Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Yautjal. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Yautjal. Pokaż wszystkie posty

środa, 29 lipca 2015

39. Wolf

Wolf szedł na cotygodniowe spotkanie w domu rodziny Doti, kartka z pijackimi bazgrołami Mu-shena, którą dostał od niej podczas ostatniej wizyty, nie dawała mu spokoju. Jeszcze większy niepokój budziło w nim odkrycie braku raportów, które przecież czytał i po części sam sporządzał. To oznaczało, że w wydziale byli Yautja, którzy stanowili potencjalne zagrożenie. Wolf nie był przekupny, wierzył w prawo, wierzył w jego słuszność i w to, że każdy, bez względu na kastę, musi go przestrzegać. Co prawda kary były różne i uwarunkowane stanem z jakiego wywodził się sądzony, ale w przekonaniu Wolfa były sprawiedliwe i słuszne.

W bramie, jak zwykle, przywitał go ojciec dziewczyny, Wolf minął go i podążył do dobrze mu już znanego pokoju. Kilkakrotnie myślał o zmianie miejsca spotkań, ale za każdym razem dochodził do wniosku, że o wiele prościej będzie się wytłumaczyć z takich wizyt niż z potajemnych schadzek gdzieś poza miastem. Poza tym w takich okolicznościach reputacja Doti nie cierpiała, a gdyby do uszu jej pracodawcy dotarło, że szef tajnych służb odwiedza jej rodzinny dom, wystarczyło wyjaśnić, że stara się o jej rękę. Ojciec dziewczyny jak zwykle zaproponował mu kieliszek owocowego wina, a on jak zwykle nie odmówił. Mężczyzna usiadł na przeciw niego i z nieukrywaną dumą opowiadał o osiągnięciach swojego syna w akademii. Wolf słuchał w milczeniu, z grzeczności nie przerywał i nie okazywał znudzenia, chociaż to nie były sprawy, które go tu sprowadziły. Pół godziny po wyznaczonym czasie do pomieszczenia, w którym przebywali dawaj mężczyźni, wpadła zdyszana i przemoczona dziewczyna, na policzkach wykwitły jej rumieńce, a mokra od deszczu sukienka przykleiła się do ciała. Roześmiana podeszła do ojca by go uścisnąć, Mężczyzna nie krył radości z powodu spotkania.
— Na wszystkich łaskawych bogów, całkiem przemokłaś! — zawołał do córki. — Powiem twojej matce, żeby dała ci jakieś suche odzienie — dodał i wyszedł.
Doti, wciąż się śmiejąc, zajęła miejsce, na którym przed chwilą siedział jej ojciec, a dostrzegłszy sposób, w jaki patrzy na nią Wolf rzekła: — Padać zaczęło kiedy byłam w połowie drogi, wiec resztę pokonałam, biegnąc, stąd mój straszny wygląd.
Ale Wolf, słuchając jej wyjaśnień, złapał się na tym, że przez tę krótką chwilę robił coś, na co wcześniej się nie poważył — podziwiał jej urodę. Doti zauważyła, że z jej gościem jest coś nie tak, bo zapomniał ukryć przed nią twarz, jak zwykł to robić, więc wreszcie mogła przyjrzeć się tym sławnym bliznom. Nie były tak straszne, jak słyszała, choć szpeciły przystojną kiedyś twarz. Mężczyzna nagle podniósł się z miejsca i, zwróciwszy się do dziewczyny plecami, zapytał: — Masz coś dla mnie?
— Nie — odparła zgodnie z prawdą, bo pracodawca jej ciągle w wyborach brał udział, o których już mówiono, że do historii przejdą jako najdłuższe i najburzliwsze.
— Hm — burknął. — A jakieś plotki po domu krążą?
— Owszem, o tobie tylko. — Zerknął na nią z ukosa. — Ktoś widział, jak z mojego domu wychodzisz i teraz myślą, że mój ojciec popadł w konflikt z prawem. Nie wyprowadzałam ich z błędu.
— Ale trzeba będzie to zrobić. Wiesz, kto mnie widział?
— Podobno Mei-shen — odparła.
Wolf jednym haustem wypił nietknięte do tej pory wino. Doti pierwszy raz widziała, aby to zrobił. Zawsze po spotkaniu pełny kieliszek pozostawał w miejscu, w którym postawił go jej ojciec, a ona wypijała je, by nie czuł się urażony tym, że gość nie skosztował nawet trunku. Teraz Wolf odstawił puste naczynie na biurko i podszedł do miejsca, w którym siedziała. Dziwnie się czuła, gdy tak stał nad nią i tasował ją wzrokiem, a jeszcze dziwniej się poczuła, kiedy przykucnął tuż obok i położył obie dłonie na podłokietnikach fotela. Gdyby chciała wstać, trafiłaby wprost w jego ramiona.
— To ten, który się tobą interesuje? — zapytał, chociaż doskonale wiedział, że tak było. Doti przytaknęła ruchem głowy. — Więc nie ma sensu zaprzeczyć i pakować twojego ojca tarapaty

Zamyślił się, podczas tej krótkiej chwili dziewczyna mogła dobrze mu się przyjrzeć – nie tylko na twarzy miał blizny, jego dłonie też pokrywały szramy świadczące o bojowym doświadczeniu tego wojownika. Doti podejrzewała, że pokrywają one również resztę ciała, ale Wolf nosił mundur, który szczelnie go okrywał.
— Dziś wrócisz i będziesz w nie najlepszym humorze, a jeśli będą cię pytać, co się stało, powiesz, że to przeze mnie.
— Mam się przyznać, że się spotykamy? — zaskoczył ją ten pomysł, przecież do tej pory miała to być tajemnica.
— Masz udawać nieszczęśliwą.
— Dlaczego?
— Bo ojciec chce cię zmusić do ślubu ze mną, na co nie masz ochoty… Co zresztą nie mija się z prawdą — odparł i wstał. Dziewczyna milczała, zastanawiając się, czy kiedykolwiek dała mu odczuć, że nie zgadza się z wolą ojca. Nie chciała, żeby myślał o niej źle.
— Pomogłeś mojej rodzinie — zaczęła — i...
— I twój ojciec sądzi, że ma wobec mnie dług, tak, wiem — przerwał jej, jakby wiedział, co ma do powiedzenia.
— Bo ma...
— Doti, jeśli honor twój nie ucierpi w domu Mu-shena i znajdziesz sobie lepszego kandydata niż ja, to będziesz mogła odejść. — Znowu na nią nie patrzył. — Obiecałem twemu ojcu, ze się tobą zajmę, bo wiem, co może cię tam spotkać.
— Radzę sobie — odparła zadziornie dziewczyna, choć w pamięci miała sytuację w łaźni i wiedziała, że tylko dzięki interwencji syna Mu-shena nie stała się wtedy ofiarą. — Chociaż... — dodała już mniej pewnie —  przydałoby się parę ciosów do samoobrony.
Wolf spojrzał na nią zaciekawiony.
— Chcesz, żebym ci pokazał, jak się bronić? — zapytał.
— Jeśli możesz — przytaknęła.


Wracając z rodzinnego domu, Doti zastanawiała się, czy decyzja Wolfa była słuszna. Na początku przecież przestrzegał ją przed radnym Mu-shenem, mówił, że niebezpieczny to osobnik i ona w to wierzyła. Idąc, starała się wprawić w ponury nastrój, ale nie szło jej to najlepiej. Strach przed szefem tajnej policji minął już dawno i teraz dziewczyna zastanawiała się, jak mógł ją wcześniej aż tak przerażać. Na każde spotkanie szła ze ściśniętym żołądkiem i niepokojem w sercu, teraz to było coś innego, coś, czego nie potrafiła jeszcze nazwać.

W domu, bez Mu-shena, panował wyjątkowy spokój. Cicho przemknęła się do pokoiku na tyłach, tu mieszkali zatrudniani przez rodzinę Shen Yautjańczycy. Otworzyła drzwi i zamarła z zaskoczenia – na jej wąskim, jednoosobowym łóżku siedział Mei-shen i przeglądał coś w swoim podręcznym komputerze.
— Co tu robisz? — zapytała stanowczo dziewczyna, dobrze pamiętała, że przed wyjściem zabezpieczyła drzwi cyfrowym kodem. Mei-shen musiał go złamać.
— Czekam na ciebie — odparł, wstając. Doti uśmiechnęła się, próbując ukryć zaskoczenie.
— Dlaczego? Czyżbyśmy się umawiali?
— Nie, skądże. Ale martwię się o ciebie. Sama po nocy chodzisz, dom twojego jest daleko. Nie chciałbym, żeby ci się krzywda jaka stała.
— Nie musisz się martwić, Yaut to najbezpieczniejsze miasto na planecie — odparła, odsuwając się, by zrobić mu w przejściu miejsce.
— A kto tak mówi? Wolf-kan?
Doti zamarła na chwilę, ton głosu Mei-shena przesiąknięty był drwiną. Nie wiedziała, co odpowiedzieć, prawda go zaboli, a on zawsze był dla niej miły.




Wiadomość, że po długich obradach wybrano w końcu przewodniczącego nie była jakimś wielkim zaskoczeniem dla Wolfa, chociaż fakt, że został nim Mu-shen budziła w nim pewne podejrzenia. Znał przedstawicieli Rady i uważał, że pośród nich znajdują się Wojownicy o większym dorobku, doświadczeniu i prawie do tego tytułu. Dziwił się, że Yautjańczycy ci tak łatwo oddali przywództwo.
Ostatni raz omiótł wzrokiem swoje biuro i już miał wychodzić, gdy komputer zasygnalizował nadejście wiadomości. Ku zdziwieniu Wolfa była to tradycyjna forma pisana nie zaś holograficzny przekaz bądź połączenie na żywo. Yautjańczyk odczytał jaj treść, Lin-kar wrócił na Yautjal, chciał się z nim pilnie i w tajemnicy spotkać, wyznaczył nawet termin i miejsce – dom rodu Kar, porzucony od śmierci ojca Lin‑kara.
Wolf przez całą drogę do siedziby Rady zastanawiał się, co takiego znowu napędza jego siostrzeńca. Lin‑kar przez całe dzieciństwo podzielony był pomiędzy tym, w co wierzył jego ojciec i tym, czego po jego śmierci uczyła go matka, a do tego jako młodzian był narwany, o czym świadczą chociażby wydarzenia Tel'ham-ar.
Wizyta w Radzie na szczęście nie przyciągnęła się, nikt nie oponował przeciwko wnioskom o aresztowania i nakazy zostały asygnowane znakami wszystkich radnych, wiec Wolf opuścił salę z zamiarem jak najszybszego udania się na miejsce wyznaczonej wizyty. Tuż za drzwiami drogę zastąpił mu jeden z synów Mu-shena, Wolf znał go z widzenia, ale nie mógł sobie teraz przypomnieć imienia.
— Wiem, że to nie jest sprawa dla kogoś na pańskim stanowisku, ale gdybyś mógł, panie, pogonić nieco Rozjemców z miejskiego wydziału... — zaczął rozmowę syn Mu-shena, Wolf nie miał pojęcia, czego ten młodzik od niego chce.
— Nie mam wpływu na ich pracę —  odparł szybko, chcąc pozbyć się natręta i już ruszył do wyjścia, gdy tamten dodał:
— Myślałem, że wszystkim nam, a panu szczególnie, zależy na odnalezieniu Doti, ale jak widzę, pomyliłem się!
Wolf zatrzymał się tak gwałtownie, jakby na jego drodze nagle wyrosła niewidzialna ściana. Odwróciwszy się, chciał zadać pytanie, ale wyraz jego twarzy sprawił, że odpowiedź padła nim zdarzył je wypowiedzieć.
— Tak, zaginęła, parę dni temu, prawdopodobnie w drodze powrotnej z domu rodzinnego. Sądziłem, że pana poinformowano, lecz jak widzę, wiadomość ta do pana nie dotarła. — Podszedł bliżej, by zajrzeć w białe, cybernetyczne oko Wolfa. — Obawiam się, że sama mogła sobie coś zrobić, była nieszczęśliwa, opowiadała, że ojciec zmusza ją do zamążpójścia wbrew jej woli, ale o tym pan chyba wie — dokończył i odszedł bez słowa pożegnania. Wolf rozglądał się po korytarzu, to musiała być prowokacja, nie wierzył, że dziewczyna zaginęła, przecież gdyby tak było, jej ojciec już by go poinformował. Szybkim krokiem opuścił siedzibę Rady, przed wejściem wezwał służbowy pojazd, rzadko z niego korzystał, ale chciał się jak najszybciej dostać na przedmieścia. Musiał się upewnić, że słowa tego „szczyla” są prawdą.
Pojazd sterowany automatycznie lekko unosząc się nad powierzchnią drogi pojawił się obok prawie bezgłośnie. Wolf wsiadł do niego i wprowadził koordynaty, pojazd ruszył, sunął lekko i bez wstrząsów, prawie nie odczuwało się prędkości, tylko przy zakrętach siła odśrodkowa poddawała ciało niewielkiemu przeciążeniu. Komputer naramienny zasygnalizował nadejście wiadomości, Lin-kar go ponaglał, pisał, że to sprawa życia i śmierci tysięcy Yautjańczyków i że natychmiast muszą się spotkać. Wolf warknął wściekłe, musiał zdecydować, co jest ważniejsze, wybrał Lin-kara.

Sporą posiadłość rodu Kar w znacznej mierze porastał bujny las i Wolf z trudem znalazł miejsce, by wylądować i nie uszkodzić przy tym niewielkiego statku, do którego musiał się przesiąść. Lawirując miedzy wierzchołkami drzew, posadził w końcu maszynę na ziemi. W duchu żywił nadzieję, że sprawa jest tak pilna, jak opisywał ją Lin-kar, bo poczucie obowiązku wzywało go w tej chwili do innej sprawy. Opuściwszy statek, obszedł go jeszcze dookoła, chciał sprawdzić, czy niczego nie uszkodził, ale poza pnączami brutalnie zerwanymi płozami lądowniczymi z czubka jednego z drzew wszystko było całe. Ruszył więc w głąb lasu, rośliny broniły dostępu do dawno przez siebie zajętej budowli, lecz ustępowały przed chirurgicznie ostrą maczetą Wolfa.



Dom był zrujnowany, ale czy po tylu latach mogło być inaczej? Rośliny zajęły każde możliwe do zasiedlenia miejsce, wystarczyło im niewielkie zagłębienie wypełnione pyłem naniesionym przez wiatr i deszcz, by zapuścił korzenie. Budynek wyglądał jak porośnięte wzniesienie. Freja przyglądała się marsowemu obliczu Lin-kara i zastanawiała się, co go tak smuci. Nie chciał jej powiedzieć dokąd lecą, ani po co i dlaczego Mu budzi w nim jedynie złość.
— On jest już zmęczony — szepnęła, kładąc dłoń na ramieniu Lin-kara. — Możemy odpocząć?
 Statek zostawili daleko, a wędrówka przez tak trudny teren dla kogoś, kto długo przebywał w zamknięciu, była ponad siły.
— Zaraz odpoczniecie — odpowiedział, nie odrywając wzroku od kaskady liści malowniczo zwieszającej się zaledwie kilka kroków przed nim. Za zieloną zasłoną znajdowało się wejście do budynku. Lin-kar przeszedł przez nią i odblokował drzwi, otworzyły się jak na statku, wsuwając się w ścianę po prawej stronie. Lin-kar zapomniał już, że budynek był inteligentny i reagował na obecność mieszkańców, nawet obecnie to była czysta ekstrawagancja. Przekroczył próg, kobieta podążyła za nim, na końcu człapał Mu. Nagle w ich kierunku wystrzelił snop oślepiającego światła, a po nim rozległ się bezpłciowy, mechaniczny głos: — Witaj paniczu Lin, czy mam aktywować wszystkie systemy?
Freja doskoczyła do Mu, jakby chciała zasłonić go własnym ciałem, Lin-kar nawet na nich nie spojrzał.
— Nie — odpowiedział — aktywuj tylko czujniki na zewnątrz i powiadom mnie, jeśli ktoś się zbliży do domu. I włącz oświetlenie.
— Jakie natężenie?
— Trzydzieści procent wystarczy.
Pomieszczenie rozjaśniło się nieznacznie. Przed chwilą Freja myślała, że znajdują się w jakimś małym i ciasnym pomieszczeniu, które po zapaleniu świateł okazało się sporym, całkowicie przeźroczystym pudełkiem w jeszcze większym pomieszczeniu.
— Czy to śluza powietrzna? — zapytała, przyglądając się otaczającym ich ścianom.
— Może pełnić taką funkcję, ale jest to głównie gródź ochronna, przejdą przez nią jedynie mieszkańcy — odpowiedział Lin-kar, po czym dodał znacznie głośniej: —  Nadaj moim towarzyszom status gości.
Przez chwilę panowała cisza przerywana jedynie co jakiś czas niskim buczeniem, po czym krótkie kliknięcie uruchomiło również przezroczyste drzwi przed nimi.
— A co by było, gdybyś nie nadał nam statusu? Komputer nie wpuściłby nas do środka? — zapytała kobieta, wychodzącego już z grodzi Lin-kara. On jakby nie usłyszał jej pytania.
— Nie — odpowiedz nadeszła zza jej pleców. — Tu skończyłaby się twoja wizyta i życie. Gródź ma za zadanie zabić każdego intruza, a status gości daje nam możliwość poruszania się po wszystkich pomieszczeniach, do których on… — Mu wskazał głową Lin-kara — zechce nas wpuścić.
— Chodźcie! — ponaglił ich głos spoza grodzi, ruszyli już mniej pewnie, zwłaszcza Freja czuła się wyjątkowo nieswojo, myśl, że każdy jej krok i każdy oddech jest kontrolowany przez bezduszną maszynę nie napawał jej radością.
— Idź —  powiedział Mu, widząc, że kobieta się ociąga. — Poza grodzią zabić cię może tylko on.
— Nazywa się Lin-kar — odparła. Mu dawno nie był taki rozmowny.
— To bez znaczenia, zabije nas jeśli zajdzie taka potrzeba, wierz mi.
Freja potrząsnęła głową, odwróciła się od swojego rozmówcy i przeszukała wzrokiem pomieszczenie, lecz nigdzie nie dostrzegła Lin-kara. Po prawej punktowe oświetlenie rozbłysło nieco mocniejszym światłem, jakby zapraszając gości do spoczynku na długich szezlongach. Mu poszedł w ich stronę, doskonale znał funkcjonowanie takiego budynku, wychował się w podobnym. Freja nie zamierzała odpoczywać, ruszyła za Lin-karem. Drzwi same się przed nią otwierały, z pierwszego pomieszczenia przechodziło się na korytarz, a z niego do mniejszych pomieszczeń, wszystkie wyglądały jak cele pielgrzymów – tak przynajmniej kojarzyły się kobiecie. Zaglądnęła do każdej, ale nigdzie nie znalazła Lin-kara, wróciła wiec do Mu, który leżał na szezlongu i wpatrywał się w sufit.
— Tam go nie znajdziesz — powiedział do Freii, gdy ta usiadła obok. — To część gościnna, a do prywatnej pewnie nie masz dostępu, musisz zaczekać, aż wróci
Kobieta westchnęła, Mu był więźniem odkąd pamiętała, a i tak o świecie wiedział więcej niż ona. Podczas ucieczki z Olteranu i podróży tutaj widziała, jak stopniowo wraca do niego życie, wyglądał znacznie lepiej niż w dniu, w którym go uwolnili, ale wciąż nie odzyskał pełni sił. Nagle w pomieszczeniu pojawił się Lin-kar, wyszedł z drzwi, których istnienia Freja nigdy by się nie domyśliła, przeszedł po kamiennej polerowanej posadzce prosto do grodzi.
— Wpuść go — wydał rozkaz. Drzwi się otworzyły i do grodzi wszedł szczupły Yautjańczyk. Nie musiał czekać długo, by przejrzeć dalej, Lin-kar ruchem głowy wskazał mu siedzących, Wolf podszedł do nich, w milczeniu przyjrzał się obojgu, marszcząc przy tym brwi, po czym odwrócił się i nadal milcząc, poszedł za Lin-karem. Wyszli tymi samymi drzwiami, którymi przed chwilą wszedł ostatni potomek rodu Kar.

— Mogę cię poczęstować wodą, tylko to nadaje się tu do spożycia — zaproponował Lin-kar, gdy znaleźli się w prywatnym salonie w części rodzinnej budynku. Wolf, siedząc we wskazanym przez Lin-kara miejscu, nabrał powietrza w płuca i głośno wypuścił je z powrotem.
— Budynek nadal świetnie funkcjonuje, nie zarządziłeś oczyszczania zewnętrznych ścian? — zapytał ni z tego ni z owego, wywołując nie małe zdziwienie swojego rozmówcy.
— Wolf, na Cetanu, przyjechałeś gadać o konstrukcji mojego domu? Widziałeś go. Nic nie powiesz?
Szef Tajnej Policji mierzył przez chwilę wzrokiem swojego dawnego ucznia, nie chciał po sobie pokazać, że w istocie widok ten i na nim wywarł ogromne wrażanie. Pamiętał przecież sprawę zaginięcia młodego Mu-shena i jego cudowne odnalezienie po latach.
— To, że jest podobny do Mu-shena... — zaczął ostrożnie.
— To jest Mu-shen! — przerwał mu Lin-kar, który już nie mógł znieść spokoju i braku emocji, jakimi wykazywał się jego wuj. — Ten prawdziwy, a przynajmniej wiele na to wskazuje, tylko nie wiem, jak to możliwe? — dokończył zrezygnowany, jakby fakt niewiedzy odbierał mu siłę.
Ale Wolf wiedział „jak”, nie chciał jednak na ten temat dyskutować, jeszcze nie teraz, wolał mieć dowody w postaci zeznań Yautjańczyka siedzącego w gościnnym salonie.
— Gdzie go znalazłeś? — zapytał.
— Na Olteranie.
— To nie dobre miejsce na wakacje.
— Żartujesz!? Zresztą nie ważne, musimy sprawdzić, czy faktycznie jest tym, na kogo wygląda i za kogo się podaje.
Wolf zerknął na swój komputer, wzywali go do biura.
— Pobiorę tkankę do badania i zlecę analizę — powiedział. — A na razie się z tym nie wychylaj. Mu-shen prawdziwy czy nie został przewodniczącym Rady, musimy działać ostrożnie. Nie potrzebujemy drugiego Tel'ham-ar. Nie działaj sam, już raz to zrobiłeś, chociaż prosiłem, żebyś się wstrzymał. Nie wszystko jest tym, czym się wydaje.
Lin-kar wiedział o tym doskonale, od lat ponosił konsekwencje swojego działania, chciał być bohaterem, a stał się wyrzutkiem.
— Nie mogę tu z nim zostać, mam sprawę do załatwienia. Przywiozłem go, bo tam nie był bezpieczny, a może się jeszcze przydać — odparł Lin-kar, nie chcąc kontynuować tematu o swym niechlubnym udziale w masakrze współpracowników Ten-ku.
— Znowu działasz na własną rękę. Niczego się w przeszłości nie nauczyłeś?
— Tę sprawę muszę załatwić sam, to bardziej skomplikowane niż myślisz.
— A może po prostu sam to komplikujesz? Powiedz mi wreszcie, co się tam stało? To może będę mógł ci pomóc — zaproponował Wolf zupełnie poważnie, miał poczucie, że nie zajął się siostrzeńcem dostatecznie dobrze, skoro Lin-kar wpakował się w coś, o czym nie chciał mówić.
— Wystarczy, że zajmiesz się sprawdzeniem tożsamości mojego gościa i mówisz mnie na spotkanie z matką — odparł Lin-kar, wstając. Nie zaczekał na Wolfa, po prostu poszedł gdzieś w głąb budynku. Pozostawiony samemu sobie szef Tajnej Policji siedział jeszcze przez chwilę na swoim miejscu, po czym udał się do rodzinnego grobowca rodu Kar. Ojciec Lin-kara po wybudowaniu tego domu przeniósł szczątki przodków do specjalnie przygotowanej w tym celu części budynku. Jak w całej budowli, tak i tu, podłogę wyłożono szlifowanym czarnym kamieniem, Wolf spojrzał na swoje odbicie i uśmiechnął się krzywo, postąpił krok, deptał samego siebie. Na środku pomieszczenia znajdował się matowo czarny ołtarzyk, na którym członkowie rodziny mogli składać dary przodkom, prosząc ich o ochronę lub cokolwiek innego. Darem było przeważnie jedzenie. Wolf podszedł do ołtarzyka, znajdował się na nim mały display przy pomocy którego, można było korzystać z informacji o przodkach zgromadzonych na dysku wewnętrznym. Wolf przywołał obraz ojca Lin-kara. Z sufitu przed nim snop światła jak rzutnik wyświetlił obraz na przezroczystej tafli znajdującej się za ołtarzykiem. W tej chwili spoglądał na niego wiekowy Yautjańczyk, Lin-kar był trochę do niego podobny, ale miał też sporo z matki, zwłaszcza to chłodne, smutne spojrzenie. Spojrzenie kogoś, kto poświęcił wszystko dla wyższego celu, ale nie odnalazł w tym spełnienia, lecz tylko przykry obowiązek.


~*~

— Proszę cię tylko, żebyś się zajął jego szkoleniem — Daja chodziła po pomieszczeniu tam i z powrotem, jak gdyby nie mogła znaleźć sobie miejsca. — Nie zostanie tu długo, najwyżej połowę roku, aż rozwiążę sprawę z posiadłością po mężu.
Wolf stał do niej tyłem i przyglądał się chłopcu grzecznie siedzącemu w ogrodzie w miejscu, w którym usadowiła go matka.
— Zawsze jest taki spokojny ? — zapytał, przerywając żale, które wylewała na niego przyrodnia siostra. Po śmierci męża nie musiała już dłużej udawać, że toleruje jego drugą żonę i jej syna Ten-ku, więc zabrała małego Lin-kara i bez zapowiedzi zjawiła się u Wolfa. Daja zatrzymała się gwałtownie i, podszedłszy do okna przy którym stał Wolf, wyjrzała do ogrodu. Lin-kar nie zmienił pozycji.
— Przeważnie, chyba że bawi się z tym bękartem Ten-ku, który opowiada mu heretyckie historie o Shidzie...
— To jego dom, jego dziedzictwo — przerwał jej Wolf, jakby nie dotarły do niego jej ostatnie, przesiąknięte złością słowa. — Jest ostatnim ze starego rodu Kar, nie możesz ot tak kazać zburzyć budynek, w którym przyszedł na świat, tylko dlatego że nigdy nie pogodziłaś się z decyzją swojego męża o ponownym ożenku. Zresztą czego się spodziewałaś? Nie byłaś najlepszą żoną.
— I ty to mówisz? —  Daja wzburzyła się jeszcze bardziej. — Kto jak kto, ale ty nie powinieneś mi wytykać akurat tego. Ja wyszłam za Sek-kara, żeby móc go zinfiltrować, żeby dowiedzieć się, co knują Oświeceni, ty porzuciłeś ciężarną żonę i odesłałeś ją na planetę wyrzutków. Pomimo różnicy wieku, Wolf, i różnych matek, jesteśmy do siebie bardzo podobni.
Wolf patrzył teraz na nią i próbował znaleźć podobieństwo, o którym mówiła. W końcu odparł spokojnie, jak gdyby to była najnormalniejsza sprawa: — Nie ja skazałem ją na banicję. Zdradziła mnie, okryła hańbą i złamała prawo, kara była słuszna i adekwatna do winy! Ona sama wybrała swój los...
— I po tylu latach nadal uważasz, że na niego zasłużyła? I dziecko też? — jego siostra nie dawała za wygraną.
— Nie było moje! A o tobie też ptaszyny jeszcze nie śpiewały, więc nie masz o niczym pojęcia...
— Nie, nie było mnie, ale zastanawiam się, jaka była kobieta, która sprawiła, że stałeś się tym, kim jesteś.
Milczał, jakby nie miał już nic do powiedzenia, patrzył przed siebie i próbował przypomnieć sobie twarz żony. Kiedyś potrafił przywołać jej obraz na zawołanie, potem rysy przybladły i zamazały się, teraz...

~*~

Teraz już ich nie pamiętał. Twarz Sek-kara migotała z niewiarygodną częstotliwością, jakby coś zakłócało transmisję z rzutnika na taflę, może było tak w istocie? Może po latach bez konserwacji system nie działał już tak sprawnie jak niegdyś? Wolf zdjął jeden ozdoby pierścień z włosów i położył go na ołtarzu, matowa czerwień obelisku wręcz łapczywie pochłonęła szlachetny metal, rozbijając go na atomowy i wplatając je w strukturę własnych molekuł. Ofiara została przyjęta, Wolf wiedział, że było to tylko symboliczne, a do całego procesu przyczyniły się ultrananoboty, ale nie przeszkadzało mu to.
Daja od dawna nie pracowała w terenowej komórce Tajnej Policji, to znaczy od wypadu Lin-kara. Została wówczas zdemaskowana, jej poglądy wyszły na jaw i nie mogła już pełnić funkcji infiltratora, ówczesny szef Policji kazał jej się wycofać, zrobiła to, ale od tamtego czasu miała żal do syna, odcięła się od niego i nie przybyła nawet na proces, po którym Lin-kar opuścił Yautjal. Wolf wiedział, gdzie obecnie znajdowała się jego siostra, ale nie był pewien, czy będzie chciała rozmawiać z synem. 

niedziela, 8 lutego 2015

36. To nie on

     Siedząc na podkurczonych nogach, Thei'de mocował ostatni fragment swojego uzbrojenia – podwójne ostrza nadgarstkowe. Zapiąwszy ostatnią klamrę, spojrzał na koc i na rozłożonych na nim kilka przedmiotów. W apteczce znajdowało się coś, co miało mu pomóc; może nie zregeneruje utraconych sił, ale sprawi, że organizm wykrzesze z siebie jeszcze tę resztkę energii, która mu została. Łowca umieścił ampułkę w podajniku i wstrzyknął sobie jej zawartość. Po kilku sekundach poczuł przypływ sił i wyrzut adrenaliny do krwi. Chwycił naginatę i zerwał się do biegu, musiał działać szybko. Pędził przez gęsty yautjański las, zwinnie wymijając drzewa. Nie zwolniwszy nawet, w pełnym pędzie wbiegł na krzywo rosnący pień jednego z nich, wybił się i przeskoczył na kolejne, potem na kolejne i kolejne. Zwolnił dopiero na skraju lasu by się rozejrzeć, a stwierdziwszy, że pola okalające miasteczko są puste, ruszył dalej. 
Przedmieścia powitały go domostwami zamieszkanymi przez robotników rolnych i średnio zamożnych mieszczan. Thei'de szedł główną ulicą, nie przejmując się zaciekawionymi spojrzeniami. W porysowanej zbroi, umazany błotem z jaskini, z liśćmi drzew we włosach wyglądał dosyć nietypowo.
Dotarłszy do karczmy ojca Tei, przystanął przed wejściem. Ze środka dobiegł go głos właściciela karcącego niezdarną córkę za lenistwo. Thei'de zajrzał przez okno do wnętrza, Tea wycierała stoły. Nagle, jakby poczuwszy jego wzrok na sobie, gwałtownie się odwróciła. Ujrzała go, a trzymana przez nią ścierka wypadła jej z rąk. Thei'de uśmiechnął się do dziewczyny, zmierzył się z nią wzrokiem, a potem zniknął za ścianą, w której osadzone było okno. Dziewczyna ruszyła jego śladem. Tym razem łowca odgrywał też rolę przynęty. Pojawiał się na chwilę tylko po to, by zniknąć za kolejnym budynkiem lub drzewem. Wabił ją, a ona posłusznie szła za nim. Byli coraz dalej od centrum miasteczka i zmierzali w stronę przeznaczonych do wyburzenia magazynów, które Thei'de odkrył spacerując po miasteczku. 

     Tea nie bała się, przecież go kochała, a on… zatrzymał się przed bramą do nieczynnego silosu i patrzył w jej stronę, jakby chciał powiedzieć: no, pośpiesz się. I Tea przyśpieszyła, prawie biegiem dopadła drzwi i otworzyła je na oścież. Wnętrze silosu było suche i ciemne, w powietrzu unosił się ciężki zapach oleistej rośliny naczi. Tea zadarła głowę do góry, tuż nad drabinką, przylegającą do ściany i wiodącą w górę silosu, ujrzała właz a w nim uśmiechniętą i piękną twarz Thei'de. Poszła odważnie za nim. Bez wysiłku wspięła się na stryszek, tu też było gorąco i duszno, a z uszkodzonego dachu sączyły się jasne strużki światła. Tea rozejrzała się, w tak wysokiej temperaturze wszystko wyglądało tak samo. Na podłodze zalegało jeszcze ziarno naczi i stopy Tei tonęły w nim. Pomiędzy drobnymi kulistymi ziarenkami dojrzała napierśnik ukochanego, podeszła bliżej. Wtem coś zasłoniło jej oczy i Tea krzyknęła zaskoczona.
   – Czekałem na ciebie. – Tuż przy jej uchu rozległ się przyjemny, niski głos, a po nim pomruk zadowolenia. Dziewczyna zachichotała uradowana. 
   – Przyszedłeś do mnie? – zapytała, nie dowierzając swemu szczęściu.
  – Zostawiłaś mnie samego i zdążyłem się za tobą stęsknić. – Powiedział dokładnie to, co spodziewał się, że chce usłyszeć. Odsunął włosy z jej szyi i wbił w nią kły, niezbyt mocno, tylko tak, by poczuła lekkie ukłucie. Tea zapiszczała radośnie, odwróciła się i objąwszy go, przywarła do niego całym ciałem. Thei'de przechylił ją do tyłu, bez oporu pozwoliła mu na to, położył ją delikatnie na ziarnie, tuż obok swojej złożonej włóczni. Dziewczyna ochoczo zadarła sukienkę do góry.
   – Zaczekaj – szepnął. – Tylko odłożę broń.
   – Nie przeszkadza mi – odrzekła i odepchnęła go. Przeturlali się tak, że teraz to ona była na górze. Thei'de zadziwiła jej siła, nie spodziewał się, że taka niepozorna istota może mieć jej aż tyle. Tea zabrała się za rozpinanie paska na jego biodrach, pozwolił jej na to. Potem złapał ją za włosy z tyłu głowy i lekko ciągnąc zmusił, by przeturlali się z powrotem w pobliże włóczni. Ziarno przykleiło mu się do ciała, ale nie zwracał na to uwagi. Tea rozkraczyła się, więc przydusił ją swoim ciałem do podłogi. Nie mogła zaczerpnąć powietrza, ale to ją tylko podnieciło.
   – Kochany – szepnęła. – Będziemy tacy szczęśliwi.
   – O, tak… bardzo... – wycharczał Thei'de. Jego głos nie przypominał już tego, którym przemówił do niej wcześniej.
Dziewczyna przestraszyła się, otworzyła powieki, spojrzała mu w twarz i przeraziła się jeszcze bardziej. W spokojnych przed chwilą oczach czaiło się coś przerażającego, jakaś iskierka, która sprawiła, że całe ciało Tei przeszył dreszcz przerażenia. Usta jej ukochanego wykrzywiał paskudny grymas ni to uśmiechu, ni pogardy.
   – Puść – krzyknęła. Twarz Thei'de skrzywiła się jeszcze bardziej.
Wystraszona dziewczyna poczęła się szamotać. Widząc, jak jego dłoń wędruje w stronę włóczni,  zawyła ze strachu.
   – Puść, puść, puść, puuuść! – krzyczała drapiąc go i wierzgając nogami.
   – To żebyś mnie pamiętała – powiedział zachrypniętym głosem i wepchnął grot włóczni między nogi Tei, zakrywszy uprzednio jej usta dłonią. Dziewczyna próbowała wbić mu krótkie paznokcie w skórę, z jej gardła wydobyło się coś na kształt kwiku rannej świni. Kopała nogami, ale nie mogła się uwolnić. Thei'de przekręcił broń, oczy Tei uciekły w głąb czaszki. Przez chwilę Łowca rozważał, czy nie rozłożyć naginaty i tym samym nie skrócić marnego życia Tei, lecz uznał, że to byłoby zbyt łagodne rozwiązanie. Odwrócił nieprzytomną dziewczynę na brzuch i jednym mocnym szarpnięciem rozerwał jej sukienkę odsłaniając plecy. Kręgosłup Tei był krzywy i z pewnością z wiekiem skrzywiłby się jeszcze bardziej. Thei'de przesunął palcami wzdłuż niego od karku aż do miejsca, w którym uszkodzenie nie zabija lecz pozbawia okaleczonego władzy w ciele. Taki pomysł wymagał chirurgicznej precyzji. Łowca ujął jedną ręką Teę przez pierś a drugą wsparł na kręgosłupie. Krzywe kręgi nie poddawały się łatwo. Thei'de naciskał, aż usłyszał w końcu chrupnięcie.
   – To cię skutecznie pozbawi ochoty na igraszki – powiedział, wstając.
Tea do końca życia miała być warzywem karmionym przez innych i robiącym pod siebie – tego właśnie chciał, żeby cierpiała. Szybko pozbierał swoje rzeczy, zerknął na nią jeszcze raz i poszedł do wyjścia, przed samy włazem jednak zatrzymał się gwałtownie. Nie, On jeszcze nie skończył.


     Chwilę później Thei'de wyszedł z silosu, wspomagacz przestał działać i Łowca ledwo trzymał się na nogach. Potrzebował chociaż odrobiny snu. Z ciężkich, granatowych chmur spadły pierwsze krople deszczu, jeszcze chwila i rozpada się na dobre. W powietrzu wyczuwało się napięcie całej przyrody, jakby wszystkie żywe istoty czekały na burzę. Z oddali słychać już było pierwszy pomruk grzmotu. Thei'de wciągnął w płuca duszne powietrze. Czy to już południe? Rozejrzał się, nie bardzo wiedział, w którym kierunku powinien teraz iść. Po chwili odzyskał orientację i ruszył w stronę obrzeży miasta. Trochę to zajmie, ale lepiej nie ryzykować i nie pałętać się po mieście w dzień po akcji z Rozjemcami. Nagle, tuż pod jego stopami, rozbłysło jasne światło i jakaś potężna siła wyrzuciła go w powietrze. Thei'de opadł na ziemię kilka metrów dalej, a z nieba posypały się na niego kawałki ziemi i pyłu. Ogłuszony próbował dźwignąć się na łokciu, w głowie słyszał tylko pisk. Potrząsnął głową, jakby to miało mu pomóc w pozbyciu się go. Coś przesłoniło resztki słonecznego blasku przedzierającego się przez dziurę w chmurach i świecącego mu prosto w twarz. Czyjaś rozmazana, ukryta za maską twarz pochylała się nad nim.
   – Do …ąd …szysz? – usłyszał głos przerywany piskiem. Zmrużył powieki, by osłonić oczy przed słońcem.
   – Pytam, dokąd ci tak spieszno, kolego? – Rozjemca stał nad nim, jego twarz osłaniała maska, a z działka na ramieniu wciąż unosiła się para. – Jesteś aż tak głupi, by łazić dzisiaj po mieście? – zapytał. Thei'de uśmiechnął się z przekąsem. 
   – Chyba faktycznie tego nie przemyślałem – powiedział.
Rozjemca złapał go za rękę i sprawnie wywinął mu ją za plecy. Łowca syknął z bólu, gdy mężczyzna przydusił go kolanem do ziemi i w ten sam sposób wywinął mu drugą rękę.

     
     W kajdanach, bez zbroi i broni, zamknięto go w małej i wąskiej celi. Thei'de z lubością opadł na twardą więzienną pryczę. Było mu już wszystko jedno, potrzebował snu – o przyszłość zatroszczy się później.

   – Kogo pan tam przytaszczył? – zapytał Kimi, najmłodszy spośród Rozjemców. Właśnie wrócił z domu Zottara i widok całkowicie obandażowanej twarzy kolegi kompletnie pozbawił go humoru.
   – Zgadnij. Skóra w paski, czerwona zbroja i długie włosy – odparł komendant, upewniając się, że zamknął celę. Kimi spoglądał przez chwilę na przełożonego ogłupiałym spojrzeniem i widać było, że nie bardzo rozumie.
   – Nie! – wykrzyknął nagle, jakby odkrył rzecz niemożliwą.
   – Tak.
   – Zottar gotów z łóżka uciec, gdy się o tym dowie… Ale jak?
 – Nie uwierzysz… sam mi się napatoczył. A właśnie, sprawdź stary silos w piątym sektorze. Widziałem, jak stamtąd wychodził. Tylko uważaj.
Kimi pokiwał głową.
   – Jasne, już się robi – odparł.
 – A co u chłopaków? – Pytanie komendanta powstrzymało młodego Rozjemcę przed natychmiastowym wykonaniem polecenia.
   – Kilka operacji i będą jak nowi.
   – To dobrze. A, Zottar?
   – Pełen wigoru, gdyby nie lekarze i żona już by siedział za biurkiem albo patrolował ulice.
  – To jeszcze lepiej, bo będzie musiał zidentyfikować podejrzanego. No, śmigaj już, bo roboty masa, a czasu mało. Musimy zamknąć sprawę nim się wieści rozniosą i zwalą nam się na łby wewnętrzni.
   – Tak jest. – Kimi dumnie wypiął pierś.


     – O co jestem oskarżony? – zapytał Thei'de, spoglądając w pochmurną twarz kapitana i robiąc niewinną i kompletnie zdziwioną minę.
   – Ty się jeszcze pytasz?! – wrzasnął na niego Gorhan. Thei'de nie dał się wyprowadzić z równowagi. Klęcząc na środku pokoju do przesłuchań ze skrępowanymi z tyłu rękoma, wyglądał, jakby się świetnie bawił. Naprzeciwko niego, rozparty w fotelu, siedział Komendant Rozjemców i wpatrywał się we własne dłonie. Obok szefa yautjańskiej policji stał młody mężczyzna, wnioskując z wyglądu, mógł być rówieśnikiem Thei'de. Komendant wołał na niego…
   – Kimi? Tak? – zapytał Thei'de, spoglądając na młodego Rozjemcę i puszczając do niego oko. Kimi pozieleniał na twarzy i niepewnie spojrzał na przełożonego.
   – Och, daj spokój – rzekł Gorhan. – Przecież on to robi specjalnie – i zwracając się do więźnia, dokończył. – A ty przestań, bo… – urwał, zauważywszy, że więzień zamiast go słuchać, pociera policzek o własne ramię.
   – Możesz przestać! – krzyknął poirytowany.
   – Kiedy mnie twarz swędzi, a nie mam się jak podrapać. Kimi, pomożesz mi? – Thei'de błagalnie spojrzał na młodego mężczyznę.
   – Kimi, pomóż mu – rozkazał Gorhan.
   – Ale..
   – Podrap go, do cholery, bo w życiu nie ruszymy z miejsca.
Młody Rozjemca zawahał się, nie podobał mu się wyraz twarzy więźnia.
   – No, weź – zachęcał go Thei'de. – Przecież nie odgryzę ci ręki… przynajmniej na razie – dodał ochrypłym głosem, który sprawił, że Kimi zamiast podejść bliżej, cofnął się o krok.
   – Na Paya, sam to zrobię – warknął Gorhan i podszedł do klęczącego więźnia, ten przekrzywił głowę, nastawiając prawy policzek.
   – O, tu – powiedział Thei'de. Komendant podrapał go, a więzień zaczął jęczeć.
   – Niżej… w lewo… trochę do góry… ooo tu.
Komendant warknął niecierpliwie.
   – Możemy kontynuować? – zapytał.
   – Tak. To o co jestem oskarżony? Dodam, że bez adwokata nie będę zeznawał.
   – Bez kogo? – zdziwił się Kimi. Gorhan widząc rozbawioną minę więźnia, westchnął i zapytał.
   – Kto jest tym twoim ad-no-katem?
  – Adwokatem – poprawił go Thei'de i zaraz dodał: – Ja. – Jego głos znowu przybrał ten ochrypły ton.
   – Dobrze więc…
   – Chciałbym złożyć oświadczenie. – Thei'de przerwał komendantowi w pół zdania.
   – Tak?
  – Jeśli przestępstwem jest łażenie w porze obiadowej po mieście, to przyznaję się, jestem winny.
  – Nie! Ale przestępstwem jest porwanie, gwałt, polowanie na obywateli Yautjalu i morderstwo! – wykrzyknął komendant, ze złości aż żyły wystąpiły mu na czole. 
   – Zwolnij trochę, stary. Jeśli chodzi o polowanie, to nikt nie zginął, więc, tak po prawdzie, polowania nie było – odparł spokojnie Thei'de, spoglądając raz na komendanta a raz na Kimiego. 
   – Niech dotrze wreszcie do twojego pustego łba, że tylko za to jedno przestępstwo grozi ci śmierć.
   – Nikogo nie zabiłem.
   – Nie?! A czterdziestego siódmego dnia miesiąca hatrum w stolicy, to może nie ty wyciąłeś synów radnego Mu-shena? I nie wypieraj się, mamy nagranie. To raz, teraz mamy jeszcze sprawę gwałtu i morderstwa córki karczmarza Tei.
   – O nie, w to mnie nie wrobicie. Tea żyje, może odechce jej się harców, ale żyje.
  – Doprawdy? Uważasz, że można żyć w takim stanie? – wrzasnął komendant i podsunął Thei'de pod twarz trójwymiarowy wyświetlacz, przedstawiający miejsce zbrodni i ofiarę.
   – Co! To nie ja! – Thei'de szarpnął się wściekle, przekonany, że próbują go w coś wrobić.

Do pomieszczenia wszedł Sun-ad, który pierwszy doszedł do siebie po walce. Gorhan skinął na niego głową.
   – Kurwa! To nie ja, przysięgam wam! – krzyczał więzień.
Sun-ad spojrzał na niego obojętnie i przemówił:
   – Denatka została zgwałcona ostrym narzędziem, oślepiona kwasem, a potem, gdy jeszcze żyła, rozpruto jej brzuch, wyciągnięto jelita i wepchnięto je jej do ust – przerwał, zacisnął szczęki i pięści i widać było, że ledwo się powstrzymuje.
   – Dobrze, wystarczy – uspokoił go komendant, kładąc mu rękę na ramieniu.
Thei'de opuścił głowę, przez cały czas powtarzał, że to nie on. W końcu, kiwając się do przodu i do tyłu, począł szeptać:
   – To nie ja. To nie ja. To nie ja. To nie on. To nie on. To nie on.
   – Więc kto! – Nie wytrzymał Sun-ad.
Thei'de przestał się kołysać.
  – To nie on – zabrzmiał jego ochrypły głos. – To ja.

Rozjemcy spojrzeli po sobie, nie rozumieli tego, co się dzieje. Klęczący przed nimi więzień uniósł skute za plecami ręce aż do granicy ruchu, stęknął, a z barków dał się słyszeć dźwięk wyłamywanych stawów. Mężczyźni z niedowierzaniem patrzyli, jak skuty mężczyzna wybija sobie ręce z barków, przenosi je nad głową do przodu ciała, a potem dziwnym ruchem ramion umieszcza je z powrotem w stawach. To było niewiarygodne i niemożliwe. Skuty Yautjańczyk powiódł po nich nieprzytomnym spojrzeniem, prawą ręką chwycił kajdan na przegubie lewej dłoni, i wrzeszcząc jak opętany, wyrwał sobie dłoń. Rozjemcy stali w szoku, po zmasakrowanych zwłokach Tei to była druga rzecz, której jeszcze nie widzieli i nie sądzili, że jest możliwa. Gdy więzień poderwał się z klęczek i rzucił najbliżej stojącemu z nich do gardła, wbijając w nie kły i wyszarpując w nim sporą dziurę, nawet nie zareagowali. Neonowozielona krew bryznęła z rozerwanej tętnicy. Wtedy dopier Gorhan zerwał się z miejsca i popędził do drzwi, wcześniej nie sądził, że będzie mu potrzebna broń.
   – Kimi – zdążył jeszcze zawołać. – Uciekaj.
Młody Rozjemca odwrócił się gwałtownie, chciał podążyć za przełożonym, lecz coś brutalnie rzuciło się na jego plecy i przygniotło go od podłogi. Kimi spróbował się podnieść, lecz przygniatająca go masa nie pozwoliła mu na to, więzień był znacznie od niego wyższy i cięższy. Ból przyszedł nagle, zacisnął się ze stalową siłą wokół kręgosłupa Kimiego, ciepło i niemoc ogarnęły młode ciało, a uczucie szarpnięcia u podstawy czaszki było ostatnią rzeczą, którą poczuł. Więzień wyszarpnął skrwawiony kręgosłup ofiary, musiał przy tym połamać mu żebra. 

Gorhan nie oglądał się, wbiegł do zbrojowni i pierwszą rzeczą, którą złapał, było ręczne działko plazmowe. Pochwycił je do prawej ręki, a do lewej wziął swój kastet nabijany pięciocentymetrowymi ostrzami. Zadowolony odwrócił się i od razu zamarł. Tuż przed twarzą ujrzał szeroką pierś więźnia. Uniósł dłoń z działkiem, lecz nie był w wstanie z takiej odległości oddać strzału, zamachnął się więc kastetem i udało mu się nawet przeorać skórę przeciwnika na żebrach. Tamten jakby nic nie poczuł, chwycił prawą rękę Komendanta i szybkim wprawnym ruchem wyłamał mu ją w łokciu. Gorhan zawył z bólu i opadł na kolana. Przeciwnik przyglądał mu się przez chwilę, jakby rozważał, co powinien zrobić, potem złapał Komendanta za dolne kły i wepchnął mu do ust swój wciąż ociekający krwią kikut lewej ręki. Rozjemca nie zdołał już nawet zawyć, rozpuszczany od środka przez zabójczą krew więźnia, skonał w męczarniach.

Na posterunku zapanowała cisza i tylko jedno serce biło zaskakująco szybko, jego właściciel przymknął oczy i delektował się ogarniającym go podnieceniem. Do pełni szczęścia brakowało mu już tylko jednego. Spojrzał na ciało Komendanta, nie wyglądało zbyt zachęcająco, odwrócił się więc i poszedł z powrotem do pokoju przesłuchań. Tu stanął nad zwłokami Kimiego, jego całkiem ładna buźka nadal wyrażała zdziwienie. Więzień warknął niezadowolony, trochę przesadził i młode ciałko nie nadawało się do tego, do czego chciał je wykorzystać, będzie musiał poszukać sobie innej rozrywki. 

czwartek, 25 grudnia 2014

35. Yu-shen

Yu-shen spędził z żoną noc w jaskini, wolałby zabrać ją na statek, ale wiązało się to z niebezpieczeństwem. Jeśli był śledzony, a takiej ewentualności nie mógł wykluczyć, nie po słowach garbatego, mógłby przysporzyć żonie tylko kłopotów. Dlatego siedział z nią na zimnej skale i próbował odbudować ich wzajemne relacje. Mirja miała do niego żal, tak mu się wydawało, i swą oziębłością, z pewnością, chciała go ukarać. Po przywitaniu nie pozwoliła mu się już dotknąć.
– Długo zamierzasz się dąsać? – zapytał z nadzieją w głosie.
– Aż podejmiesz jakąś sensowną decyzję, co do naszej dalszej przyszłości – odparła. Yu zerknął z ukosa na pochmurną twarz żony.
– Na razie musi zostać tak, jak jest.
– A ile ma trwać to twoje „na razie”?
– Do czasu aż załatwię sprawę z ojcem.
Mirja westchnęła i spojrzała na męża tymi swoimi dużymi, jasnożółtymi oczami.
– To może nigdy nie nastąpić. Nie masz żadnych sprzymierzeńców.
– Na razie nie mam – odparł Yu, myśląc o tym, jak przekonać sąsiada żony do współpracy.
– Chyba nie myślisz o Ung-sa? To, że zna kogoś, z kim twój ojciec jest w nie najlepszych stosunkach, nie oznacza, że jest w stanie pomóc ci w jakikolwiek sposób.
– Muszę spróbować, to nasza jedyna szansa, to jedyna szansa dla naszych synów. Muszę sprawić, by dał nam spokój, a to mogę osiągnąć jedynie wtedy, gdy będę miał na niego coś, co sprawi, że nie podejmie ryzyka zabicia was.
– Możesz nigdy czegoś takiego nie znaleźć.
– To co? Mamy się rozstać? Tego chcesz?! – Yu-shen poderwał się z miejsca i poszedł w kierunku wyjścia. Dobrze wiedział, jak grać na uczuciach żony. Mirja poczuła się winna, że zdenerwowała męża, nie chciała się rozstawać. Już i tak było jej ciężko, bo rzadko się widywali, nawet przed atakiem jego braci. Podeszła do niego i przytuliła się.
– Wiesz, że chcę być z tobą na zawsze. To ci przysięgałam. – Yu-shen spoglądał gdzieś przed siebie.
– Świta – stwierdził. – Powinnaś już iść.
– Ale...
Oswobodził się z jej uścisku.
– Przytul ode mnie chłopców – powiedział, odchodząc. Mirja przyglądała się, jak znika między drzewami i strasznie żałowała, że nie może iść tam, gdzie on, bo właśnie uzmysłowiła sobie, że wolałby podjąć takie ryzyko, niż żyć samotnie.

Yu-shen nie obejrzał się ani razu, tak było prościej, tę walkę musiał stoczyć sam. Był zdeterminowany, bo miał jasny i prosty cel. Po deszczu wraz ze wschodem słońca poczęły unosić się mgły, powietrze było chłodne i rześkie, co sprawiało, że syn Mu-shena poczuł w sobie wyjątkowy zapał do działania. Wrócił do Tohi tą samą drogą, którą szedł na spotkanie z żoną. Znał to miasteczko na tyle dobrze by wiedzieć, jak się po nim poruszać. Zapukał cicho w okno sąsiada żony. Nie od razu pojawiła się w nim znajoma twarz.
– Aaa, to tyy – sapnął Ung-sa. – Czeego chcesz?
– Twojej pomocy.
– Poomogłem ci przeecież, nic więcej nie moogę dla ciebie zroobić. Odejdź.
– Pomogłeś mojej żonie.
Ung-sa parsknął, zadziwiał go tok rozumowania młodego członka klanu Shen.
– Faakt, ale to tak, jaak bym pomógł toobie.
– Muszę odnaleźć siostrę.
– Aa co mnie to oobchodzi?
– Mam prawo myśleć, że z jej zniknięciem ma coś wspólnego ten cały Lin-kar i jego syn.
Ung-sa zacisnął szczęki i mierzył wzrokiem swojego rozmówcę. Zastanawiał się, ile jeszcze wie ten mężczyzna i co z tą wiedzą może zrobić. Nie chciał zaszkodzić Lin-karowi, wahał się.
– Chcę z nim tylko porozmawiać – dodał Yu-shen.
Ung-sa odsunął się od okna.
– Wejdź – powiedział.

Chwilę później siedzieli na materacach rozłożonych na podłodze, Ung-sa mieszkał w wyjątkowo spartańskich warunkach. Yu-shen rozglądał się zaskoczony faktem, że można tak żyć.
– Wieem tylko, że Lin-kar udał się na plaanetę wygnańców i z caałą pewnością twoojej siostry z nim nie byyło.
– Nie twierdziłem, że...
– Aale mówił mi, że szuuka... syna. Zdaje się, że chłoopak poznał twoją sioostrę na wyprawie i chyba...
– Jest w ciąży, więc...
– Co?! – Ung-sa poderwał się z miejsca, obalił Yu-shena i dociskając ramieniem jego szyję do materaca, począł go dusić. – Tylko mi nie mów, że z synem Lin-kara?!
Yu-shen charczał, nagle Ung-sa opanował się i usiadł obok syna Mu-shena.
– Wyybacz – wycedził znacznie spokojniej.
Yu-shen odsunął się na drugi koniec swojego materaca, wolał zachować w miarę bezpieczną odległość. Ung-sa marudził coś cicho sam do siebie, Lin-kar nie zostawił mu namiarów, a on nigdy na Olteranie nie był i się tam nie wybierał, obawiał się tego miejsca i jego mieszkańców.
– Ty coś wiesz?...
Ung-sa zaprzeczył ruchem głowy.
– Tak. I ja chcę wiedzieć co. Dlaczego tak zareagowałeś na wieść o ciąży mojej siostry? Dlaczego to takie ważne, kto jest ojcem dziecka?
– Nic nie wiem – burknął Ung-sa, wstając. – Idź już. – Wskazał drzwi.
Yu-shen podniósł się, postąpił krok do wyjścia, po czym odwróciwszy się, przemówił.
– To ma coś wspólnego z moim ojcem? Coś go łączy z Lin-karem i jego synem? Jakaś wspólna sprawa z przeszłości? Coś, co sprawia, że mój ojciec chce zniszczyć Lin-kara za wszelką cenę, nawet za cenę życia własnych dzieci. Powiedź mi, do cholery! Mam chyba prawo wiedzieć, dlaczego moi synowie omal nie przypłacili życiem jego szaleństwa!
– Myyślisz, że ta wiedza ci poomoże? Oona może cię tyylko zniszczyć! Przekroczysz graanicę, za którą już nie ma oodwrotu.
– Nie przesadzaj, to nie może być aż tak straszne. Już i tak stoję na krawędzi, albo mi pomożesz, albo powiem ojcu, czego się tu dziś dowiedziałem. – Zacisnął dłoń na rękojeści noża. Ung-sa zlustrował postać syna Mu-shena i zrozumiał, że może zginąć na pięć różnych sposobów, a nóż był tylko jedną z opcji. Odetchnął głęboko, od czasu Tel'ham-ar był pacyfistą, nie nosił broni i nie popierał zabijania.
– Staawiasz mnie w truudnej sytuacji.
– Raczej w sytuacji bez wyjścia.
– Zawsze moogę dać się zaabić – odparł Ung-sa, ponownie siadając na materacu i, sięgnąwszy po kawałek pieczywa, które nie wyglądało na świeże, włożył je do ust.
– Nie wydaje mi się, żebyś chciał umrzeć, na to zawsze będziesz miał czas, chociaż zważywszy na warunki, w których mieszkasz i styl życia, który prowadzisz, nie będzie to chwalebna śmierć. Raczej w samotności i zapomnieniu. Ja oferuję ci jakiś sens, bo widzę, że go straciłeś. Możesz  coś zrobić, możesz pomóc nie tylko mnie i Mirii, ale również swojemu kompanowi, wystarczy, że dźwigniesz tyłek z tego zarobaczywionego materaca i pójdziesz ze mną.
Ung-sa milczał, dawno nie opuszczał swojego domu i odwykł od podróży, wolał grzebać się w swoich archiwach, czytać je, analizować treści, wyciągać wnioski.
– Chceesz lecieć zaa nim na Styks? W tym wdziaanku paniczyka z doobrego domu i znakiem Muu-shena na hełmie? Zapakują ci oostrza pod żebra szybciej nniż ja zakłaadam gacie.
Yu skrzywił się, nie pomyślał o tym, że może zostać rozpoznany i że sława, choć to chyba nie jest dobre słowo, jego ojca sięga tak daleko.
– Co więc proponujesz?

Ung-sa grzebał na półkach kuchennych regałów, przewalał stosy papierów i dysków, które sypały się na podłogę niczym lawina na stoku góry. Yu zaskoczył fakt, że w takim miejscu można trzymać ważne dokumenty, zastanawiał się, gdzie ten mężczyzna przechowuje żywność, w wannie? Wszędzie panował nieład i aż strach było czegokolwiek dotknąć.
– Wiem, że gdzieeś to miałem... Wiesz, daawno tego niee używałem, kupiłem too kiedyś od jeednego handlaarza, cwany gość, przydało mi się paarę razy... – Zaprzestał grzebania i wpatrzył się w sufit.
Yu-shen zupełnie nie miał pojęcia, o czym mówi ten Yautjańczyk, tymczasem Ung-sa powrócił do przeszukiwania najniższych półek regału.
– Mam! – wykrzyknął nagle, sprawiając, że Yu jednym susem znalazł się obok niego. Przygarbiony Yautjańczyk wydobył skrzynkę, zdmuchnął z niej kurz, a potem postawił ją na kuchennym blacie.
– Muszę się tyylko podłączyć doo sieci.
Yu milczał, patrząc na niego wymownie.
– Tu nie moogę, nie mam punktu doostępu.
– Ja mam, na statku.
– Nie, niee będziemy taak ryzykować.

Ung-sa kazał mu zostawić zbroję i założyć jakieś stare łychy: rozciągniętą tunikę i za szerokie spodnie. Yu przymocował jeden nóż na łydce i zakrył go nogawką, a drugi umieścił za paskiem podtrzymującym spodnie. Czuł się wręcz nagi bez swojego pancerza i całego osprzętu.
– Czy to na prawdę konieczne? – zapytał przyglądającemu się mu Ung-sę.
– Nie – odparł tamten. – Ale spraawia mi przyjemność paatrzenie, jak się meęczysz.
Yu-shen zmarszczył brwi.
– Cooś jeszcze – dodał Ung-sa – i beędzie bolało.
Mężczyzna wygrzebał z górnej półki wielofunkcyjny klucz, otworzył potrzebną mu końcówkę, po czym, podgrzawszy go nad palnikiem, odwrócił się do Yu.
– Uusiądź – polecił mu.
Syn Mu-shena podstawił sobie stołek.
– Co chcesz zrobić?
– Aa jak myślisz? Muuszę zmodyfikować troochę twój roodowy znak.
Yu poderwał się z miejsca.
– Oszalałeś! Nie dam bezcześcić honoru rodziny.
Ung-sa spoglądał na niego z politowaniem, w dłoni trzymał rozżarzone  narzędzie. Yu  fuknął zrezygnowany, taka hańba, jak on się matce na oczy pokaże?  Garbaty sąsiad żony ponaglił go warknięciem, Yu-shen sceptycznie spojrzał na na rozgrzany do czerwoności przyrząd, jakoś nie za bardzo ufał temu Yautjańczykowi, nie na tyle by poddać się jego działaniu.
– Sam to zrobię. – Odebrał od Ung-sa narzędzie i wypalił sobie dwa punkty, jeden obok drugiego, tuż nad znakiem rodu Shen. Syknął przy tym, bardziej z wściekłości niż z bólu. Ung-sa z zadowoleniem ocenił dzieło.
– Na razie musisz czyymś to zasłonić – stwierdził, rozglądając się już za odpowiednią rzeczą.
– Oo, to będzie doobre. – Przyniósł chustę pomalowaną we wściekle kolorowe kwiaty.
Yu skrzywił się jeszcze bardziej.
– Żartujesz, prawda?

Wyszli, Ung-sa człapał przodem, za nim ciągnął się Yu. W burej tunice i spodniach,  z kolorową chustą przewiązaną przez czoło, wyglądał marnie. A przynajmniej tak o sobie myślał. Ung-sa kazał mu zdjąć nawet najskromniejszy pierścień z włosów i poza skórzanymi opaskami na przedramionach nic mu ze szlachetnego wyglądu nie zostało.
– Jaki ty masz w ogóle plan? – zapytał syn Mu-shena.
Un-ga zatrzymał się.
– Naajpierw za pomocą teego... – Wskazał skrzynkę. – Naadamy ci nową, loosową, ale zgodną z kryyteriami, toożsamość w sieci, potem przeproogramujemy twój czip, po to byyś mógł opuścić Yautjal beez wzbudzania podejrzeń.
– Jeżeli zmienisz mi tożsamość nie będę mógł pobierać środków z konta, jak chcesz wynająć statek?
– Aa kto mówił, żee będziemy cooś wynajmować?
– To jak chcesz się dostać na Styks?
– Too proste, zaabijemy kogoś w bóójce i nas deeportują.
– Odbiło ci? Nie zamierzam nikogo mordować!
– Aalbo zatrudnimy się w naajbliższej Styksowi koopalni helu dwa, Wyygnańcy na pewno taam przylatują poo ten pierwiastek, aa potem polecimy z niimi.
– Albo... – zaproponował Yu –  naruszysz trochę swój skromny budżet i sam wynajmiesz statek.
– Tak... to też jest rozwiązanie.

Nieznośnie długo trwały obrady i wybory nowego Przewodniczącego Rady Starszych. Chętnych było znacznie więcej, niż Mu-shen mógł przypuszczać, a Lamia, kobieta, która z jego polecenia i protekcji weszła do Rady, głosowała przeciw niemu. Wściekły jak sto Ksenów poprosił o przerwę, był już zmęczony. Wzrokiem płonącym ze złości powiódł po sali i zatrzymał go na Lamii, która nie zważając na niego, łagodnie przyjmowała nachalne zaloty innego. Obrady trwały już nieprzerwanie od czterdziestu yautjańskich godzin i wszyscy mieli dość. Wiceprzewodniczący, prowadzący obecne zgromadzenie, z ulgą ogłosił przerwę. Sala zebrań szybko opustoszała; Radni udawali się do swoich kwater, nie mogli opuścić gmachu, aż do uzyskania jednomyślności.
Mu-shen zerwał się ze swojego miejsca, chciał cichaczem podążyć za Lamią odprowadzaną przez namolnego adoratora. Szedł za nimi krok w krok i z bezpiecznej odległości obserwował, jak Nodu odprowadził Radną do jej kwatery, kilkakrotnie ukłonił się, szepnął coś do niej, a potem oddalił się. Lamia stała w drzwiach, spoglądając za nim. Mu-shen dopadł ją i brutalnie wepchnął do pomieszczenia.
– Jak śmiesz stawać przeciwko mnie!? – rozpoczął swoją słowną tyralierę, plując śliną.
Kobieta wyszarpała ramię z jego uścisku, podeszła do biurka, które stało pod trójkątnym oknem i nacisnęła przycisk wzywający obsługę, a potem odwróciła się w stronę mężczyzny.
– Jesteś głodny? Bo ja bardzo. Co ci zamówić? – spytała łagodnym głosem.
Mu-shen skrzywił się, jego twarz przybrała szpetny wygląd.
– Kobieto, w co ty ze mną pogrywasz?! – wrzasnął.
– W nic, jesteś zbyt pewny siebie. Nie dostrzegasz potrzeb innych...
– Ja nie dostrzegam...?
– Nie przerywaj mi! Jesteś taki pewien swego, pewien tego, że należy ci się przywództwo, że jesteś jedynym godnym tego stanowiska... To okropne. Co w ciebie wstąpiło?
– Myślałem, że stoisz po mojej stronie.
– Bo tak jest.
– Więc czemu głosujesz przeciw mnie? Czemu pozwalasz temu... temu... by wokół ciebie skakał?
– Więc to o to chodzi? Jesteś zazdrosny.
– Może i jestem.
Zamilkł, wpatrując się w nią. Lamia westchnęła ciężko.
– Obiecujesz, że nie będziesz robił mi scen zazdrości? – zapytała.
– Tak – padła krótka odpowiedź.
– Obiecujesz, że nie będziesz się szarogęsił?
– Proszę?
– Że nie będziesz podejmował sam żadnych inicjatyw i decyzji.
– Wiem, na czym polega rola przewodniczącego – odparł Mu-shen, krzyżując dwa palce za plecami; zabawny gest, który stosował jeszcze jako dziecko, gdy obiecywał coś, czego dotrzymać nie miał zamiaru.
– Cieszy mnie to. To jak... jesteś głodny?
– Owszem – zaśmiał się mężczyzna. – Najbardziej na ciebie.
Lamia prychnęła rozbawiona, do drzwi ktoś zapukał, kobieta otworzyła je i zamówiła spory posiłek, którym zamierzała podzielić się z Mu-shenem. Pracownica obsługi zapamiętała zamówienie i odeszła, powtarzając je w myślach.
– Przez ciebie pomyślą, że jestem obżartuchem – zażartowała Lamia, zamykając drzwi i spoglądając w głąb apartamentu, gdzie rozparty na krześle siedział Mu-shen. Mężczyzna obracał na palcu spory pierścień i zdawał się być myślami bardzo daleko stąd.
– Widziałeś, jak dziwnie zachowuje się Hasmuth, jakby nie był sobą?
Mu-shen oderwał wzrok od pierścienia.
– Przez całą sesję milczał, wpatrywał się w podłogę i głosował za tobą, a przecież wszyscy wiedzą, że on za tobą nie przepada. Zawsze stał w opozycji, skąd więc ta zmiana?
– Skąd mogę widzieć, może wreszcie coś do niego dotarło!
– Nie denerwuj się, po prostu nie tylko ja zauważyłam, że coś z nim jest nie tak, Nodu-tan...
Mu-shen uderzył pięścią w oparcie fotela. Przebrzydły lizus, przydupas Ker-linga, śmiał łapy wyciągać po jego własność.
– Co... powiedział Nodu-tan? – ryknął wściekły, że wspomniała o tym mężczyźnie. Do tej pory Nodu-tan, jeden z Honorowych, był mu całkowicie obojętny, nie przeszkadzało mu nawet to, że publicznie podważał jego wypowiedzi, Mu-shen tłumaczył to sobie zazdrością i faktem, że Nodu wywodził się z niższych kast, a wszystko, co osiągnął, zawdzięczał sobie, dlatego przykleił się do Ker-linga jak pijawka.
Ton Radnego zbił Lamię z tropu, Mu-shen wyraźnie był poddenerwowany, nie dziwiła mu się, tragedia w domu, zaginięcie ukochanej córki, a teraz walka o przewodnictwo w Radzie, to wszystko musiało na niego wpłynąć.
– Przecież wiesz, że nie przyjęłabym jego awansów – powiedziała łagodnie, kładąc mu dłoń na ramieniu. Mu-shen oparłszy głowę o zagłówek fotela, przymknął oczy.
– Jestem zmęczony – szepnął. – Czasami mam ochotę zrestartować swoje życie. – Lamia odparła, że go rozumie, ale on wiedział, że było inaczej. Jak mogła rozumieć? Przecież nie znała całej prawdy o nim, na tej planecie nikt jej nie znał. Siedzieli w ciszy, Mu-shen wyraźnie nie miał ochoty na rozmowę.
– Sprawdzę, co z naszym jedzeniem – powiedziała w końcu Lamia. Przedłużająca się cisza i na nią źle wpływała. Mężczyzna nawet nie zareagował, wyglądał jakby zasnął. Kobieta cicho opuściła apartament i poszła w kierunku kuchni, idąc szerokim korytarzem mijała drzwi prowadzące do apartamentów innych radnych, przed drzwiami do kwatery Mu-shena stał Hasmuth i zaciętą miną wpatrywał się w nie. Zdawało się, że nie zauważył przechodzącej tuż obok kobiety, która znacznie zwolniła kroku.
– Szukasz Mu-shena? – zapytała. Hasmuth spojrzał na nią zaskoczony.
– Nie – odparł. – Dlaczego myślisz, że go szukam?
Lamia uśmiechnęła się niepewnie, coś w wyrazie twarzy tego wojownika mówiło jej, że powinna się wycofać.
– Wiesz, gdzie on jest? – zapytał mrużąc oczy.
– Nie – odparła szybko i zawróciła, nagle minęła jej ochota na jedzenie, miała wrażenie, że Hasmuth poderżnął by jej gardło, gdyby dowiedział się, że Mu-shen jest u niej. Teraz jeszcze mniej rozumiała, dlaczego ten wojownik głosował za Mu-shenem. Wróciła do pokoju, Radny siedział tam gdzie go zostawiła.
– Coś taka blada? – zapytał, dostrzegłszy wyraz jej twarzy.
– Hasmuth stoi przed drzwiami do twojej kwatery i wygląda, jakby oszalał – powiedziała na jednym wydechu. Mu-shen wyprostował się w fotelu. – Mówiłam ci, że zachowuje się dziwnie.
– Przejdzie mu, zobaczysz – odparł Mu-shen, a w myślach zanotował, żeby po skończonej sesji niezwłocznie skontaktować się z gildią zabójców ze Styksu i dowiedzieć się o stan zdrowia uprowadzonych dzieci Hasmutha.

piątek, 5 września 2014

33. Doti

       Ocalała przed pohańbieniem służąca Mu-shena z żalem spoglądała na jego syna. Od pamiętnego dnia minął prawie tydzień, a on ciągle zachowywał się, jakby jej nie znał.
   – Ja... – Dziewczyna zaczęła i umilkła, nie wiedząc, co powiedzieć. Czarne, błyszczące włosy zaplecione miała w trzy grube warkocze, z czego każdy spięty był szeroką metalową obręczą. Przez wysokie, płaskie czoło przewiązała chustę z delikatnego materiału, którego poły zwieszały się nad nagim ramieniem. Mei-shen zlustrował stęsknionym wzrokiem zgrabną postać służącej. W tej dopasowanej na górze i rozszerzającej się ku dołowi sukience wyglądała ponętnie.
   – Długo? – zapytał, spoglądając w pustą przestrzeń tuż nad nagim ramieniem Doti. Nie bardzo wiedział, jak postąpić wobec upokorzonej dziewczyny, którą – dobrze to pamiętał – trzy miesiące temu rodzony ojciec oddał na służbę do domu bogatego Radnego.
Dziewczyna milczała, chyba nie bardzo rozumiała sens jego pytania. Yautjańczyk nabrał powietrza w płuca i zapytał jeszcze raz, tym razem inaczej formułując pytanie.
   – Pytam, czy to pierwszy raz, a jeśli nie, to jak długo to trwa?
Dziewczyna spuściła oczy i utkwiła je w wykładanej drogim kamieniem posadzce.
   – Ja nic nie zrobiłam. Pan sam… co miałam uczynić? – zamieszała się.
Mei-shen przełknął ślinę, która mu wielką kluchą w gardle utkwiła, przysunął się bliżej dziewczyny i obiema dłońmi uniósł delikatnie jej twarz.
   – Lepiej dla ciebie – wyszeptał – żeby nikt się nie dowiedział.
   – Przepraszam...
   – To nie twoja wina, on zawsze bierze, co chce.
   – Jesteś zły?
   – Nie. Tak. Nie wiem. – Mei-shen nie mógł się zdecydować. – Na ciebie może trochę, bo jesteś taka śliczna, a na niego nie, bo wcale mu się nie dziwię. – Wyrzucił na jednym wdechu syn Mu-shena, po czym uśmiechnął się nieznacznie. – Porozmawiam z nim i poproszę, aby dał ci spokój. Przyjdź wieczorem do altany w ogrodzie, mam coś dla ciebie – powiedział na odchodne.
     Do altanki? Zdziwiła się w duchu Doti. Po tym, co spotkało w tym miejscu Sha-uni, nikt z rodziny już tam nie bywał i chodziły słuchy, że zaplanowano jej wyburzenie i wzniesienie w tym placu pawilonu z ogromnym akwarium – nową modą wśród wyższych sfer Yautu.
Mei-shen mrugnął do niej porozumiewawczo, omylnie interpretując jej zmieszanie. Był przekonany, że to jego urok osobisty wywarł na niej takie wrażenie.
   – Muszę już iść – wyszeptał jej do ucha i poszedł do swoich zajęć.
Dziewczyna przyglądała mu się, jak odchodzi, potem wyprostowała fałdy na sukience i przybierając nieprzenikniony wyraz twarzy, poszła do kuchni. Spore pomieszczenie jak zwykle tętniło życiem; umieszczone w centralnym budynku zawsze pełne było gwaru rozmów i bulgotu gotujących się potraw. Wysoki sufit, bo znajdujący się aż sześć metrów nad podłogą, zapewnić miał lepszą cyrkulację powietrza. Przy długiej indukcyjnej płycie grzewczej stał gruby kucharz i mieszał parującą breję w wielkim kotle. Doti minęła go.
   – Pomożesz przy kolacji – zagadnął ja kucharz.
   – Ja? – zdziwiła się dziewczyna.
   – A coś myślała? Bliźniaczki się pochorowały, Jerpa pojechała do rodziny, bo jej ojciec jest zaniemógł, no, a Uta ma dwie lewe ręce, toć jej przecież nie pozwolę, by panu usługiwała, bo zara co narobi.
Doti skrzywiła się. A niech to Cetanu, zaklęła w myślach, a potem ręce skrzyżowane do piersi przycisnęła, by złego odpędzić, bo podobno, gdy się go raz wezwało to odejść bez fantu nie chciał, ona zaś nic mu dać nie mogła, bo i nic nie miała, a cnotę, którą podobno nad wszystko preferował, temu jedynemu zamarzyła oddać.

     Kolacja ciągnęła jej się niemiłosiernie. Niegdyś najweselsza część dnia, bo wszyscy się na niej zbierali, dziś była zaledwie cieniem dawnych dni. Wszyscy milczeli, żony Mu-shena złe były na niego, bo dzieci potraciły, a on zachowywał się jak gdyby nigdy nic. Doti wcale się kobietom nie dziwiła, tyle młodego życia niepotrzebnie zmarnowanego. Synowie też milczeli i tylko ponuro spoglądali to na ojca, to na siebie nawzajem. Sam sprawca rodzinnego nieszczęścia, chociaż bolał nad śmiercią dzieci, nie potrafił tego dostatecznie okazać. Jednej Sha-uni służce brakowało, bo rówieśniczkami były i Doti szczerze ją lubiła. Przy ogromnym stole dużo teraz pustego miejsca było i Doti z wielkim żalem omijała miejsca, należące do zamordowanych chłopców. Ciągle się przyzwyczaić nie mogła i czasami przyłapywała się na tym, że i dla nich czystą pościel szykowała. Westchnęła ciężko, nalewając Mu-shenowi do pucharu wina. Ten spojrzał na nią groźnie. Doti spłoszona wzrokiem Mei-shena poszukała i odnalazłszy go, zdziwiła się, widząc jego zadowoloną minę. Czyżby już z ojcem rozmawiał?

Po tej przymuszonej pracy dziewczyna już na nic ochoty nie miała, a jeszcze obowiązek swój spełnić musiała. Ojcu nigdy nic słowem nie rzekła, że jej źle, bo nauczył ją szacunku dla tego, co się ma i nie użalania się nad sobą, szczerze też w misję swoją wierzyła. Uprzątnąwszy po kolacji, czas wolny dla siebie miała, wyszła więc jak zwykle tuż przed zmierzchem. Myślami już gdzie indziej będąc, zupełnie zapomniała, co synowi pana swego obiecała.

Szła przez miasto, pomału kierując się w stronę starych peryferii, które obecnie w dziesiątym kręgu od centrum się znajdowały. Na niegdyś olśniewająco białych kamieniach czerniły się paskudne zacieki z kwaśnych deszczy. Zarząd miasta już w zeszłym roku ogłosił piaskowanie wszystkich budynków w mieście i obecnie prace trwały w dziewiątym kręgu. Zważywszy, że rok miał się już ku końcowi, na jej rodzinną ulicę dotrą zapewne w przyszłym. Doti rozejrzała się, ależ będzie czysto, pomyślała i tanecznym krokiem skręciła z głównego traktu w wąską boczną uliczkę. Nucąc sobie pod nosem wesołą piosenkę z dziecięcych lat, weszła w bramę wysokiego muru okalającego dom jej ojca. Za wrotami umilkła nagle i spoważniała – nie cierpiała udawania, że jest szczęśliwa, lecz czuła, że robi coś ważnego. Tak przynajmniej zawsze zapewniał ją ojciec. Szybko przebiegła podwórko i weszła do domu. Ojciec powitał ją w salonie, uściskał, pogłaskał, a potem wyszedł, pozostawiając dziewczynę sam na sam z siedzącym w fotelu mężczyzną. Doti nie za bardzo za nim przepadała, wydawał się jej taki oschły, taki pozbawiony uczuć, nawet jej pan był mniej dziwny i potrafił okazywać tak złość, jak i szczęście, a ten tu nic, nigdy nic.
Mężczyzna odstawił na stolik obok fotela trzymany przez siebie puchar z yautjańskim winem, którym zwykł częstować go jej ojciec. Doti przypuszczała, że gość nawet go nie spróbował. Yautjańczyk wstał i odwrócił się do niej plecami, zawsze tak robił, jakby świadomość przez co dziewczyna musi przechodzić w domu Mu-shena sprawiała, że czuje do niej obrzydzenie. Tym bardziej dziwił ją fakt, że obiecał ojcu poślubić ją po zakończonej misji. Doti nie była z tego faktu szczęśliwa, ale ojciec postrzegał w tym związku szansę dla całej rodziny.
   – Co nowego? – zapytał Yautja wpatrując się w coraz mniej widoczne liście morhy rosnącej w ogrodzie za oknem.
Doti przeszedł dreszcz po plecach. Ach, ten jego zimny ton. Dziewczyna spróbowała wyobrazić go sobie w toalecie z tą poważną miną i o mało nie parsknęła śmiechem.
   – Pan mój – zaczęła szybko mówić, by śmiech powstrzymać – wypuścił Yu-shena i nakazał mu siostry szukać.
   – Coś jeszcze?
   – Ano.
Mężczyzna stojąc do niej plecami, przekrzywił nieznacznie głowę, słysząc taki archaizm. 
   – Tak? – ponaglił.
   – Szczęśliwy chodzi jakby już przewodniczącym został. Dzieciom, żonom i służbie prezenty pokupował z tej okazji.
   – Hm, więc pewność ma. Czyli wie, jak radni będą głosować.
   – Czy to aby nie jest nielegalne?
   – Jest. Coś jeszcze?
   – Tak, to w śmieciach znalazłam, jakem jego tajne biuro po kilku dniowej libacji sprzątała.
Mężczyzna odwrócił się i ze zmarszczonym czołem zerknął na kartkę zgniecionego papieru w drobnej dłoni Doti.
   – Wpuścił cię tam – zapytał, po papier sięgając tak, by przypadkiem ich dłonie się nie zetknęły.
Dziewczyna udała, że tego nie widzi, lecz w jej głowie już po raz setny myśl się zrodziła, jak on zamierza obietnicę daną jaj ojcu spełnić – przez dziurę w prześcieradle? Tym razem nie wytrzymała i jej twarz rozpromieniła się szczerym uśmiechem. Mężczyzna zdziwił się nieznacznie, zerkając na nią z ukosa, tak aby dziewczyna nie widziała jego oszpeconej twarzy. Doti wyciągnęła szyję, chciała ujrzeć tę sławną bliznę wypaloną przez żrącą krew królowej semprów. Mężczyzna znów odwrócił się do niej tyłem; był wysoki i bardzo szczupły.
   – Możesz odejść – powiedział.
Doti stała przez chwilę, wpatrując się w jego plecy.
   – Za tydzień o tej samej porze, chyba żeby było coś pilnego to szybciej – dodał, nie spoglądając już na nią.
   – Tak, wiem, gdyby coś ważnego – odrzekła Doti i już miała odejść, gdy usłyszała jego cichy głos.
   – Uważaj na siebie.

Dziewczyna wyszła, a on jak zwykle miał wyrzuty sumienia. Usiadł z powrotem w fotelu, zrobiło się zupełnie ciemno, więc zapalił lampkę, obok której postawił wcześniej puchar z winem. Słabe światło ujawniło przykrą prawdę; przez całą lewą stronę jego twarzy biegła paskudna blizna po oparzeniu krwią ksenomorfa, oko było białe i ślepe, zaś dolnego kła po prostu nie było. Szef tajnych służb Yautjalu rozwinął kartkę, przyłożył ją do źródła ciepła i zaczekał chwilę, aż atrament się nagrzeje. Większość zapisków stanowił pijacki bełkot, mimo to Wolf przeczytał każde słowo. Na samym dole strony, krzywą, łamiącą się kreską narysowany był yautjański wojownik z karykaturalnie wielką głową i kijem wystającym z tyłka. Kogóż to Mu-shen chciałby na pal nadziać? Zastanawiał się Wolf. Pukanie przerwało myśli, które się już w jasny obraz układać poczęły. Do pokoju wszedł ojciec Doti, był kupcem i nie najlepiej mu się teraz wiodło, wiele stracił po tym, jak w zakupionym przez niego stadzie zaraza jakaś wybuchła i trzeba było je zlikwidować. Dlatego to Yautjańczykowi zamarzyło się, by syn jego Łowcą został, w chwale i bogactwie się pławił. Niestety chłopak zacięcia nie miał i mało życia na ostatniej eskapadzie nie stracił, lecz go Wolf w ostatniej chwili uratował, co utratą kła przypłacił. Co Wolf na tej wyprawie robił, tego nikt nie wiedział, bo od dawna nie polował, w każdym bądź razie nie na taką zwierzynę.
   – Doti już poszła – wymamrotał kupiec i smutne spojrzenie w Wolfa wlepił. – Nie była szczęśliwa – dokończył.
   – Na to już nic poradzić nie mogę – odparł oszpecony mężczyzna i włożywszy kartkę do kieszeni peleryny, chciał wyjść.
   – Obym nigdy nie żałował, żeś mi, panie, syna uratował, obym nie żałował – mamrotał kupiec.

Po wypadku, w którym jego twarz jeszcze szpetniejszą się stała, Wolf niczego od kupca nie chciał, chociaż tamten nalegał. W końcu jednak przyszedł dzień, dług mógł być wreszcie spłacony i kupiec nie zastanawiał się długo. Za namową Wolfa posłał córkę na służbę do domu bogatego Radnego, o którym już wtedy dziwne rzeczy gadano. By ojca dziewczyny i własne sumienie uspokoić Wolf obiecał mu, że dziewczynę poślubi i byt jej zabezpieczy, bo po tym, jakby wyszło na jaw, że pana swego szpiegowała, z całą pewnością pracy nikt by jej nie dał.
   – Nie będziesz, przecież ci obiecałam. Po wszystkim niczego jej nie braknie, nie musisz się troszczyć o jej przyszłość. – Łatwo przyszło mu to zapewnienie, lecz w głębi sera czuł, że to nie jest prawdą.
Opuścił dom kupca i ruszył w kierunku centrum. Nie podziwiał uroków białego miasta pogrążonego teraz w ciemnościach wczesnej nocy, zbyt dobrze znał te uliczki i nie robiły one już na nim wrażenia. Dotarłszy do głównego placu, wokół którego zbudowano wszystkie najważniejsze budynki użyteczności publicznej, skierował się do kwatery tajnych służb. Nad wejściem wisiała tabliczka z napisem DEPARTAMENT WETERYNARII. Wolf wszedł do środka, nie musiał okazywać nawet przepustki, takiej gęby się nie zapomina. W windzie zatrzymał się na moment, gdy chciał wybrać z panelu czwarte piętro, na którym znajdowało się jego biuro, zamiast tego nacisnął minus dwa i zjechał do podziemnych archiwów. Coś nie dawało mu spokoju. Na kartce, która spoczywała teraz bezpiecznie w jego kieszeni, kilkakrotnie powtarzało się słowo „mahret” i chociaż lata mijały nieubłaganie, a on rozwiązał już setki spraw, to tej pierwszej nie mógł zapomnieć. Nie był wówczas dowódcą, lecz jedynie szeregowcem przydzielonym do pomocy śledczemu. Kryptonim „mehret” nadano sprawie zaginięcia rodziny jednego z ówczesnych Radnych. Po kilkunastu miesiącach poszukiwań odnaleziono wrak, którym podróżowali i bardzo wychudzonego syna Radnego. Żony ani załogi nie odnaleziono, a chłopiec nie potrafił racjonalnie wyjaśnić tego, co się stało. Wolfowi ta sprawa długo nie dawała spokoju, lecz na żądanie Radnego śledztwo umorzono i już nigdy do niego nie powrócono.
Mężczyzna minął rzędy półek, na których znajdowały się nośniki danych i podszedł do terminala kontrolnego. Wpisał żądaną frazę, komputer wskazał miejsce, gdzie znajdował się szukany dysk. Wolf przemierzył pomieszczenie jeszcze raz, chciał dokładnie przestudiować raporty, do których jako młody pracownik nie miał dostępu. Mijał rzędy zakurzonych regałów w poszukiwaniu odpowiedniego miejsca, w końcu zatrzymał się przed właściwą półką. Przykucnął przy niej, by łatwiej sięgnąć po oznaczone pudełko. Uchylił wieczko, przeszukał zawartość i zaklikał zaskoczony. Jeszcze raz przeszukał złożone w niewielkiej skrzyneczce dyski, lecz nie znalazł tego, którego szukał. Zmarszczył czoło. Co też mogło się stać z raportami?


     Doti wróciła do domu Mu-shena nim pogaszono wszystkie światła. Zainteresowani wiedzieli, że pokojówka często odwiedza ojca, więc nikogo nie dziwiło, że wychodzi i wraca po zmierzchu. Dziewczyna obeszła budynek i poszła prosto do części wyznaczonej dla służby. Miała tam swój mały pokoik, który przylegał do dokładnie takich samych pokoików innych kobiet pracujących i mieszkających w tym domu. Cicho, by nie przeszkadzać innym w zasłużonym odpoczynku, przeszła przez długi korytarz i stanęła przed drzwiami do swojej sypialni, wtedy przypomniało jej się, że ktoś na nią czekał.
   – Niech to szlag – zaklęła cicho i zawróciła.

Mei-shen czekał na Doti w altanie. Odkrycie, że ojciec zagiął parol na tę samą dziewczynę co on, nie sprawiło mu większego problemu. Ojciec był panem domu i wszystko, co się w nim znajdowało, należało do niego. Tak przynajmniej uważał Mei-shen. Od pierwszego dnia, w którym podczas śniadania zobaczył nową służącą, zapałał niepohamowaną rządzą, szybko się jednak zorientował, że Doti nie należała do „łatwych” dziewcząt. Dlatego dwoił się i troił by wzbudzić w niej zainteresowanie. Uśmiechał się do niej, prawił komplementy, obdarowywał skromnymi – dobrze to przemyślał – prezentami, pomagał w cięższych zajęciach. Mei-shen uważał się za niezłego mądralę i cholernie cwanego gościa, bo nie szukał daleko tego, co miał pod nosem. Yu-shen wpakował się kłopoty, gdyż miał zbyt romantyczne wyobrażenie o miłości. Mei-shenowi wystarczało zaspokajanie fizycznych potrzeb, a te – jak każdy zdrowy mężczyzna – posiadał.
Yautjańczyk rozegrał właśnie kolejną partię kart z komputerem, gdy uświadomił sobie, że dziewczyna powinna już dawno przyjść. Ściemniało się, a dziś był dzień, w którym Doti odwiedzała ojca. Przyszło mu na myśl, że może najpierw postanowiła pójść do domu, a potem do niego. Postanowił zrobić jej niespodziankę i wyjść po nią. Skręcił właśnie w boczną uliczkę, przy której znajdował się dom ojca dziewczyny, gdy ujrzał Doti wychodzącą z bramy i zmierzającą w tym samym kierunku co on. Mei-shen postanowił dogonić ją i trochę nastraszyć. Zamknął monitor przenośnej konsoli, z którą się nie rozstawał, i spróbował wepchnąć ją do sakwy, niestety, zrobił to tak nieudolnie, że komputer wypadł mu i roztrzaskał się o bruk.
   – Niech to jasna cholera! – zaklął Mei, spuszczając Doti z oczu i zbierając swój rozwalony sprzęt. – Noż kurza jego mać – sapał wściekły. – Dopiero go poskładałem – mówił sam do siebie, usiłując jednocześnie poskładać do kupy komputer.
Wtem z tej samej bramy co Doti wyszedł zakapturzony mężczyzna i udał się w stronę Mei-shena. Młody Yautjańczyk uniósł głowę, by spojrzeć na przechodzącego i o mało nie wypuścił swojego skarbu z rąk. Kaptur zasłaniał wiele, ale nie brakujący dolny kieł i przepaloną skórę. Mei wiedział, do kogo należy ta twarz. Jako syn Radnego miał przyjemność poznać szefa tajnych służb – niezbyt przyjemnego typa. W głowie młodego mężczyzny zrodziło się pytanie, co Wolf-kan robił w domu Doti?

wtorek, 29 października 2013

18. Czas na zmiany

     Yu-shen, najstarszy syn Mu-shena - wielkiego Łowcy, członka Rady Starszych i Honorowego, siedział zamknięty w celi pod domem swojego ojca. Zawsze posłuszny, bez sprzeciwu wykonywał wszystkie jego polecenia, nawet te, które sprzeczne były z Kodeksem Honorowym i prawem cywilnym, nawet te, które sprzeczne były z jego własnym sumieniem. Nigdy się nie sprzeciwił, nigdy nie żądał niczego w zamian, chciał tylko, by ojciec był z niego dumny, chciał widzieć ten wyraz twarzy, gdy wracali z misji i wszystko było załatwione tak, jak chciał tego ojciec.
      Pierwsze dni spędzone w uwięzi były najgorszymi chwilami w jego życiu. Świadomy śmierci ukochanej kobiety i dwójki synów sam pragnął umrzeć. Nie mógł jednak sobie jej zadać, bo wciąż był obserwowany. Jeden z jego braci pilnował go bezustannie, a po paru godzinach przychodził jego zmiennik i Yu-shen nigdy nie był sam.
Potem przyszła złość i chęć zemsty. Syn Mu-shena wiedział, że ojciec będzie chciał go złamać, nie zabije go, o nie, to byłoby zbyt proste. Ojciec każe mu żyć i w każdej dogodnej chwili będzie mu przypominał, że to przez jego nieposłuszeństwo zginęła Mirja i dzieci.
Yu-shen postanowił, że zaczeka na odpowiednią okazję i zabije ojca - choćby miał za to odpowiedzieć życiem, choćby miał czekać latami... w końcu go zabije - i zrobi to tak, żeby stary wiedział, że umiera. Powoli wykrwawi go kropla po kropli, powyrywa mu kły, wykuje oczy, wyrwie włosy i rozczłonkuje ciało, a może nawet nawinie jego jelita na swoją włócznię, kiedy ten będzie jeszcze żył.
Zamknięty Yautjańczyk poczuł przypływ adrenaliny, przypomniał sobie słodki, odurzający zapach krwi. Przypomniał sobie Łowcę, który przyszedł uwolnić starego więźnia. Ironia losu - pomyślał - szukaliśmy go po całej galaktyce, a on sam do nas przyszedł.
Yu-shen wiedział, co zrobił tamten z jego braćmi, ale najbardziej zaskoczyła go wiadomość, jak tamten rozprawił się ze starym mistrzem; podjął decyzję, musi go odnaleźć, jeśli jego zemsta ma się udać, musi odnaleźć Łowcę w czerwonej zbroi.

*

     Nastał czas zbiorów. Na dużej, ciepłej i wilgotnej planecie klimat sprzyjał wzrostowi roślin, więc Yautjańczycy nie znali głodu. Każda rodzina posiadała własny, mały ogród warzywny oraz sad w pobliżu domu, a na wielkich polach za miastami, na masową skalę, uprawiano wszystkie niezbędne do przetrwania gatunki roślin oraz hodowano zwierzęta na mięso i skóry.
Rodzina Mu-shena zgodnie z wielopokoleniową tradycją, która nakazywała uczczenie tej pory, wyruszyła wraz z innymi yautjańskimi rodzinami na zbiór dzikich owoców. Wszystkie kobiety, dzieci małe i starsze oraz synowie Mu-shena, jako obstawa, udali się do pobliskich lasów. Zbierano owoce, z których przyrządzano nalewki  i soki oraz zioła niezbędne w kuchni, nadające potrawom wspaniały smak i aromat. W obecnych czasach te zbiory były już bardziej pretekstem do spotkań niż rzeczywistą potrzebą zgromadzenia zapasów. Nawet lasy w pobliżu stolicy, niegdyś pełne dzikich i niebezpiecznych zwierząt, były teraz niczym parki - odgrodzone od reszty puszczy, utrzymywane w czystości, ze stałą populacją niegroźnych mieszkańców.

Sha-uni, która ze względu na swój stan i to, co przeszła jakiś czas wcześniej, nie mogła uczestniczyć w tej corocznej wyprawie, nawet nie miała na nią ochoty. Korzystając z nieobecności rodziny i faktu, że ojciec był na zebraniu Rady, dziewczyna postanowiła odwiedzić Yu-shena. Zeszła do piwnic, gdzie mieściły się cele i uprosiła pilnującego więźnia, by pozwolił im porozmawiać na osobności. Usiadła na podłodze przy kratach i spojrzała w głąb celi. W kącie na pryczy leżał Yu-shen i wpatrywał się uparcie w sufit, dając Sha-uni w ten sposób znać, że nie jest tu miłe widziana. 
   - Yu-shen - zaczęła cicho, spoglądając w podłogę - tak mi przykro.
   - Przykro?! To wszystko?... Musiałaś to zrobić?
  - Skąd mogłam wiedzieć, że masz mnie pilnować? A poza tym, to ty... Przepraszam. - Nie odrywała wzroku od podłogi.
   - To i tak już nic nie zmieni, oni nie żyją - odburknął brat i odwrócił się do niej plecami.
   - Tego nie wiadomo. 
   - Co? - Usiadł i zapatrzył się w jej bladą twarz.
   - Goth i reszta jeszcze nie wrócili i nie dają oznak życia. Wczoraj ojciec wysłał Mo, by sprawdził co się stało.
Zapadła cisza, Yu-shen zastanawiał się nad czymś intensywnie.
   - To jeszcze o niczym nie świadczy, pewnie zabalowali gdzieś, albo Goth narozrabiał. - Zamilkł, po czym wstał, podszedł do krat i kucnął obok siostry.
   -  Musisz mi pomóc - powiedział w końcu.
   - Yu, nie mogę cię uwolnić.
  - Nie, nie o  to mi chodzi. Powiedz mi wszystko o tym, który zabił naszych braci, wszystko... nawet najdrobniejszy szczegół, nawet jeśli będzie ci się on wydawał błahy. Muszę wszystko o nim wiedzieć, muszę wiedzieć, dlaczego ojcu tak bardzo na nim zależy, dlaczego kazał nam złapać go żywcem i dostarczyć do domu, a nie do siedziby Rady.
Sha-uni zamknęła oczy i pokręciła przecząco głową.
   -Nie mogę, przykro mi, ja naprawdę nie mogę, nie chcę o nim myśleć.
   - Więc nie myśl! - Zdenerwował się mężczyzna.
   - Yu, wiesz, co on mi zrobił, nie proś mnie o to!
   - Nie chcesz o nim mówić, to chociaż zdobądź nagranie.
   - Jakie nagranie?
  - Dziewczyno, myśl! Z maski mistrza. On był starym, szczwanym lisem, na pewno uruchomił nagranie. Zawsze nagrywał nasze potyczki, by później wytykać nam nasze błędy, nie pamiętasz?
   - Tak, lecz jeśli cokolwiek nagrywał, to ojciec, z całą pewnością, ukrył gdzieś nagranie.
   - Owszem, w swoim gabinecie. Za jedną ze ścian jest ukryty tajemny pokój.
   - Skąd o nim wiesz?
  - Jestem jego najstarszym synem, wiem o wielu rzeczach, o których tobie, jego żonom czy chociażby naszym braciom nawet się nie śniło.
   - Ale...
   - Dam ci hasło, wkrótce święto zbiorów i będzie okazja. Musisz to dla mnie zrobić.
   - Dobrze - skinęła.
  - Więc idź już! Nie, zaczekaj! Wyślij tę wiadomość, adres odbiorcy sam się aktywuje po umieszczeniu dysku w komputerze.
Sha-uni wzięła niewielki zielony krążek z dłoni brata, czuła, że jest mu to winna, że to przez jej głupotę znalazł się w takiej sytuacji. Postanowiła zrobić wszystko, by mu pomóc, wiedziała, że ojciec często łamał kodeks, na straży którego - z racji zajmowanego stanowiska - winien stać. To nagranie to mała cena za śmierć rodziny Yu-shena.

*

     Zebranie Rady Starszych odbywało się raz na dziesięć dni, chyba że wydarzyło się coś ważnego, wtedy zwoływano nadzwyczajne posiedzenie bez względu na czas i miejsce pobytu Radnych.
W wielkiej, okrągłej sali znajdowało się dziewięć dość sporych foteli, każdy przypisany był jednemu Radnemu, im miejsce było bliższe środka, tym status Radnego był wyższy. Na samym środku znajdowało się miejsce Przewodniczącego.
Mu-shen zajmował drugie miejsce od środka, więc był jednym z ważniejszych jej członków. Siedział na swym miejscu i spoglądał na widok za wielkimi oknami. Myślał, że już wkrótce spełni się to, o co walczył i o czym marzył, jego rozważania przerwał Przewodniczący Rady.
   - Panowie, skoro wszyscy już są, to myślę, że możemy zaczynać. Pierwsza i najważniejsza sprawa dotyczy klanu Złej Krwi. Has'muth przygotował raport. Przewodniczący kiwnął w stronę wymienionego, a ten wstał ze swojego miejsca by być lepiej widocznym i słyszanym.
   - Nie będę teraz czytał całego raportu, macie go, panowie, każdy w swoim komputerze, przedstawię tylko pokrótce sytuację. Otóż, jeden z naszych szpiegów doniósł nam o wyjątkowej aktywności na Styksie, głównej planecie należącej do wyrzutków.
   - Co masz na myśli mówiąc: aktywność?
 - Rekrutacja, tak Zła Krew tworzy armię. Do tej pory żyli w miarę spokojnie, podróżowali po wszechświecie, szukali nowych miejsc do polowań i nie wychylali się za bardzo, ale ostatnio ogłoszono pobór do... - Has'muth zerknął w notatki - Oddziałów Porządkowych i nie byłoby w tym nic dziwnego, bo wiemy, kto ląduje wśród wyrzutków, gdyby nie liczebność tych oddziałów.

Zapadła cisza, a Przewodniczący rozejrzał się po sali, przyglądając się kolejno każdemu z członków Rady.
   - To ilu ich jest? - zapytał od niechcenia Mu-shen.
   - Na razie dwie armie po dwa tysiące wojowników.
   - To nie aż tak dużo - zauważył beztrosko Mu-shen.
  - Może i nie, ale należy pamiętać, kto się w tych oddziałach znajduje. To nie są nieopierzeni młodzieńcy z klanu Młodej Krwi. Wiecie, że nie siedzą w domach w ciepłych kapciuszkach i nie grzeją kości przy kominku.
   - Przesadzasz - wtrącił się Mu-shen.
Has'muth spojrzał na niego. - Czyżby? - zapytał i kontynuował. - Druga sprawa to liczebność ich floty. W naszej galaktyce ostatnio podwoiła się liczba ich okrętów, podejrzewamy, że czegoś szukają, ale jeszcze nie wiemy czego.
   - Czy wasze obawy nie są trochę na wyrost? - po raz kolejny zabrał głos Mu-shen. - Co zamierzacie?Przecież już kilkakrotnie próbowaliśmy z nimi walczyć; bezskutecznie. Siłą nic nie wskóramy, moim zdaniem prościej będzie nagiąć trochę stare prawa i przywrócić Złą Krew społeczeństwu, oczywiście tych mniej szkodliwych a resztę...
   - Dosyć! - przerwał mu Przewodniczący. - My stoimy na straży starych praw. Nie zmieniano ich od pokoleń. Nie zrobił tego nikt przed nami i my tego też nie zrobimy.
    - A, może już najwyższy czas coś zmienić, ruszyć się naprzód a nie ciągle...
  - Nie! Zamilcz! Twoje słowa sączą jad. Czy to twoja oficjalna postawa? Bo jeśli tak, to będziemy zmuszeni zastanowić się nad dalszym sensem twojego członkostwa w Radzie. - Przerwał mu Przewodniczący.
   - Zrobicie, jak chcecie, ja tylko chciałem zapobiec przelewowi krwi, ale jeśli taka wasza wola... - zakończył Mu-shen i opuścił salę.


Przewodniczący kiwnął głową, narada była skończona, jutro spotkają się znowu, skoro dziś nie doszli do porozumienia. Wszyscy Radni wyszli. W wielkiej sali pozostał tylko Przewodniczący i Has'muth.
   - Co o nim myślisz? - zapytał Przewodniczący.
   - Nie wiem, jego poglądy są dość dziwne, ale to o niczym nie świadczy.
   - Nie znasz go tak dobrze jak ja. On nie robi niczego, jeżeli nie ma w tym swojego interesu. 
   - To nie znaczy, że jest zdrajcą... Ale będę miał go na oku, innych zresztą też. 
  - Jesteś w radzie dopiero od pięciu lat, więc nie pamiętasz tego, co działo się tu za czasów starego Przewodniczącego. Już wtedy Mu-shen miał dziwne poglądy i groziło mu wydalenie, ale Przewodniczący stanął po jego stronie. Odniosłem wtedy wrażenie, że stało się coś, co miało wpływ na jago decyzję. Do dziś nie wiem, co to było, ale... Sam nie wiem, po prostu miej na niego oko.