleistej rośliny naczi. Tea zadarła głowę do góry, tuż nad drabinką, przylegającą do ściany i wiodącą w górę silosu, ujrzała właz a w nim uśmiechniętą i piękną twarz Thei'de. Poszła odważnie za nim. Bez wysiłku wspięła się na stryszek, tu też było gorąco i duszno, a z uszkodzonego dachu sączyły się jasne strużki światła. Tea rozejrzała się, w tak wysokiej temperaturze wszystko wyglądało tak samo. Na podłodze zalegało jeszcze ziarno naczi i stopy Tei tonęły w nim. Pomiędzy drobnymi kulistymi ziarenkami dojrzała napierśnik ukochanego, podeszła bliżej. Wtem coś zasłoniło jej oczy i Tea krzyknęła zaskoczona.
   – Czekałem na ciebie. – Tuż przy jej uchu rozległ się przyjemny, niski głos, a po nim pomruk zadowolenia. Dziewczyna zachichotała uradowana. 
   – Przyszedłeś do mnie? – zapytała, nie dowierzając swemu szczęściu.
  – Zostawiłaś mnie samego i zdążyłem się za tobą stęsknić. – Powiedział dokładnie to, co spodziewał się, że chce usłyszeć. Odsunął włosy z jej szyi i wbił w nią kły, niezbyt mocno, tylko tak, by poczuła lekkie ukłucie. Tea zapiszczała radośnie, odwróciła się i objąwszy go, przywarła do niego całym ciałem. Thei'de przechylił ją do tyłu, bez oporu pozwoliła mu na to, położył ją delikatnie na ziarnie, tuż obok swojej złożonej włóczni. Dziewczyna ochoczo zadarła sukienkę do góry.
   – Zaczekaj – szepnął. – Tylko odłożę broń.
   – Nie przeszkadza mi – odrzekła i odepchnęła go. Przeturlali się tak, że teraz to ona była na górze. Thei'de zadziwiła jej siła, nie spodziewał się, że taka niepozorna istota może mieć jej aż tyle. Tea zabrała się za rozpinanie paska na jego biodrach, pozwolił jej na to. Potem złapał ją za włosy z tyłu głowy i lekko ciągnąc zmusił, by przeturlali się z powrotem w pobliże włóczni. Ziarno przykleiło mu się do ciała, ale nie zwracał na to uwagi. Tea rozkraczyła się, więc przydusił ją swoim ciałem do podłogi. Nie mogła zaczerpnąć powietrza, ale to ją tylko podnieciło.
   – Kochany – szepnęła. – Będziemy tacy szczęśliwi.
   – O, tak… bardzo... – wycharczał Thei'de. Jego głos nie przypominał już tego, którym przemówił do niej wcześniej.
Dziewczyna przestraszyła się, otworzyła powieki, spojrzała mu w twarz i przeraziła się jeszcze bardziej. W spokojnych przed chwilą oczach czaiło się coś przerażającego, jakaś iskierka, która sprawiła, że całe ciało Tei przeszył dreszcz przerażenia. Usta jej ukochanego wykrzywiał paskudny grymas ni to uśmiechu, ni pogardy.
   – Puść – krzyknęła. Twarz Thei'de skrzywiła się jeszcze bardziej.
Wystraszona dziewczyna poczęła się szamotać. Widząc, jak jego dłoń wędruje w stronę włóczni,  zawyła ze strachu.
   – Puść, puść, puść, puuuść! – krzyczała drapiąc go i wierzgając nogami.
   – To żebyś mnie pamiętała – powiedział zachrypniętym głosem i wepchnął grot włóczni między nogi Tei, zakrywszy uprzednio jej usta dłonią. Dziewczyna próbowała wbić mu krótkie paznokcie w skórę, z jej gardła wydobyło się coś na kształt kwiku rannej świni. Kopała nogami, ale nie mogła się uwolnić. Thei'de przekręcił broń, oczy Tei uciekły w głąb czaszki. Przez chwilę Łowca rozważał, czy nie rozłożyć naginaty i tym samym nie skrócić marnego życia Tei, lecz uznał, że to byłoby zbyt łagodne rozwiązanie. Odwrócił nieprzytomną dziewczynę na brzuch i jednym mocnym szarpnięciem rozerwał jej sukienkę odsłaniając plecy. Kręgosłup Tei był krzywy i z pewnością z wiekiem skrzywiłby się jeszcze bardziej. Thei'de przesunął palcami wzdłuż niego od karku aż do miejsca, w którym uszkodzenie nie zabija lecz pozbawia okaleczonego władzy w ciele. Taki pomysł wymagał chirurgicznej precyzji. Łowca ujął jedną ręką Teę przez pierś a drugą wsparł na kręgosłupie. Krzywe kręgi nie poddawały się łatwo. Thei'de naciskał, aż usłyszał w końcu chrupnięcie.
   – To cię skutecznie pozbawi ochoty na igraszki – powiedział, wstając.
Tea do końca życia miała być warzywem karmionym przez innych i robiącym pod siebie – tego właśnie chciał, żeby cierpiała. Szybko pozbierał swoje rzeczy, zerknął na nią jeszcze raz i poszedł do wyjścia, przed samy włazem jednak zatrzymał się gwałtownie. Nie, On jeszcze nie skończył.


     Chwilę później Thei'de wyszedł z silosu, wspomagacz przestał działać i Łowca ledwo trzymał się na nogach. Potrzebował chociaż odrobiny snu. Z ciężkich, granatowych chmur spadły pierwsze krople deszczu, jeszcze chwila i rozpada się na dobre. W powietrzu wyczuwało się napięcie całej przyrody, jakby wszystkie żywe istoty czekały na burzę. Z oddali słychać już było pierwszy pomruk grzmotu. Thei'de wciągnął w płuca duszne powietrze. Czy to już południe? Rozejrzał się, nie bardzo wiedział, w którym kierunku powinien teraz iść. Po chwili odzyskał orientację i ruszył w stronę obrzeży miasta. Trochę to zajmie, ale lepiej nie ryzykować i nie pałętać się po mieście w dzień po akcji z Rozjemcami. Nagle, tuż pod jego stopami, rozbłysło jasne światło i jakaś potężna siła wyrzuciła go w powietrze. Thei'de opadł na ziemię kilka metrów dalej, a z nieba posypały się na niego kawałki ziemi i pyłu. Ogłuszony próbował dźwignąć się na łokciu, w głowie słyszał tylko pisk. Potrząsnął głową, jakby to miało mu pomóc w pozbyciu się go. Coś przesłoniło resztki słonecznego blasku przedzierającego się przez dziurę w chmurach i świecącego mu prosto w twarz. Czyjaś rozmazana, ukryta za maską twarz pochylała się nad nim.
   – Do …ąd …szysz? – usłyszał głos przerywany piskiem. Zmrużył powieki, by osłonić oczy przed słońcem.
   – Pytam, dokąd ci tak spieszno, kolego? – Rozjemca stał nad nim, jego twarz osłaniała maska, a z działka na ramieniu wciąż unosiła się para. – Jesteś aż tak głupi, by łazić dzisiaj po mieście? – zapytał. Thei'de uśmiechnął się z przekąsem. 
   – Chyba faktycznie tego nie przemyślałem – powiedział.
Rozjemca złapał go za rękę i sprawnie wywinął mu ją za plecy. Łowca syknął z bólu, gdy mężczyzna przydusił go kolanem do ziemi i w ten sam sposób wywinął mu drugą rękę.

     
     W kajdanach, bez zbroi i broni, zamknięto go w małej i wąskiej celi. Thei'de z lubością opadł na twardą więzienną pryczę. Było mu już wszystko jedno, potrzebował snu – o przyszłość zatroszczy się później.

   – Kogo pan tam przytaszczył? – zapytał Kimi, najmłodszy spośród Rozjemców. Właśnie wrócił z domu Zottara i widok całkowicie obandażowanej twarzy kolegi kompletnie pozbawił go humoru.
   – Zgadnij. Skóra w paski, czerwona zbroja i długie włosy – odparł komendant, upewniając się, że zamknął celę. Kimi spoglądał przez chwilę na przełożonego ogłupiałym spojrzeniem i widać było, że nie bardzo rozumie.
   – Nie! – wykrzyknął nagle, jakby odkrył rzecz niemożliwą.
   – Tak.
   – Zottar gotów z łóżka uciec, gdy się o tym dowie… Ale jak?
 – Nie uwierzysz… sam mi się napatoczył. A właśnie, sprawdź stary silos w piątym sektorze. Widziałem, jak stamtąd wychodził. Tylko uważaj.
Kimi pokiwał głową.
   – Jasne, już się robi – odparł.
 – A co u chłopaków? – Pytanie komendanta powstrzymało młodego Rozjemcę przed natychmiastowym wykonaniem polecenia.
   – Kilka operacji i będą jak nowi.
   – To dobrze. A, Zottar?
   – Pełen wigoru, gdyby nie lekarze i żona już by siedział za biurkiem albo patrolował ulice.
  – To jeszcze lepiej, bo będzie musiał zidentyfikować podejrzanego. No, śmigaj już, bo roboty masa, a czasu mało. Musimy zamknąć sprawę nim się wieści rozniosą i zwalą nam się na łby wewnętrzni.
   – Tak jest. – Kimi dumnie wypiął pierś.


     – O co jestem oskarżony? – zapytał Thei'de, spoglądając w pochmurną twarz kapitana i robiąc niewinną i kompletnie zdziwioną minę.
   – Ty się jeszcze pytasz?! – wrzasnął na niego Gorhan. Thei'de nie dał się wyprowadzić z równowagi. Klęcząc na środku pokoju do przesłuchań ze skrępowanymi z tyłu rękoma, wyglądał, jakby się świetnie bawił. Naprzeciwko niego, rozparty w fotelu, siedział Komendant Rozjemców i wpatrywał się we własne dłonie. Obok szefa yautjańskiej policji stał młody mężczyzna, wnioskując z wyglądu, mógł być rówieśnikiem Thei'de. Komendant wołał na niego…
   – Kimi? Tak? – zapytał Thei'de, spoglądając na młodego Rozjemcę i puszczając do niego oko. Kimi pozieleniał na twarzy i niepewnie spojrzał na przełożonego.
   – Och, daj spokój – rzekł Gorhan. – Przecież on to robi specjalnie – i zwracając się do więźnia, dokończył. – A ty przestań, bo… – urwał, zauważywszy, że więzień zamiast go słuchać, pociera policzek o własne ramię.
   – Możesz przestać! – krzyknął poirytowany.
   – Kiedy mnie twarz swędzi, a nie mam się jak podrapać. Kimi, pomożesz mi? – Thei'de błagalnie spojrzał na młodego mężczyznę.
   – Kimi, pomóż mu – rozkazał Gorhan.
   – Ale..
   – Podrap go, do cholery, bo w życiu nie ruszymy z miejsca.
Młody Rozjemca zawahał się, nie podobał mu się wyraz twarzy więźnia.
   – No, weź – zachęcał go Thei'de. – Przecież nie odgryzę ci ręki… przynajmniej na razie – dodał ochrypłym głosem, który sprawił, że Kimi zamiast podejść bliżej, cofnął się o krok.
   – Na Paya, sam to zrobię – warknął Gorhan i podszedł do klęczącego więźnia, ten przekrzywił głowę, nastawiając prawy policzek.
   – O, tu – powiedział Thei'de. Komendant podrapał go, a więzień zaczął jęczeć.
   – Niżej… w lewo… trochę do góry… ooo tu.
Komendant warknął niecierpliwie.
   – Możemy kontynuować? – zapytał.
   – Tak. To o co jestem oskarżony? Dodam, że bez adwokata nie będę zeznawał.
   – Bez kogo? – zdziwił się Kimi. Gorhan widząc rozbawioną minę więźnia, westchnął i zapytał.
   – Kto jest tym twoim ad-no-katem?
  – Adwokatem – poprawił go Thei'de i zaraz dodał: – Ja. – Jego głos znowu przybrał ten ochrypły ton.
   – Dobrze więc…
   – Chciałbym złożyć oświadczenie. – Thei'de przerwał komendantowi w pół zdania.
   – Tak?
  – Jeśli przestępstwem jest łażenie w porze obiadowej po mieście, to przyznaję się, jestem winny.
  – Nie! Ale przestępstwem jest porwanie, gwałt, polowanie na obywateli Yautjalu i morderstwo! – wykrzyknął komendant, ze złości aż żyły wystąpiły mu na czole. 
   – Zwolnij trochę, stary. Jeśli chodzi o polowanie, to nikt nie zginął, więc, tak po prawdzie, polowania nie było – odparł spokojnie Thei'de, spoglądając raz na komendanta a raz na Kimiego. 
   – Niech dotrze wreszcie do twojego pustego łba, że tylko za to jedno przestępstwo grozi ci śmierć.
   – Nikogo nie zabiłem.
   – Nie?! A czterdziestego siódmego dnia miesiąca hatrum w stolicy, to może nie ty wyciąłeś synów radnego Mu-shena? I nie wypieraj się, mamy nagranie. To raz, teraz mamy jeszcze sprawę gwałtu i morderstwa córki karczmarza Tei.
   – O nie, w to mnie nie wrobicie. Tea żyje, może odechce jej się harców, ale żyje.
  – Doprawdy? Uważasz, że można żyć w takim stanie? – wrzasnął komendant i podsunął Thei'de pod twarz trójwymiarowy wyświetlacz, przedstawiający miejsce zbrodni i ofiarę.
   – Co! To nie ja! – Thei'de szarpnął się wściekle, przekonany, że próbują go w coś wrobić.

Do pomieszczenia wszedł Sun-ad, który pierwszy doszedł do siebie po walce. Gorhan skinął na niego głową.
   – Kurwa! To nie ja, przysięgam wam! – krzyczał więzień.
Sun-ad spojrzał na niego obojętnie i przemówił:
   – Denatka została zgwałcona ostrym narzędziem, oślepiona kwasem, a potem, gdy jeszcze żyła, rozpruto jej brzuch, wyciągnięto jelita i wepchnięto je jej do ust – przerwał, zacisnął szczęki i pięści i widać było, że ledwo się powstrzymuje.
   – Dobrze, wystarczy – uspokoił go komendant, kładąc mu rękę na ramieniu.
Thei'de opuścił głowę, przez cały czas powtarzał, że to nie on. W końcu, kiwając się do przodu i do tyłu, począł szeptać:
   – To nie ja. To nie ja. To nie ja. To nie on. To nie on. To nie on.
   – Więc kto! – Nie wytrzymał Sun-ad.
Thei'de przestał się kołysać.
  – To nie on – zabrzmiał jego ochrypły głos. – To ja.

Rozjemcy spojrzeli po sobie, nie rozumieli tego, co się dzieje. Klęczący przed nimi więzień uniósł skute za plecami ręce aż do granicy ruchu, stęknął, a z barków dał się słyszeć dźwięk wyłamywanych stawów. Mężczyźni z niedowierzaniem patrzyli, jak skuty mężczyzna wybija sobie ręce z barków, przenosi je nad głową do przodu ciała, a potem dziwnym ruchem ramion umieszcza je z powrotem w stawach. To było niewiarygodne i niemożliwe. Skuty Yautjańczyk powiódł po nich nieprzytomnym spojrzeniem, prawą ręką chwycił kajdan na przegubie lewej dłoni, i wrzeszcząc jak opętany, wyrwał sobie dłoń. Rozjemcy stali w szoku, po zmasakrowanych zwłokach Tei to była druga rzecz, której jeszcze nie widzieli i nie sądzili, że jest możliwa. Gdy więzień poderwał się z klęczek i rzucił najbliżej stojącemu z nich do gardła, wbijając w nie kły i wyszarpując w nim sporą dziurę, nawet nie zareagowali. Neonowozielona krew bryznęła z rozerwanej tętnicy. Wtedy dopier Gorhan zerwał się z miejsca i popędził do drzwi, wcześniej nie sądził, że będzie mu potrzebna broń.
   – Kimi – zdążył jeszcze zawołać. – Uciekaj.
Młody Rozjemca odwrócił się gwałtownie, chciał podążyć za przełożonym, lecz coś brutalnie rzuciło się na jego plecy i przygniotło go od podłogi. Kimi spróbował się podnieść, lecz przygniatająca go masa nie pozwoliła mu na to, więzień był znacznie od niego wyższy i cięższy. Ból przyszedł nagle, zacisnął się ze stalową siłą wokół kręgosłupa Kimiego, ciepło i niemoc ogarnęły młode ciało, a uczucie szarpnięcia u podstawy czaszki było ostatnią rzeczą, którą poczuł. Więzień wyszarpnął skrwawiony kręgosłup ofiary, musiał przy tym połamać mu żebra. 

Gorhan nie oglądał się, wbiegł do zbrojowni i pierwszą rzeczą, którą złapał, było ręczne działko plazmowe. Pochwycił je do prawej ręki, a do lewej wziął swój kastet nabijany pięciocentymetrowymi ostrzami. Zadowolony odwrócił się i od razu zamarł. Tuż przed twarzą ujrzał szeroką pierś więźnia. Uniósł dłoń z działkiem, lecz nie był w wstanie z takiej odległości oddać strzału, zamachnął się więc kastetem i udało mu się nawet przeorać skórę przeciwnika na żebrach. Tamten jakby nic nie poczuł, chwycił prawą rękę Komendanta i szybkim wprawnym ruchem wyłamał mu ją w łokciu. Gorhan zawył z bólu i opadł na kolana. Przeciwnik przyglądał mu się przez chwilę, jakby rozważał, co powinien zrobić, potem złapał Komendanta za dolne kły i wepchnął mu do ust swój wciąż ociekający krwią kikut lewej ręki. Rozjemca nie zdołał już nawet zawyć, rozpuszczany od środka przez zabójczą krew więźnia, skonał w męczarniach.

Na posterunku zapanowała cisza i tylko jedno serce biło zaskakująco szybko, jego właściciel przymknął oczy i delektował się ogarniającym go podnieceniem. Do pełni szczęścia brakowało mu już tylko jednego. Spojrzał na ciało Komendanta, nie wyglądało zbyt zachęcająco, odwrócił się więc i poszedł z powrotem do pokoju przesłuchań. Tu stanął nad zwłokami Kimiego, jego całkiem ładna buźka nadal wyrażała zdziwienie. Więzień warknął niezadowolony, trochę przesadził i młode ciałko nie nadawało się do tego, do czego chciał je wykorzystać, będzie musiał poszukać sobie innej rozrywki. 

wtorek, 22 października 2013

17. Rzeź


     Mroźny wiatr szczypał go w policzki, miał już serdecznie dość zimy i choć był do niej przyzwyczajony, to jednak nie lubił tej pory roku. Mknąc na swym skuterze śnieżnym Iwan Piotrowicz opuścił właśnie las, z daleka widać już było wioskę. Chłopak był tak bardzo zadowolony powrotem do domu, że nie zwrócił uwagi na to, iż z żadnego komina we wsi nie wydobywa się dym. Minął pierwsze zabudowania i skierował się do domu rodziców; nic nie wskazywało, że w nocy wydarzyła się tu tragedia. Ślady walki i krwi przysypał śnieg i jedyne co mogłoby sugerować, że jest coś nie tak, to panująca wszędzie cisza.
Chłopak zeskoczył ze skutera i podbiegł do domu, wejście stało otworem, na podłodze w sieni leżał śnieg, a w budynku było bardzo zimno. Chłopak ostrożnie uchylił drzwi do kuchni i zobaczył, że nie ma jednej ściany - tej, na której wisiał zegar z kukułką. Co do kurwy? pomyślał, czując jednocześnie, jak jeżą mu się włosy na głowie. Przeszukał cały dom, lecz nie znalazł nikogo. Wyszedł na zewnątrz, niespokojnie rozglądał się wokoło; nie było dzieci, psy nie szczekały, nie było też żadnych śladów z wyjątkiem jednych - prowadziły w kierunku cerkwi. Nagle odezwał się jeden z dwóch dzwonów w strzelistej dzwonnicy; chłopak poszedł to sprawdzić.

Cerkiew nie była duża, zbudowana z drewnianych bali pamiętała jeszcze czasy wielkich carów, do wnętrza prowadziły trzy drewniane stopnie, potem ganek i w końcu nawa główna z pięknym, rzeźbionym w drewnie, złoconym ołtarzem.
Iwan szedł pomału po schodkach, pchnął ciężkie, drewniane wrota i wszedł do środka. Szok ,jakiego doznał, sprawił, że zamarł w bezruchu. Chciał uciec, bardzo tego chciał, ale nogi go nie słuchały. Cała cerkiew, w której modlił się wraz z rodziną, wypełniona była ludzkimi ciałami; zwłoki powiązano po trzy - cztery sztuki i podwieszono na belkach stropowych nogami do góry. Z odciętymi kończynami, głowami, bez wnętrzności i skóry ukazywały mięśnie pokrywające szkielet. Chłopak drżał i głęboko wciągał powietrze ustami. Smród był odrażający.

   - Iwan. - Usłyszał cichy, dziewczęcy głos. - Iwan, pomóż mi.
Każdy normalny człowiek w takiej sytuacji uciekłby ile sił w nogach, ale znajomy głos sprawił, że chłopak poszedł za nim.
   - Anastazja? Gdzie jesteś? - zapytał szeptem, instynktownie czując, że każdy zbyt głośny dźwięk może go narazić na niebezpieczeństwo.
  - Tutaj - rozległo się z nawy bocznej.
Chłopak poszedł w tamtym kierunku, z obrzydzeniem wymijając powieszone ciała.
Przed bocznym ołtarzem przedstawiającym ukrzyżowanego Chrystusa stała Nastka, jej blond włosy posklejane były krwią, oczy podkrążone i zaczerwienione od łez wyrażały przerażenie. Dziewczyna stała, lecz jej postać sprawiała wrażenie, jakby nie robiła tego o własnych siłach. Za dziewczyną w błękitnych, elektrycznych rozbłyskach pojawiła się ogromna postać. 
Jezu Chryste, pomyślał chłopak. Postać była dwa razy wyższa od dziewczyny, jej twarz skrywała metalowa maska koloru czerwonego, tego samego koloru była zbroja, w którą okute było jej ciało.


     Thei'de przyglądał się reakcji chłopaka, lubił wzbudzać przerażenie u swojej ofiary, czuł wręcz fizycznie ich strach. Pomału prawą ręką wydobył wąski sztylet, który przyczepiony był do jego prawego uda i przyłożył go dziewczynie do szyi. Chłopak widząc to, pokiwał przecząco głową. Thei'de delikatnie i powoli przeciągnął ostrzem po krtani Anastazji, ta czując ból, szarpnęła się. Gdy krew zalała jej biały, wełniany sweterek, Łowca puścił kark dziewczyny, a bezwładne ciało osunęło się u jego stóp.
W tym momencie chłopak rzucił się do ucieczki. Obijając się o martwe ciała sąsiadów i przyjaciół, wybiegł na zewnątrz, za sobą słyszał ryk i ciężkie kroki. Biegł ile sił w nogach, by jak najszybciej znaleźć się przy skuterze. Dopadł do maszyny ostatkiem sił, wskoczył na nią i zapuścił motor. Silnik zawył i zgasł, chłopak jeszcze raz nacisnął starter - udało się.

Iwan Piotrowicz ostatni raz obejrzał się za siebie, a potem odjechał.


     Thei'de stał przed cerkwią i obserwował chłopaka, nie chciało mu się go gonić, wiedział, że dzieciak i tak już nigdy nie zazna spokoju, że do końca życia będzie czuł strach. Łowca odwrócił się i wszedł do środka, podszedł do wciąż żyjącej dziewczyny, przyklęknął przed nią. Zdjął maskę, by przyjrzeć jej się uważnie.
  - Chcesz, żebym cię dobił? - zapytał przysuwając się bardzo blisko niej.

Dziewczyna nie odpowiedziała, jej usta i gardło wypełniała krew. Thei'de pogłaskał ją po włosach, nagle stracił ostrość widzenia i okropny ból przeszył mu czaszkę, wsparł się na obu rękach i, ciężko oddychając, zacisnął powieki. Czekał, aż mu przejdzie. Po chwili jego oddech zwolnił, uspokoił się. Czerwony wciągnął głęboko powietrze i otworzył oczy. Spojrzał na konającą dziewczynę, a na jego twarzy obmalowało się zdziwienie, odsunął się od niej z wyrazem strachu i obrzydzenia. Poderwał się na równe nogi, wciąż patrząc na ludzką dziewczynę, która charczała, jakby próbowała coś powiedzieć. Nie wiedział, co się stało, nie wiedział, gdzie był ani kiedy. Pamiętał Olteran i to, że chciał popełnić samobójstwo, ale nie pamiętał, jak znalazł się w tym miejscu i co właściwie robił tu z tą umierającą istotą.
Predator odwrócił się i wpadł na ludzkie zwłoki, ryknął zaskoczony i przerażony.


     Gavo, który stał za budynkiem, poszedł sprawdzić, co się stało. Wchodził właśnie po schodach, gdy Czerwony wpadł na niego z impetem.
  - Uważaj! - krzyknął stary Yautjańczyk, podnosząc się z ziemi i otrzepując ze śniegu.
Czerwony stał obok niego, wspierając dłonie na kolanach, z opuszczoną głową, i ciężko oddychał.
  - Skończyłeś? - zapytał naukowiec, usiłując zajrzeć młodemu Łowcy w twarz.
  - Co? - wysapał Czerwony.
  - Pytam, czy skończyłeś już z tymi Oomanami?
Młody Łowca wyprostował się gwałtownie i wymierzył towarzyszowi solidny cios w twarz. Stary znowu znalazł się na ziemi.
  - Za co to? - zapytał, masując szczękę i z wyrzutem przyglądając się Młodemu.
  - Dlaczego mnie nie powstrzymałeś? Co! Czemu pozwoliłeś, bym zaszlachtował tych ludzi?
Starego zatkało.
  - A co miałem zrobić? - burknął, wstając.
  - Powstrzymać mnie! Nie wiem... ogłuszyć, związać, zabić... cokolwiek!
Wszystko było jasne, kolejny przeskok świadomości i to w najmniej sprzyjających okolicznościach.
  - Ty sam nie wiesz, co mówisz! Kurwa, kiedy jesteś nim, lepiej nie wchodzić ci w drogę. Rozumiesz! Gdybym chciał cię, jego, powstrzymać pewnie sam bym tam wisiał. - Gavo wskazał cerkiew. Młody zawył niczym dzikie zwierzę.
  - Na bogów - krzyknął -  nie mogę tak żyć! Zabij mnie! Teraz! Odstrzel mi głowę! No, na co czekasz, strzelaj!!!
  - Nie, dzięki - odparł naukowiec i spuścił wzrok. Nie mógł znieść palącego, pełnego wyrzutu spojrzenia Czerwonego. 
  - Czemu nie?!
 - Bo w każdej chwili znowu możesz stać się nim, nie widzisz tego!? Thei'de jest od ciebie silniejszy. Pewnie z czasem to on przejmie twoje ciało.
  - Nie dopuszczę do tego.
  - A, co ty możesz zrobić. Nawet ja nie wiem, jak ci pomóc. Może gdybyś osiedlił się gdzieś na stałe, unikał stresu, nie polował, założył rodzinę, to byłyby szanse, że Thei'de przestanie się ujawniać. Ale z drugiej strony... - Gavo przestał mówić do towarzysza, a jego wywód przybrał raczej formę wykładu niż rozmowy. - Z drugiej strony nie mogę zagwarantować, że tak byłoby na pewno. No i jest pewna szansa, że twoje dzieci też odziedziczą skłonność do agresji...
  - Co powiedziałeś? - Silna dłoń powstrzymała starego przed chodzeniem wokół rozmówcy.
  - Co? - zapytał stary Yautjańczyk, przenosząc wzrok z ręki Czerwonego na jego twarz.
  - To o moich dzieciach. Będą takie jak ja?
 - Wiesz, nie można wykluczyć, że nie, ale nie jest też powiedziane, że tak. Owszem... z całą pewnością przejmą część twoich zdolności, ale nie martwiłbym się tym na zapas. - Uwolnił się z uchwytu i ponownie podjął swoją wędrówkę wokół Młodego. - Rozumiesz, proces krzyżowania i przekazywania genów jest dość skomplikowany, niektóre geny są progresywne inne regresywne, więc niektóre zdolności czy preferencje mogą się ujawnić dopiero w drugim lub trzecim pokoleniu, a inne mogą w ogóle zaniknąć.
  - Przestań wreszcie! Nie możesz odpowiedzieć mi jasno i tak żebym zrozumiał, co do mnie mówisz?
  - Bo na twoje pytanie nie ma jednoznacznej odpowiedzi! - Wściekł się Gavo. Nie chciało mu się tłumaczyć Młodemu wszystkiego szczegółowo. Wiedział, że gdyby rozmawiał z Thei'de, żadne tłumaczenia nie byłby konieczne, natomiast ta osobowość... z całą pewnością nie pasowała do planów.
  - Chodź już, bo zgłodniałem i mam dość tej planety -zmienił temat. - To co, może polecimy teraz wreszcie na Styks?
Czerwony spuścił wzrok, kręcił głową i zaciskał nerwowo pięści.
  - Nie - wypalił w końcu. - Lecimy na Yautjal.
  - Ale po co?
  - Bo mam tam umówione spotkanie, a reszta... to nie twoja sprawa.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------
Rozdział krótki, bo z poprzedniego wycięłam pewien wątek, który jako bonusik znajduje się pod spodem. To taki mój mały wkład w edukację. ;D
I malutkie wyjaśnienie dla tych, którzy może nigdy nie słyszeli albo słyszeli, tylko nie bardzo pamiętają i wiedzą lub po prostu nie chce im się szukać. Rozdwojenie jaźni, to taki stan, przypadłość, gdy w jednym ciele mieszkają dwie, lub więcej, osoby (świadomości). Mogą one różnić się między sobą praktycznie wszystkim: zainteresowaniami, cechami charakteru, ilorazem inteligencji (to według mnie jest najlepsze), wiekiem, a nawet płcią. Tak więc, jak już wiecie, nasz Czerwony ma w swoim boskim ciałku dwie zupełnie różne świadomości: jedna nie zdradzę teraz imienia, to miły łagodny chłopaczek nie przejmujący się losami świata, lubiący zabawę, łatwe i lekkie życie i podkochujący się w Sha-uni. Druga, alternatywna, świadomość Czerwonego to Thei'de, który jest bezlitosny, wyrachowany, pedantyczny, lubi walczyć i zabijać, a do tego wszystkiego jest bardzo inteligentny i planuje swoje działania z dużym wyprzedzeniem, przewidując ich skutki. On też ma mały problem, ale to wyjaśni się dużo później.

A teraz bonus.



     Właśnie znaleźli się w układzie słonecznym Ziemi i podziwiali mijane planety, gdy Thei'de zmienił kurs.
  - Wpadniemy jeszcze tylko na Tytana - oznajmił.
  - Ale po co? - zdziwił się Gavo.
  - Zobaczysz, kopara ci opadnie. Tego nie ma na innych znanych nam planetach, choć to akurat jest księżyc.
     Statek drgał targany silnymi wiatrami, w końcu jednak udało im się bezpiecznie wylądować. Ubrani w maski i ciepłe ubrania, wyszli na zewnątrz.
  - Skąd masz takie rzeczy? - Gavo podziwiał ciepłą kurtkę wykonaną z goreteksu i wypełnioną specjalną pianką, która utrzymywała ciepło ciała; do kompletu dostał też od Thei'de spodnie i specjalne ocieplane buty. Wszystkie rzeczy były trochę na niego za duże, przez co stary Yautja wyglądał śmiesznie, ale skutecznie chroniły przed zimnem, więc Łowca niespecjalnie przejmował się swoim wyglądem.
  - Zawsze jestem przygotowany, a tu jest sto osiemdziesiąt stopni w minusie. Chcesz biegać tu na golasa?
Gavo potrząsnął głową, było tylko jedno miejsce, w którym chciałby się znaleźć nago i to na pewno nie był tan księżyc, a i towarzystwo nie to.
  - To, co teraz? - zapytał rozglądając się po zmrożonym terenie.
  - Idziemy tam. - Thei'de pokazał niewielkie wzniesienie po prawej.
  - Tam jest to jezioro, które widzieliśmy, lądując? Chcesz ryby łowić?
  - Tak, jasne. W ciekłym metanie na pewno dużo ich żyje - wyraźnie dało się wyczuć sarkazm w głosie Thei'de. - No chodź, tu są podobno ogromne fale, dwudziestometrowe.

Weszli na górę i spojrzeli na roztaczający się przed nimi piękny i zarazem dziwny widok. Ogromne, niczym morze, jezioro zajmowało cały widnokrąg. Jego powierzchnię pomału przemierzyła monstrualna fala, uderzyła o brzeg i dopiero wtedy nadpłynęła druga. Przyglądali się przez chwilę, a potem Czerwony prychnął zawiedziony.
  - E, nie załamuje się - powiedział znużonym tonem. - Chodź, chcę coś jeszcze zobaczyć. - Wstąpił w niego nagle nowy zapał.
Skierował się w stronę ogromnej góry na horyzoncie, była stroma, a jej szczyt pokryty był jakby lodem.
  - Wracajmy już... zimno mi - skarżył się Gavo.
  - Nie marudź, idziemy!
Po wcale nie krótkiej chwili byli na szczycie. Thei'de zajrzał do krateru.
  - Co to? - zainteresował się stary.
  - Jesteś naukowcem, a takiej podstawowej rzeczy nie wiesz? - zakpił Młody.
  - Bo ja zajmuję się genetyką, a nie astronomią czy geologią.
 - To jest lodowy wulkan. Rozumiesz? Zamiast lawy pluje lodem - wytłumaczył Thei'de z pasją, lecz nie znalazłszy iskry ekscytacji w swoim rozmówcy, machnął zrezygnowany ręką. -  A, chodź, bo mi fujara odmarznie, znudziłem się już. Czas się trochę rozerwać.
  - Co konkretnie masz na myśli? - Słowo "fujara" wywołało w naukowcu szereg miłych skojarzeń, które chętnie wcieliłby w życie.
  - Polowanie! A, cóż by innego?

piątek, 18 października 2013

16. Tunza

   Środek srogiej, syberyjskiej zimy zapowiadał ciężkie czasy dla mieszkańców niewielkiej miejscowości o nazwie Tunza. Trzystu pięćdziesięciu mieszkańców siedziało w domach pod grubymi, puchowymi kołdrami.
Z niewielkiej chaty, na skraju wsi, wyszła przygarbiona staruszka. Trudy życia i ciężka praca w widoczny sposób odbiły się na kobiecie. Elena Karpowowa ruszyła drobnym truchtem w kierunku kapliczki znajdującej się przed wioską. O cerkiew dbali wszyscy, ale o ikonę Matki Bolesnej tylko ona. Śnieg ścięty siarczystym mrozem skrzypiał pod jej butami. Staruszka była już przy kapliczce, gdy na śniegu zobaczyła ślady stup. Były dwa razy większe od jej własnych, choć ona nosiła małą czterdziestkę jedynkę. Pochyliła się jeszcze bardziej, by lepiej im się przyjrzeć.
  - Witajcie, babko - usłyszała za sobą słowa wypowiedziane w płynnym rosyjskim.
Odwróciła się, przed nią stał wysoki, dziwny jegomość. Ze swej wysokości kobieta widziała jedynie uda osobnika. Cofnęła się więc, by móc lepiej mu się przyjrzeć.
Punk jakiś? pomyślała, to słowo słyszała często od najmłodszych mieszkańców osady.
  - Ktoś ty? - zapytała odważnie.
Osobnik zamyślił się, po czym odpowiedział.
  - Jam jest Archanioł Michał, ognisty wojownik, Książę Niebiańskiej Armii.
 - Nie bluźnij! - wrzasnęła kobieta i zdzieliła obcego łopatą do śniegu. - Anioły mają skrzydła! - Zdenerwowana otarła rękawem ślinę z ust, dzisiejsza młodzież za nic miała wszelkie świętości, a ten przerośnięty pachołek był wyjątkowo bezczelny.
  - Ja ich nie potrzebuję - odpowiedział zachrypniętym głosem nieznajomy. Kobieta przechyliła się w prawą stronę i zerknęła na niego z ukosa.
  - Ale mam miecz ognisty - kontynuował, a to mówiąc, wyciągnął swój długi, ząbkowany miecz, który przytwierdzony był do zbroi na plecach. Broń była wysokości kobiety, stara popatrzyła zdziwiona.
  - Czego... chcesz? - spytała z trwogą w głosie.
  - Rozrywki - padła beznamiętna odpowiedź, a potem jej ciało w dwóch częściach padło na śnieg, brudząc jego piękną biel czerwienią krwi.
Czerwony odwrócił się w stronę wioski. Nie używał kamuflażu, chciał, by go widziano, pragnął, by wiedzieli, kto ich odwiedził.
Znowu bolała go głowa. Świdrujący ból przeszywał skronie i piął się do góry, by opaść na kark, sprawił, iż Łowca miał wrażenie, że oczy wyjdą mu z oczodołów. Znowu musi to zrobić, wtedy poczuje się lepiej, wtedy wszystko minie. Yautjński Wojownik wypuścił miecz z ręki, a ten z metalicznym brzdękiem uderzył o zmrożoną ziemię. Złapał się za głowę obiema rękami, skurczył się w sobie, czując nadchodzącą falę szaleństwa. Jego włosy znowu były zupełnie czerwone, pomarańczowy odcień skóry ściemniał i stał się czerwony, paski na bokach ciała przybrały czarny odcień. Czerwony ryknął, czując przeszywający ból. Odetchnął głęboko i podniósł swoją broń.

     Środkiem głównej ulicy Tunzy, która nie była nawet asfaltowa, kroczyła dziwna postać. Mała wioska przytulona do potężnej tundry, zdawała się być wymarła. Kilkadziesiąt obskurnych, zbudowanych z drewnianych bali domów, jeden sklep, jedna knajpa, jedna cerkiew i mała szkoła dla trzydzieściorga dzieci; to wszystko, co było w tej dziurze. Uwiązane do bud psy, poczęły niemiłosiernie ujadać. Łowca ubrany w czerwoną zbroję stanął przed knajpą, z której dobiegał jazgot rosyjskich przyśpiewek wzmacnianych pijanymi głosami tubylców. Wojownik popchnął drzwi i wszedł do środka, ludzie jak na rozkaz zamknęli gęby. Powolnym krokiem, by mogli mu się dobrze przyjrzeć, podszedł do baru. Za ladą stał gruby Mongoł w poplamionej koszuli z zakasanymi rękawami, zmierzył zezowatym wzrokiem nowo przybyłego.
   - Cego - wypluł słowo zza szczerbatych zębów.
   - Wódki. - Usłyszał nieludzki głos. Jego zezowate spojrzenie prześlizgnęło się po umięśnionej postaci i zatrzymało na dłoniach obcego swobodnie spoczywających na blacie. Barman przyglądał się, jak palce przybysza podnoszą się do góry, a długie szpony rzeźbią głębokie bruzdy w drewnie, z którego zrobiony był bufet. Trzęsącymi się dłońmi polał niepewnie setkę i postawił przed gościem, ten z sykiem odpinanych okablowań zdjął maskę, ukazując swą przerażającą twarz.
  - O, rzesz ty skur... - wybełkotał barman.
  - Skurwysynu - dokończył gość, po czym wlał sobie alkohol w gardło.
  - Co jest, Wania? Trza ci pomocy? - zapytał idiota, siedzący pod obdrapaną ścianą, na której ktoś wyskrobał napis "pieprzyć komunę", a potem wstał i wyciągnął swój długi myśliwski nóż.

Yautja odwrócił się do niego i wydobył swoją broń; nie zamierzał używać działka plazmowego tak długo, jak to tylko będzie możliwe. Podszedł do idioty, reszta gapiła się i czekała na rozwój sytuacji. Głupek z myśliwskim nożem stracił swój poprzedni zapał, zdając sobie sprawę z niewątpliwej siły przeciwnika. Łowca oparł czubek ostrza na podłodze między nogami stojącego mężczyzny, opuścił głowę w stronę prawego ramienia i napiął mięśnie; dał się słyszeć charakterystyczny odgłos strzelających kręgów. Usta Kosmicznego Łowcy rozszerzyły się w czymś na kształt uśmiechu, a mięśnie ramienia naprężyły, gdy pociągnął ostrze w górę, zataczając półokrąg. "Idiota" i stojący za Łowcą "Zdziwiony" rozcięci zostali na dwie równe półtusze, ich ciała opadły na ziemię, paskudząc ją krwią i zawartością swoich jelit.
Ludzie rzucili się do ucieczki, przewracali stoły i krzesła, przepychali się jeden przez drugiego, lecz drzwi były za wąskie, by wszyscy mogli się w nich pomieścić. Szczęście ujrzenia mroźnego krajobrazu mieli tylko siedzący najbliżej wyjścia, reszta zginęła tak, jak stała.

*

    Iwan Piotrowicz liczył sobie zaledwie szesnaście lat, ale był bardzo samodzielnym młodzieńcem. Jako najmłodsze dziecko w rodzinie, to on właśnie miał zająć się nie najmłodszymi już rodzicami. Jego dwaj starsi bracia wyjechali na studia i nie zamierzali tu wracać, po ich ukończeniu. Iwan marzył, że kiedyś tak jak oni wyjedzie, by móc studiować, ale nie tak jak oni medycynę i inżynierię, on chciał być strażnikiem przyrody i badaczem. Chciał chronić to piękne miejsce, a po za tym mógłby nadal opiekować się rodzicami i starszą siostrą Nataszą, która w wieku piętnastu lat straciła wzrok. Natasza umiała o siebie zadbać, to prawda, miała najlepszy słuch w wiosce, ale była tylko dziewczyną, dwudziestojednoletnią dziewczyną.
Spośród nielicznej młodzieży, jaka była w jego wiosce, Iwan najbardziej lubił Anastazję - piętnastoletnią sąsiadkę. Znali się od dziecka, razem dorastali, bawili się i psocili. Teraz jednak wszystko się skomplikowało, nie umiał już rozmawiać z nią tak, jak kiedyś - nie żeby on czy ona się zmienili; po prostu zasychało mu w gardle i czuł się jakoś tak nieswojo.

     Już prawie godzinę Iwan przedzierał się przez zaspy, skuter był szybki, ale w tych warunkach nawet taka maszyna miła problemy. Ogromne zaspy i drzewa przewrócone pod ciężarem zmrożonego śniegu, skutecznie utrudniały mu drogę, a do tego zamieć śnieżna, która się wczoraj rozpętała, zmusiła go, by został na noc w miasteczku. Tylko tam była apteka, więc systematycznie - raz w miesiącu - przywoził rodzicom leki. Normalnie nie było z tym problemu, teraz były ferie, a lekarstwa skończyły się i dlatego musiał specjalnie po nie jechać.

*

    Przez całą noc szum zawiei przerywały ludzkie krzyki, wystrzały z broni i wybuchy. Rodzice Nataszy poszli sprawdzić, co się dzieje i już nie wrócili, ona sama ukryła się w schowku na drzewo za wielkim piecem. Siedziała tak i, chyba już setny raz, odmawiała modlitwę do Matki Bożej,  gdy usłyszała skrzypnięcie otwieranych drzwi. Rozległy się ciężkie, powolne kroki oraz świst wydychanego i wdychanego powietrza. Natasza przycisnęła z całej siły dłonie do ust, wyraźnie słyszała warczenie, ale to nie było warczenie psa czy nawet wilka, to było inne, potem odgłos ten zamienił się w ciche klikanie.  Zegar, który wisiał na ścianie obok, wybił szóstą rano; rozległ się metaliczny dźwięk, a potem huk i kawałki gruzu posypały się na jej głowę. Do domu wtargnął chłód.
  - Mo lei Zeg-ner c... Pauk! Wei la' ku Yautja?
Dziwne słowa, których Natasza nie potrafiłaby nawet powtórzyć,  przerwały szum wiatru na zewnątrz, ciężkie kroki oddaliły się i znowu zapadła cisza.
Dziewczyna spędziła jeszcze dwie godziny w swojej kryjówce, a  potem postanowiła pójść do sąsiadów - może oni wiedzieli, co się stało? Założyła ciężkie buty, kożuch i wymknęła się z domu. W miejscu, gdzie nie było w płocie sztachet, przelazła na stronę sąsiadów. Zbliżała się do drzwi wejściowych, gdy potknęła się na czymś, co leżało na ścieżce przed domem i przewróciła się. Pewnie mała Ania zostawiła sanki, pomyślała, podnosząc się i pozostawiając przyprószone śniegiem ciało pięcioletniej dziewczynki.
Natasza podeszła do drzwi, pchnęła je i weszła do środka. Przytrzymując się ściany, przesuwała się w głąb domu. Znowu się potknęła i upadła na coś miękkiego. Przestraszona macała rękami to, na czym się znalazła, w końcu dłonią trafiła na coś, co kiedyś było twarzą jej trzydziestopięcioletniej sąsiadki. Minęła chwila nim młoda kobieta zdała sobie sprawę, co przednią leży. Serce znowu jej przyśpieszyło, biło tak mocno, że czuła je na żebrach. Oszołomiona strachem wybiegła z domu. Z rękami wyciągniętymi przed siebie, potykając się co chwilę, wbiegła na główną ulicę i ruszyła przed siebie w kierunku cerkwi.
W wiosce panowała niespotykana cisza, psy nie ujadały i nie było też słychać żadnych ludzi. Natasza pomału brnęła przed siebie.

Jakieś dwadzieścia metrów przed dziewczyną stał wysoki osobnik i z uporem wpatrywał się w jej poczynania. Głowę przechylił w bok, tak że jego długie włosy opadły na jedną stronę ciała, ukrywając prawą rękę, w której trzymał długi, ząbkowany miecz. Predator czekał, aż dziewczyna sama zbliży się do niego zdziwiony faktem, że nie ucieka tak jak wszyscy. Kiedy była trzy metry przed nim, podniósł broń do góry, pocierając jej ostrzem o metalowy nagolennik. Broń wydała przeszywający metaliczny dźwięk; dziewczyna zatrzymała się, jej oczy poruszały się nerwowo, jakby chciała coś dojrzeć. Yautja zamachnął się, miecz ze świstem przeszył powietrze, odcinając dziewczynie kosmyk rudych, falowanych włosów z czoła. Natasza poczuła na twarzy tylko lekki powiew, a potem usłyszała pytanie.
  - Nie boisz się?
Pokiwała przecząco głową, ale bała się jak jasna cholera. Ten, kto stał przed nią, nie był człowiekiem, nie pachniał jak człowiek, a ona bardzo dobrze znała ludzką woń. On pachniał inaczej, nie brzydko, po prostu inaczej. Do tego jego serce, słyszała je bardzo dobrze, nawet z tej odległości - biło wolno, bardzo wolno, prawie tak wolno, jak serce zwierzęcia, które znajduje się w letargu.

Predator podszedł do dziewczyny i pochylił się, by zajrzeć jej w oczy; były ładne, zielone niczym młoda wiosenna trawa, podobały mu się.
  - Nie widzisz? - zapytał.
Tym razem Natasza pokiwała przytakująco.
  - A mówić umiesz?
Znowu pokiwała. 
  - To powiedź coś, chcę usłyszeć twój głos.
Dziewczyna nie wiedziała, co ma powiedzieć, a ze strachu całkiem zaschło jej w gardle.
  - Boisz się, słyszę, jak bije ci serce.
  - Ja też twoje słyszę - odpowiedziała, a jej głos zabrzmiał chrapliwie i dziwnie, jakby nie należał do niej.
  - Naprawdę? Ludzie nie mają aż tak dobrego słuchu.
  - Ja mam.
Yautja obszedł dziewczynę wkoło i przyjrzał się jej uważnie. Była zadziwiająco wysoka jak na człowieka, zwłaszcza na kobietę, takiej jeszcze nie widział.
  - Co jeszcze umiesz? - zapytał zaintrygowany.

Nagle z oddali dał się słyszeć ryk silnika, był jeszcze daleko, ale szybko się zbliżał. Iwan, pomyślała Natasza i jej serce znowu przyśpieszyło. Osobnik przed nią najwyraźniej też usłyszał to co ona, bo warknął i poszedł w stronę, z której dobiegał dźwięk.
  - Zath'ha Ell-se! - powiedział, ale chyba nie do niej, bo z prawej strony usłyszała kolejne kroki i poczuła podobny zapach.
  - Hulij-Bpe seit! - padła odpowiedź w tym samym dziwnym języku.
  - Ci-kha'me u do'ka Ell-ikah-de!
Natasza nie rozumiała, o czym rozmawiają, ale miała świadomość, że jej brat zaraz zjawi się w wiosce. Nagle ktoś mocno ją szarpnął, poczuła żelazny uścisk na ramieniu; ciągnięta brutalnie potknęła się parę razy, ale podtrzymywana przez Predatora nie przewróciła się.

Droga opustoszała.

-------------------------------------------
Wybaczcie te dziwne słowa, ale z perspektywy Nataszy musiałam tak napisać, pod spodem wyjaśnienie, bo przecież Predatorzy nie machają jęzorami po próżnicy.

- Mo lei Zeg-ner c... Pauk! Wei la' ku Yautja? - Nie lubię zegarów z...Kurwa! Jak to będzie po Yautjańsku?
- Zath'ha Ell-se! - zabierz ją
- Hulij-Bpe seit! - jesteś szalony
- Ci-kha'me u do'ka Ell-i kah-de! - zamknij się i rób co ci karzę.



wtorek, 15 października 2013

15. Narodziny

   Gavo zatrzymał się na skraju terenu dotkniętego wybuchem i jeszcze raz obejrzał się za siebie. Po środku leja, gnany wiatrem, tańczył niewielki wir z piasku. Słońce jak zawsze prażyło niemiłosiernie, nic nie robiąc sobie z tego, że na świecie było już o jedną istotę mniej. Wszystkie nadzieje i pragnienia, które wróciły ostatnio ze zdwojoną siłą, opuściły nagle starego Yautję. Nie chciało mu się wracać na statek, więc usiadł na rozgrzanym piasku i oddał się wspomnieniom, nie zwróciwszy nawet uwagi na fakt, że gorący pył parzył go w pośladki.


     Tego dnia wstał wcześniej niż zwykle. Planowany na popołudnie zabieg odłączenia pierwszej hybrydy z przyczyn technicznych przesunięto o trzy godziny. W pośpiechu zjadł śniadanie i udał się do laboratorium. Przed pojemnikiem z w pełni już rozwiniętą i gotową do narodzin hybrydą, stał Ten-ku. Gavo zmierzył go wzrokiem. Jak zwykle nienaganny wygląd - pierścienie na włosach zawsze miał na tej samej wysokości, idealnie biały i gładki uniform podkreślał umięśnioną sylwetkę. Ideał w każdym calu, pomyślał Gavo i spojrzał na biurko Ten-ku. Idealny, symetryczny porządek podkreślał charakter właściciela. Cholerny perfekcjonista, kolejna myśl przemknęła przez głowę naukowca.
   - Spóźniłeś się! - odezwał się szorstkim, stanowczym głosem twórca całego projektu.
   - Mogłeś powiadomić mnie wcześniej - bronił się Gavo.
  - Zakładaj uniform i pomóż mi. Nie możemy dłużej czekać, płyn staje się mętny, musimy go wydobyć albo się udusi.
  - Mówiłem, że trzeba wymienić filtry! - wściekał się zakładając biały kombinezon. Zapiął się niedbale i krzywo. Ten-ku spojrzał na niego z dezaprobatą.
  - Wyglądasz jak fleja. Przygotuj sprzęt reanimacyjny, a ja spuszczę płyn ze zbiornika.

Gavo szybko uruchomił komputery i spojrzał na zbiornik, w jego wnętrzu w zielonym, mętnym już płynie unosiło się malutkie, skulone ciałko. Zawartość pojemnika zabulgotała i pomału jej poziom zaczął się obniżać, gdy ostatnia kropla spłynęła do ścieków, na dnie zbiornika pozostała mała hybryda. Ten-ku odkręcił kopułę przeźroczystego zbiornika i wyjął z niej dziecko, trzymając je za nogi.
   - Zrobisz mu krzywdę! Od razu widać, że nie masz własnych dzieci. - Oburzył się Gavo, widząc podejście towarzysza do noworodka.
Ten-ku spojrzał na niego z wyrazem bezgranicznej odrazy.
  - Ale jest paskudny - wycedził przez zaciśnięte zęby.
  - A jaki ma być? Po tylu miesiącach w wodzie też byś tak wyglądał.
Odessali małemu płyn z ust i czekali, czy sam zacznie oddychać, ale nic takiego nie nastąpiło. Gavo wziął suchy ręcznik i energicznie pocierał nim wątłe ciałko dziecka.
  - I co?
  - Nic.
  - Daj mu szprycę!
 - Nie... zaczekaj. No, co robisz!!! - krzyknął, widząc jak Ten-ku wbija małemu igłę w chudą pierś.
Monitor, na którym miała się pojawić krzywa wskazująca pracę serca, był czarny niczym nocne niebo zaciągnięte chmurami. Ten-ku pokiwał głową, złapał dziecko za główkę i wrzucił je do kontenera na odpadki biologiczne.
  - Zaczekaj! - wrzasnął Gavo i podbiegł do śmietnika, zajrzał do środka. - Dlaczego, to zrobiłeś?
  - To chyba oczywiste, nie żyje. Może z następnym się uda - powiedział zimnym, niewzruszonym tonem i opuścił laboratorium.
Stary naukowiec stał przez chwilę zrezygnowany, a potem zabrał się za sprzątanie. Kiedy skończył usiadł za biurkiem by sporządzić raport, wtedy usłyszał ciche skrobanie. Wstał i nasłuchiwał, znowu... delikatnie, na granicy słyszalności. Podszedł do kontenera - to stamtąd, tak mu się wydawało, dochodził dźwięk. Zajrzał do środka, na dnie z szeroko otwartymi, ogromnymi szarymi oczkami, leżało małe yautjańskie niemowlę. Miało małe rączki, nóżki, płaski brzuszek i bardzo jasną skórę. Niewielkie bezkłowe szczęki zaciśnięte były mocno. Dziecko leżało cichutko, nie płakało ani nie kwiliło, patrzyło tylko szeroko otwartymi oczami jakby wszystko rozumiejąc, co działo się dookoła niego. Gavo wyciągnął dłonie, a wtedy mały złapał go za palce, miał silny uścisk. Łowca wyciągnął noworodka ze śmietnika i trzymając go pod małymi pachami, uniósł na wysokość swojej twarzy. Uśmiechnął się do malucha.
  - Ładnie mnie witasz, Thei'de. Tak, tak cię nazwę, bo wywinąłeś się śmierci, a Thei'de znaczy śmierć.



       To było tak dawno temu, pomyślał i znowu ze smutkiem spojrzał na ślad po wybuchu.
  - I co? Widziałeś, jak walnęło? - usłyszał za sobą ponury głos Czerwonego.
Obejrzał się, młody Łowca wychodził właśnie zza sporej wydmy.
  - No coś ty, zgłupiał doszczętnie!!! - wykrzyknął naukowiec i w dziwnych podskokach podbiegł do Młodego. -  Myślałem, że ty sam siebie tak... bum, w powietrze. - Zdenerwowany wypluwał z siebie słowo za słowem, z uporem próbując jednocześnie przejrzeć maskę Czerwonego, chociaż dobrze wiedział, że to nie ma sensu.
  - Co? Miałbym bez powodu odebrać sobie życie? - obraził się Czerwony.
  - Thei'de? - upewnił się stary. To przechodzenie z jednej osobowości do drugiej zaczynało być problematyczne.
  - Nie, Wróżka Zębuszka, przyszłam po twój kiełek - odparł Thei'de z drwiną w głosie.
  - Co?
  - Psinco!
  - Czasami nie mam pojęcia, co ty do mnie mówisz. - Poddał się Gavo. Młody najwyraźniej nie miał ochoty na pogaduchy. - To jak...? Idziesz ze mną na mój statek? - zapytał w końcu ostrożnie.
  - Idę, bo chcę zobaczyć ten twój wrak.
  - Bardzo śmieszne, a czemu myślisz, że latam wrakiem?
  - No, jeśli twój okręt jest tak stary jak ty...
  - Bardzo, bardzo zabawne - odburknął naukowiec i skierował się w drogę powrotną.


Na miejsce, w którym podobno parkował statek Gavo, Łowcy dotarli już w kompletnej ciszy.
  - To, gdzie ta łajba? - zapytał znudzony już trochę Thei-de, niepewnie rozglądając się po okolicy.
  - Przed tobą - dumnie odparł naukowiec.
  - O, to strasznie mały musi być. Jakaś wersja kieszonkowa? Bo nic nie widzę - marudził Thei'de, jednak czuł dziwne mrowienie, jakby znalazł się w polu oddziaływania systemu antygrawitacyjnego. Gavo otworzył pokrywę przenośnego komputera i wprowadził komendę. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki przed nim zaczął się materializować statek kosmiczny. Thei'de spojrzał do góry, stali bardzo blisko, więc musiał się odchylić do tyłu, bardzo mocno do tyłu, a i tak nie dostrzegł góry.
  - To jest twój statek? Przecież to między galaktyczny krążownik. Mogłem się spodziewać, że coś kręcisz.
Gavo, wnioskując z tonu głosu, wyobraził sobie wyraz twarzy Młodego pod maską; obojętny, zdegustowany, może nawet znudzony. Mylił się, Thei'de był szczerze zaskoczony i wprost nie mógł się doczekać zwiedzania tego kosmicznego giganta.
  - Nazywa się Bakuub - wyjaśnił Gavo.
  - "Włócznia"... - zamyślił się młody Łowca. - Pasuje mu - odparł po chwili z wyczuwalnym w glosie entuzjazmem. - Czekaj, czekaj... jak ty tym sterujesz?
  - A kto powiedział, że ja nim steruję? Na tym statku, mój drogi przyjacielu, są dwa tysiące Yautja: kobiet i mężczyzn.
  - Kobiety też tu są? Nie słyszałem, żeby podróżowały.
 - Bo zwykłe Yautjanki tego nie robią, a tu mamy niezwykłe kobiety. Rozumiesz? Nie? To zrozumiesz już niedługo. Poza tym wydaje mi się, że ty niewiele wiesz o naszym życiu.



      Statek wydał z siebie syk, gdy rozszczelniony właz opadł na powierzchnię planety. Dwaj Yautjańczycy weszli na niego i skierowali się do wnętrza statku. Czerwony nigdy nie widział tylu Łowców w jednym miejscu, kręcili się jak mrówki w gigantycznym kopcu.
On i Gavo szli teraz przez ogromny korytarz i kierowali się w stronę windy. Gavo nacisnął przycisk przywołujący urządzenie, czekali przez chwilę i nic. Stary naukowiec zaczepił jednego z przechodzących Yautjańczyków.
  - Co jest, winda nie dzieła? - zapytał.
  - Nie - usłyszał odpowiedź. - Idź schodami.
  - Co? Schodami?! To dziesięć pięter!
Zagadnięty Łowca wzruszył tylko ramionami i poszedł, mamrocząc coś, nie wiadomo, do siebie czy do osobnika, który śmiał go zaczepić.
Najgorsza nie była jednak sama wspinaczka, ale fakt, że schody były tak zaprojektowane, że z jednego pokładu na drugi można się było przedostać dopiero po przejściu całego niższego poziomu.
Ruszyli w stronę schodów, Thei-de podziwiał piękny, ogromny statek, który w środku wyglądał jak wnętrze ogromnej żywej istoty. Ściany i sufit łączyły się w jedną całość i były ożebrowane, a podłogę wyłożono czymś miękkim i zielonym. Młody mężczyzna zatrzymał się i kucnął, by dotknąć jej powierzchni - to, co pokrywało podłogę zielonym kobiercem, okazało się być czymś podobnym do mchu.
   - Co to jest? - zapytał Thei-de, gładząc dłonią powierzchnię podłogi.
Gavo, który tym razem szedł za Młodym, by nie spuszczać go z oczu, kucnął obok niego.
  - To taka specjalna roślina, wytwarza tlen w całym statku, a do tego fajnie wygląda i przyjemnie się po niej chodzi.
  - To dlatego macie tu taki półmrok? - dopytywał się Thei'de. Jego szare oczy wręcz świeciły z podniecenia, a cała twarz wydawała się promienieć.
  - Tak, ta roślinka nie lubi ostrego światła, rośnie na dnie lasu i zawsze jest w cieniu - wyjaśnił naukowiec, skrupulatnie notując w pamięci reakcje młodego Wojownika na wszelkie techniczne nowinki.
  - Rozumiem, ciekawe rozwiązanie.
  - Tak, szkoda, że nie nasze - powiedział Gavo, wstając i podchodząc do schodów, które okazały się być pionowo zainstalowaną drabiną.
Thei-de stanął pod nią i spojrzał w górę.
  - Miały być schody - powiedział.
  - A nie są?
  - Nieee... to jest dra-bi-na.
  - Drobny szczegół.
  - Dla ciebie szczegół, dla mnie istotna różnica.
  - Boże! Jesteś zupełnie jak on, cały Ten-ku.
Thei-de spojrzał na starego Yautję, a na jego twarzy obmalowała się bezgraniczna nienawiść. Otrząsnął się jednak i ruszył za naukowcem, wspinając się po stromych stopniach. Gdy znaleźli się na piątym poziomie, Gavo poprosił młodego Łowcę, by chwilę na niego zaczekał, a sam udał się do magazynu ze sprzętem elektronicznym. Nim odszedł nasłuchał się jeszcze narzekań Młodego na ignorancję zasad przepustowości ruchu, na brak dogodnej drogi ewakuacyjnej w przypadku jakiejś katastrofy, na bezsens latania takim molochem i kilku innych bezsensów, których stary nie mógł już słuchać.

Gavo wszedł do magazynu. Na wielkim, wygodnym fotelu siedziała niemłoda już kobieta i czytała, robiąc przy tym dziwne miny. Stary Yautja podszedł do niej i głośno odchrząknął.
  - No, co tam? - zapytała, nie spoglądając nawet na niego.
  - Witaj, Kir-jen.
  - A, to ty, stary draniu, już myślałam, że się ciebie nie doczekamy. Stary chciał lecieć bez ciebie.
  - Domyślam się. Słuchaj, Kir-jen, masz może skaner do manipulatora?
  - A po co ci to?
  - Potrzebuję.
  - Sprawdzę, ale nie mogę ci nic obiecać. Zaczekaj tu.
Kobieta wstała i podeszła do swojego biurka by sprawdzić w komputerze, czy ma dane urządzenie na stanie.
  - Nie, niestety, mam tyko do scalaka.
  - Może być, dobre i to.
Kir-jen wydała mu sprzęt, uważnie mu się przyglądając. On ukrył go w niewielkiej torbie, którą miał przymocowaną do paska, a potem wrócił do czekającego na niego Thei'de.


Wspinaczka zajęła im paręnaście minut - sterownia statku znajdowała się na samej górze. W końcu dotarli do celu i Gavo wprowadził Czerwonego na mostek.
Tu, podobnie jak na każdym pokładzie, podłogę wyścielała zielona masa, ściany jednak nie wyglądały jak żebra, były zupełnie gładkie i błękitne. Thei'de zastanawiał się, po co im te kolory, skoro i tak bez masek ich nie rozróżniają. Założył więc maskę i ustawił swój skaner na podczerwień, by widzieć tak, jak wszyscy Yautja i rozejrzał się po pomieszczeniu. Okazało się, że na tle tych ścian świetnie widać każdego ciepłokrwistego osobnika znajdującego się w pomieszczeniu. Młody mężczyna podszedł do jednej ze ścian i dotknął jej; była wyjątkowo zimna, zimniejsza niż powinna być. Chłodzą je, pomyślał, sprytne.
  - Lecimy? - zapytał Gavo wysokiego Łowcę stojącego na środku i wpatrującego się w wielkie okno.
  - Nie, nie lecimy - odparł tamten, nawet na nich nie spoglądając.
  - Dlaczego?
  - Bo jakiś idiota odpalił bombę i impuls elektromagnetyczny rozwalił nam elektronikę, działa tylko kamuflaż i oświetlenie! - udzielił wyczerpującej odpowiedzi kapitan statku.
Gavo spojrzał na Thei'de, a ten wzniósł oczy w górę, śmiesznie wykrzywił dolne kły i zadudnił przy tym cicho, udając zdziwienie.
  - Skoro twoja łajba nie działa, to ja wracam do siebie - oznajmił. - Tak myślę, że skoczę chyba na Ziemię. - Głos Thei'de nagle zmienił swój tembr. Gavo zaskoczony spojrzał na niego. Twarz Czerwonego przybrała dziwny wyraz, górne kły drżały mu nieznacznie, a wzrok skupiał się na jednym punkcie. Gavo podążył za tym spojrzeniem i poczuł nieprzyjemny ścisk w żołądku, gdy uświadomił sobie, że Thei'de przygląda się ludzkiemu dziecku, które siedziało tuż przy nogach kapitana statku, który trzymał i tresował je jak domowe zwierzątko.
Nagle Thei'de odwrócił się i bez słowa wyszedł.
  - Czekaj! - krzyknął za nim Gavo. - Idę z tobą. - Nie mógł przecież dopuścić, by Młody znowu mu się wymknął, a bez manipulatora nie maił nad nim władzy. - Co chcesz tam robić? - wysapał, biegnąc za nim.
  - Polować.

Naukowiec zwolnił, w sumie nie zdziwił się, wiedział, jakich genów on i Ten-ku użyli do stworzenia chłopaka, wiedział, że ta ciemna, zwierzęca strona natury Thei'de zawsze będzie mu towarzyszyła. Dziwił go jednak fakt, że młody Yautjańczyk potrafi być taki opanowany i zdystansowany do otaczającego go świata. Wiedział, że musiało być mu trudno, zwłaszcza w okresie dojrzewania, burza hormonów niejednego młodego Yautję zaprowadziła na złą ścieżkę; to dlatego szkolono ich od dzieciństwa i wprowadzano ostrą rywalizację, żeby nie mieli głupich pomysłów. Może izolacja Thei'de miała dobry wpływ na niego? A może zupełnie odwrotnie? Tego jeszcze nie wiedział. Wiedział natomiast, że chłopak był jak dzikie zwierzę, które ktoś nagle obdarował dużą inteligencją. Możesz wytresować zwierzaka, ale nigdy nie możesz być pewien, kiedy ten zwierzak nie odgryzie ci dłoń.