Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lin-kar. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lin-kar. Pokaż wszystkie posty

środa, 29 lipca 2015

39. Wolf

Wolf szedł na cotygodniowe spotkanie w domu rodziny Doti, kartka z pijackimi bazgrołami Mu-shena, którą dostał od niej podczas ostatniej wizyty, nie dawała mu spokoju. Jeszcze większy niepokój budziło w nim odkrycie braku raportów, które przecież czytał i po części sam sporządzał. To oznaczało, że w wydziale byli Yautja, którzy stanowili potencjalne zagrożenie. Wolf nie był przekupny, wierzył w prawo, wierzył w jego słuszność i w to, że każdy, bez względu na kastę, musi go przestrzegać. Co prawda kary były różne i uwarunkowane stanem z jakiego wywodził się sądzony, ale w przekonaniu Wolfa były sprawiedliwe i słuszne.

W bramie, jak zwykle, przywitał go ojciec dziewczyny, Wolf minął go i podążył do dobrze mu już znanego pokoju. Kilkakrotnie myślał o zmianie miejsca spotkań, ale za każdym razem dochodził do wniosku, że o wiele prościej będzie się wytłumaczyć z takich wizyt niż z potajemnych schadzek gdzieś poza miastem. Poza tym w takich okolicznościach reputacja Doti nie cierpiała, a gdyby do uszu jej pracodawcy dotarło, że szef tajnych służb odwiedza jej rodzinny dom, wystarczyło wyjaśnić, że stara się o jej rękę. Ojciec dziewczyny jak zwykle zaproponował mu kieliszek owocowego wina, a on jak zwykle nie odmówił. Mężczyzna usiadł na przeciw niego i z nieukrywaną dumą opowiadał o osiągnięciach swojego syna w akademii. Wolf słuchał w milczeniu, z grzeczności nie przerywał i nie okazywał znudzenia, chociaż to nie były sprawy, które go tu sprowadziły. Pół godziny po wyznaczonym czasie do pomieszczenia, w którym przebywali dawaj mężczyźni, wpadła zdyszana i przemoczona dziewczyna, na policzkach wykwitły jej rumieńce, a mokra od deszczu sukienka przykleiła się do ciała. Roześmiana podeszła do ojca by go uścisnąć, Mężczyzna nie krył radości z powodu spotkania.
— Na wszystkich łaskawych bogów, całkiem przemokłaś! — zawołał do córki. — Powiem twojej matce, żeby dała ci jakieś suche odzienie — dodał i wyszedł.
Doti, wciąż się śmiejąc, zajęła miejsce, na którym przed chwilą siedział jej ojciec, a dostrzegłszy sposób, w jaki patrzy na nią Wolf rzekła: — Padać zaczęło kiedy byłam w połowie drogi, wiec resztę pokonałam, biegnąc, stąd mój straszny wygląd.
Ale Wolf, słuchając jej wyjaśnień, złapał się na tym, że przez tę krótką chwilę robił coś, na co wcześniej się nie poważył — podziwiał jej urodę. Doti zauważyła, że z jej gościem jest coś nie tak, bo zapomniał ukryć przed nią twarz, jak zwykł to robić, więc wreszcie mogła przyjrzeć się tym sławnym bliznom. Nie były tak straszne, jak słyszała, choć szpeciły przystojną kiedyś twarz. Mężczyzna nagle podniósł się z miejsca i, zwróciwszy się do dziewczyny plecami, zapytał: — Masz coś dla mnie?
— Nie — odparła zgodnie z prawdą, bo pracodawca jej ciągle w wyborach brał udział, o których już mówiono, że do historii przejdą jako najdłuższe i najburzliwsze.
— Hm — burknął. — A jakieś plotki po domu krążą?
— Owszem, o tobie tylko. — Zerknął na nią z ukosa. — Ktoś widział, jak z mojego domu wychodzisz i teraz myślą, że mój ojciec popadł w konflikt z prawem. Nie wyprowadzałam ich z błędu.
— Ale trzeba będzie to zrobić. Wiesz, kto mnie widział?
— Podobno Mei-shen — odparła.
Wolf jednym haustem wypił nietknięte do tej pory wino. Doti pierwszy raz widziała, aby to zrobił. Zawsze po spotkaniu pełny kieliszek pozostawał w miejscu, w którym postawił go jej ojciec, a ona wypijała je, by nie czuł się urażony tym, że gość nie skosztował nawet trunku. Teraz Wolf odstawił puste naczynie na biurko i podszedł do miejsca, w którym siedziała. Dziwnie się czuła, gdy tak stał nad nią i tasował ją wzrokiem, a jeszcze dziwniej się poczuła, kiedy przykucnął tuż obok i położył obie dłonie na podłokietnikach fotela. Gdyby chciała wstać, trafiłaby wprost w jego ramiona.
— To ten, który się tobą interesuje? — zapytał, chociaż doskonale wiedział, że tak było. Doti przytaknęła ruchem głowy. — Więc nie ma sensu zaprzeczyć i pakować twojego ojca tarapaty

Zamyślił się, podczas tej krótkiej chwili dziewczyna mogła dobrze mu się przyjrzeć – nie tylko na twarzy miał blizny, jego dłonie też pokrywały szramy świadczące o bojowym doświadczeniu tego wojownika. Doti podejrzewała, że pokrywają one również resztę ciała, ale Wolf nosił mundur, który szczelnie go okrywał.
— Dziś wrócisz i będziesz w nie najlepszym humorze, a jeśli będą cię pytać, co się stało, powiesz, że to przeze mnie.
— Mam się przyznać, że się spotykamy? — zaskoczył ją ten pomysł, przecież do tej pory miała to być tajemnica.
— Masz udawać nieszczęśliwą.
— Dlaczego?
— Bo ojciec chce cię zmusić do ślubu ze mną, na co nie masz ochoty… Co zresztą nie mija się z prawdą — odparł i wstał. Dziewczyna milczała, zastanawiając się, czy kiedykolwiek dała mu odczuć, że nie zgadza się z wolą ojca. Nie chciała, żeby myślał o niej źle.
— Pomogłeś mojej rodzinie — zaczęła — i...
— I twój ojciec sądzi, że ma wobec mnie dług, tak, wiem — przerwał jej, jakby wiedział, co ma do powiedzenia.
— Bo ma...
— Doti, jeśli honor twój nie ucierpi w domu Mu-shena i znajdziesz sobie lepszego kandydata niż ja, to będziesz mogła odejść. — Znowu na nią nie patrzył. — Obiecałem twemu ojcu, ze się tobą zajmę, bo wiem, co może cię tam spotkać.
— Radzę sobie — odparła zadziornie dziewczyna, choć w pamięci miała sytuację w łaźni i wiedziała, że tylko dzięki interwencji syna Mu-shena nie stała się wtedy ofiarą. — Chociaż... — dodała już mniej pewnie —  przydałoby się parę ciosów do samoobrony.
Wolf spojrzał na nią zaciekawiony.
— Chcesz, żebym ci pokazał, jak się bronić? — zapytał.
— Jeśli możesz — przytaknęła.


Wracając z rodzinnego domu, Doti zastanawiała się, czy decyzja Wolfa była słuszna. Na początku przecież przestrzegał ją przed radnym Mu-shenem, mówił, że niebezpieczny to osobnik i ona w to wierzyła. Idąc, starała się wprawić w ponury nastrój, ale nie szło jej to najlepiej. Strach przed szefem tajnej policji minął już dawno i teraz dziewczyna zastanawiała się, jak mógł ją wcześniej aż tak przerażać. Na każde spotkanie szła ze ściśniętym żołądkiem i niepokojem w sercu, teraz to było coś innego, coś, czego nie potrafiła jeszcze nazwać.

W domu, bez Mu-shena, panował wyjątkowy spokój. Cicho przemknęła się do pokoiku na tyłach, tu mieszkali zatrudniani przez rodzinę Shen Yautjańczycy. Otworzyła drzwi i zamarła z zaskoczenia – na jej wąskim, jednoosobowym łóżku siedział Mei-shen i przeglądał coś w swoim podręcznym komputerze.
— Co tu robisz? — zapytała stanowczo dziewczyna, dobrze pamiętała, że przed wyjściem zabezpieczyła drzwi cyfrowym kodem. Mei-shen musiał go złamać.
— Czekam na ciebie — odparł, wstając. Doti uśmiechnęła się, próbując ukryć zaskoczenie.
— Dlaczego? Czyżbyśmy się umawiali?
— Nie, skądże. Ale martwię się o ciebie. Sama po nocy chodzisz, dom twojego jest daleko. Nie chciałbym, żeby ci się krzywda jaka stała.
— Nie musisz się martwić, Yaut to najbezpieczniejsze miasto na planecie — odparła, odsuwając się, by zrobić mu w przejściu miejsce.
— A kto tak mówi? Wolf-kan?
Doti zamarła na chwilę, ton głosu Mei-shena przesiąknięty był drwiną. Nie wiedziała, co odpowiedzieć, prawda go zaboli, a on zawsze był dla niej miły.




Wiadomość, że po długich obradach wybrano w końcu przewodniczącego nie była jakimś wielkim zaskoczeniem dla Wolfa, chociaż fakt, że został nim Mu-shen budziła w nim pewne podejrzenia. Znał przedstawicieli Rady i uważał, że pośród nich znajdują się Wojownicy o większym dorobku, doświadczeniu i prawie do tego tytułu. Dziwił się, że Yautjańczycy ci tak łatwo oddali przywództwo.
Ostatni raz omiótł wzrokiem swoje biuro i już miał wychodzić, gdy komputer zasygnalizował nadejście wiadomości. Ku zdziwieniu Wolfa była to tradycyjna forma pisana nie zaś holograficzny przekaz bądź połączenie na żywo. Yautjańczyk odczytał jaj treść, Lin-kar wrócił na Yautjal, chciał się z nim pilnie i w tajemnicy spotkać, wyznaczył nawet termin i miejsce – dom rodu Kar, porzucony od śmierci ojca Lin‑kara.
Wolf przez całą drogę do siedziby Rady zastanawiał się, co takiego znowu napędza jego siostrzeńca. Lin‑kar przez całe dzieciństwo podzielony był pomiędzy tym, w co wierzył jego ojciec i tym, czego po jego śmierci uczyła go matka, a do tego jako młodzian był narwany, o czym świadczą chociażby wydarzenia Tel'ham-ar.
Wizyta w Radzie na szczęście nie przyciągnęła się, nikt nie oponował przeciwko wnioskom o aresztowania i nakazy zostały asygnowane znakami wszystkich radnych, wiec Wolf opuścił salę z zamiarem jak najszybszego udania się na miejsce wyznaczonej wizyty. Tuż za drzwiami drogę zastąpił mu jeden z synów Mu-shena, Wolf znał go z widzenia, ale nie mógł sobie teraz przypomnieć imienia.
— Wiem, że to nie jest sprawa dla kogoś na pańskim stanowisku, ale gdybyś mógł, panie, pogonić nieco Rozjemców z miejskiego wydziału... — zaczął rozmowę syn Mu-shena, Wolf nie miał pojęcia, czego ten młodzik od niego chce.
— Nie mam wpływu na ich pracę —  odparł szybko, chcąc pozbyć się natręta i już ruszył do wyjścia, gdy tamten dodał:
— Myślałem, że wszystkim nam, a panu szczególnie, zależy na odnalezieniu Doti, ale jak widzę, pomyliłem się!
Wolf zatrzymał się tak gwałtownie, jakby na jego drodze nagle wyrosła niewidzialna ściana. Odwróciwszy się, chciał zadać pytanie, ale wyraz jego twarzy sprawił, że odpowiedź padła nim zdarzył je wypowiedzieć.
— Tak, zaginęła, parę dni temu, prawdopodobnie w drodze powrotnej z domu rodzinnego. Sądziłem, że pana poinformowano, lecz jak widzę, wiadomość ta do pana nie dotarła. — Podszedł bliżej, by zajrzeć w białe, cybernetyczne oko Wolfa. — Obawiam się, że sama mogła sobie coś zrobić, była nieszczęśliwa, opowiadała, że ojciec zmusza ją do zamążpójścia wbrew jej woli, ale o tym pan chyba wie — dokończył i odszedł bez słowa pożegnania. Wolf rozglądał się po korytarzu, to musiała być prowokacja, nie wierzył, że dziewczyna zaginęła, przecież gdyby tak było, jej ojciec już by go poinformował. Szybkim krokiem opuścił siedzibę Rady, przed wejściem wezwał służbowy pojazd, rzadko z niego korzystał, ale chciał się jak najszybciej dostać na przedmieścia. Musiał się upewnić, że słowa tego „szczyla” są prawdą.
Pojazd sterowany automatycznie lekko unosząc się nad powierzchnią drogi pojawił się obok prawie bezgłośnie. Wolf wsiadł do niego i wprowadził koordynaty, pojazd ruszył, sunął lekko i bez wstrząsów, prawie nie odczuwało się prędkości, tylko przy zakrętach siła odśrodkowa poddawała ciało niewielkiemu przeciążeniu. Komputer naramienny zasygnalizował nadejście wiadomości, Lin-kar go ponaglał, pisał, że to sprawa życia i śmierci tysięcy Yautjańczyków i że natychmiast muszą się spotkać. Wolf warknął wściekłe, musiał zdecydować, co jest ważniejsze, wybrał Lin-kara.

Sporą posiadłość rodu Kar w znacznej mierze porastał bujny las i Wolf z trudem znalazł miejsce, by wylądować i nie uszkodzić przy tym niewielkiego statku, do którego musiał się przesiąść. Lawirując miedzy wierzchołkami drzew, posadził w końcu maszynę na ziemi. W duchu żywił nadzieję, że sprawa jest tak pilna, jak opisywał ją Lin-kar, bo poczucie obowiązku wzywało go w tej chwili do innej sprawy. Opuściwszy statek, obszedł go jeszcze dookoła, chciał sprawdzić, czy niczego nie uszkodził, ale poza pnączami brutalnie zerwanymi płozami lądowniczymi z czubka jednego z drzew wszystko było całe. Ruszył więc w głąb lasu, rośliny broniły dostępu do dawno przez siebie zajętej budowli, lecz ustępowały przed chirurgicznie ostrą maczetą Wolfa.



Dom był zrujnowany, ale czy po tylu latach mogło być inaczej? Rośliny zajęły każde możliwe do zasiedlenia miejsce, wystarczyło im niewielkie zagłębienie wypełnione pyłem naniesionym przez wiatr i deszcz, by zapuścił korzenie. Budynek wyglądał jak porośnięte wzniesienie. Freja przyglądała się marsowemu obliczu Lin-kara i zastanawiała się, co go tak smuci. Nie chciał jej powiedzieć dokąd lecą, ani po co i dlaczego Mu budzi w nim jedynie złość.
— On jest już zmęczony — szepnęła, kładąc dłoń na ramieniu Lin-kara. — Możemy odpocząć?
 Statek zostawili daleko, a wędrówka przez tak trudny teren dla kogoś, kto długo przebywał w zamknięciu, była ponad siły.
— Zaraz odpoczniecie — odpowiedział, nie odrywając wzroku od kaskady liści malowniczo zwieszającej się zaledwie kilka kroków przed nim. Za zieloną zasłoną znajdowało się wejście do budynku. Lin-kar przeszedł przez nią i odblokował drzwi, otworzyły się jak na statku, wsuwając się w ścianę po prawej stronie. Lin-kar zapomniał już, że budynek był inteligentny i reagował na obecność mieszkańców, nawet obecnie to była czysta ekstrawagancja. Przekroczył próg, kobieta podążyła za nim, na końcu człapał Mu. Nagle w ich kierunku wystrzelił snop oślepiającego światła, a po nim rozległ się bezpłciowy, mechaniczny głos: — Witaj paniczu Lin, czy mam aktywować wszystkie systemy?
Freja doskoczyła do Mu, jakby chciała zasłonić go własnym ciałem, Lin-kar nawet na nich nie spojrzał.
— Nie — odpowiedział — aktywuj tylko czujniki na zewnątrz i powiadom mnie, jeśli ktoś się zbliży do domu. I włącz oświetlenie.
— Jakie natężenie?
— Trzydzieści procent wystarczy.
Pomieszczenie rozjaśniło się nieznacznie. Przed chwilą Freja myślała, że znajdują się w jakimś małym i ciasnym pomieszczeniu, które po zapaleniu świateł okazało się sporym, całkowicie przeźroczystym pudełkiem w jeszcze większym pomieszczeniu.
— Czy to śluza powietrzna? — zapytała, przyglądając się otaczającym ich ścianom.
— Może pełnić taką funkcję, ale jest to głównie gródź ochronna, przejdą przez nią jedynie mieszkańcy — odpowiedział Lin-kar, po czym dodał znacznie głośniej: —  Nadaj moim towarzyszom status gości.
Przez chwilę panowała cisza przerywana jedynie co jakiś czas niskim buczeniem, po czym krótkie kliknięcie uruchomiło również przezroczyste drzwi przed nimi.
— A co by było, gdybyś nie nadał nam statusu? Komputer nie wpuściłby nas do środka? — zapytała kobieta, wychodzącego już z grodzi Lin-kara. On jakby nie usłyszał jej pytania.
— Nie — odpowiedz nadeszła zza jej pleców. — Tu skończyłaby się twoja wizyta i życie. Gródź ma za zadanie zabić każdego intruza, a status gości daje nam możliwość poruszania się po wszystkich pomieszczeniach, do których on… — Mu wskazał głową Lin-kara — zechce nas wpuścić.
— Chodźcie! — ponaglił ich głos spoza grodzi, ruszyli już mniej pewnie, zwłaszcza Freja czuła się wyjątkowo nieswojo, myśl, że każdy jej krok i każdy oddech jest kontrolowany przez bezduszną maszynę nie napawał jej radością.
— Idź —  powiedział Mu, widząc, że kobieta się ociąga. — Poza grodzią zabić cię może tylko on.
— Nazywa się Lin-kar — odparła. Mu dawno nie był taki rozmowny.
— To bez znaczenia, zabije nas jeśli zajdzie taka potrzeba, wierz mi.
Freja potrząsnęła głową, odwróciła się od swojego rozmówcy i przeszukała wzrokiem pomieszczenie, lecz nigdzie nie dostrzegła Lin-kara. Po prawej punktowe oświetlenie rozbłysło nieco mocniejszym światłem, jakby zapraszając gości do spoczynku na długich szezlongach. Mu poszedł w ich stronę, doskonale znał funkcjonowanie takiego budynku, wychował się w podobnym. Freja nie zamierzała odpoczywać, ruszyła za Lin-karem. Drzwi same się przed nią otwierały, z pierwszego pomieszczenia przechodziło się na korytarz, a z niego do mniejszych pomieszczeń, wszystkie wyglądały jak cele pielgrzymów – tak przynajmniej kojarzyły się kobiecie. Zaglądnęła do każdej, ale nigdzie nie znalazła Lin-kara, wróciła wiec do Mu, który leżał na szezlongu i wpatrywał się w sufit.
— Tam go nie znajdziesz — powiedział do Freii, gdy ta usiadła obok. — To część gościnna, a do prywatnej pewnie nie masz dostępu, musisz zaczekać, aż wróci
Kobieta westchnęła, Mu był więźniem odkąd pamiętała, a i tak o świecie wiedział więcej niż ona. Podczas ucieczki z Olteranu i podróży tutaj widziała, jak stopniowo wraca do niego życie, wyglądał znacznie lepiej niż w dniu, w którym go uwolnili, ale wciąż nie odzyskał pełni sił. Nagle w pomieszczeniu pojawił się Lin-kar, wyszedł z drzwi, których istnienia Freja nigdy by się nie domyśliła, przeszedł po kamiennej polerowanej posadzce prosto do grodzi.
— Wpuść go — wydał rozkaz. Drzwi się otworzyły i do grodzi wszedł szczupły Yautjańczyk. Nie musiał czekać długo, by przejrzeć dalej, Lin-kar ruchem głowy wskazał mu siedzących, Wolf podszedł do nich, w milczeniu przyjrzał się obojgu, marszcząc przy tym brwi, po czym odwrócił się i nadal milcząc, poszedł za Lin-karem. Wyszli tymi samymi drzwiami, którymi przed chwilą wszedł ostatni potomek rodu Kar.

— Mogę cię poczęstować wodą, tylko to nadaje się tu do spożycia — zaproponował Lin-kar, gdy znaleźli się w prywatnym salonie w części rodzinnej budynku. Wolf, siedząc we wskazanym przez Lin-kara miejscu, nabrał powietrza w płuca i głośno wypuścił je z powrotem.
— Budynek nadal świetnie funkcjonuje, nie zarządziłeś oczyszczania zewnętrznych ścian? — zapytał ni z tego ni z owego, wywołując nie małe zdziwienie swojego rozmówcy.
— Wolf, na Cetanu, przyjechałeś gadać o konstrukcji mojego domu? Widziałeś go. Nic nie powiesz?
Szef Tajnej Policji mierzył przez chwilę wzrokiem swojego dawnego ucznia, nie chciał po sobie pokazać, że w istocie widok ten i na nim wywarł ogromne wrażanie. Pamiętał przecież sprawę zaginięcia młodego Mu-shena i jego cudowne odnalezienie po latach.
— To, że jest podobny do Mu-shena... — zaczął ostrożnie.
— To jest Mu-shen! — przerwał mu Lin-kar, który już nie mógł znieść spokoju i braku emocji, jakimi wykazywał się jego wuj. — Ten prawdziwy, a przynajmniej wiele na to wskazuje, tylko nie wiem, jak to możliwe? — dokończył zrezygnowany, jakby fakt niewiedzy odbierał mu siłę.
Ale Wolf wiedział „jak”, nie chciał jednak na ten temat dyskutować, jeszcze nie teraz, wolał mieć dowody w postaci zeznań Yautjańczyka siedzącego w gościnnym salonie.
— Gdzie go znalazłeś? — zapytał.
— Na Olteranie.
— To nie dobre miejsce na wakacje.
— Żartujesz!? Zresztą nie ważne, musimy sprawdzić, czy faktycznie jest tym, na kogo wygląda i za kogo się podaje.
Wolf zerknął na swój komputer, wzywali go do biura.
— Pobiorę tkankę do badania i zlecę analizę — powiedział. — A na razie się z tym nie wychylaj. Mu-shen prawdziwy czy nie został przewodniczącym Rady, musimy działać ostrożnie. Nie potrzebujemy drugiego Tel'ham-ar. Nie działaj sam, już raz to zrobiłeś, chociaż prosiłem, żebyś się wstrzymał. Nie wszystko jest tym, czym się wydaje.
Lin-kar wiedział o tym doskonale, od lat ponosił konsekwencje swojego działania, chciał być bohaterem, a stał się wyrzutkiem.
— Nie mogę tu z nim zostać, mam sprawę do załatwienia. Przywiozłem go, bo tam nie był bezpieczny, a może się jeszcze przydać — odparł Lin-kar, nie chcąc kontynuować tematu o swym niechlubnym udziale w masakrze współpracowników Ten-ku.
— Znowu działasz na własną rękę. Niczego się w przeszłości nie nauczyłeś?
— Tę sprawę muszę załatwić sam, to bardziej skomplikowane niż myślisz.
— A może po prostu sam to komplikujesz? Powiedz mi wreszcie, co się tam stało? To może będę mógł ci pomóc — zaproponował Wolf zupełnie poważnie, miał poczucie, że nie zajął się siostrzeńcem dostatecznie dobrze, skoro Lin-kar wpakował się w coś, o czym nie chciał mówić.
— Wystarczy, że zajmiesz się sprawdzeniem tożsamości mojego gościa i mówisz mnie na spotkanie z matką — odparł Lin-kar, wstając. Nie zaczekał na Wolfa, po prostu poszedł gdzieś w głąb budynku. Pozostawiony samemu sobie szef Tajnej Policji siedział jeszcze przez chwilę na swoim miejscu, po czym udał się do rodzinnego grobowca rodu Kar. Ojciec Lin-kara po wybudowaniu tego domu przeniósł szczątki przodków do specjalnie przygotowanej w tym celu części budynku. Jak w całej budowli, tak i tu, podłogę wyłożono szlifowanym czarnym kamieniem, Wolf spojrzał na swoje odbicie i uśmiechnął się krzywo, postąpił krok, deptał samego siebie. Na środku pomieszczenia znajdował się matowo czarny ołtarzyk, na którym członkowie rodziny mogli składać dary przodkom, prosząc ich o ochronę lub cokolwiek innego. Darem było przeważnie jedzenie. Wolf podszedł do ołtarzyka, znajdował się na nim mały display przy pomocy którego, można było korzystać z informacji o przodkach zgromadzonych na dysku wewnętrznym. Wolf przywołał obraz ojca Lin-kara. Z sufitu przed nim snop światła jak rzutnik wyświetlił obraz na przezroczystej tafli znajdującej się za ołtarzykiem. W tej chwili spoglądał na niego wiekowy Yautjańczyk, Lin-kar był trochę do niego podobny, ale miał też sporo z matki, zwłaszcza to chłodne, smutne spojrzenie. Spojrzenie kogoś, kto poświęcił wszystko dla wyższego celu, ale nie odnalazł w tym spełnienia, lecz tylko przykry obowiązek.


~*~

— Proszę cię tylko, żebyś się zajął jego szkoleniem — Daja chodziła po pomieszczeniu tam i z powrotem, jak gdyby nie mogła znaleźć sobie miejsca. — Nie zostanie tu długo, najwyżej połowę roku, aż rozwiążę sprawę z posiadłością po mężu.
Wolf stał do niej tyłem i przyglądał się chłopcu grzecznie siedzącemu w ogrodzie w miejscu, w którym usadowiła go matka.
— Zawsze jest taki spokojny ? — zapytał, przerywając żale, które wylewała na niego przyrodnia siostra. Po śmierci męża nie musiała już dłużej udawać, że toleruje jego drugą żonę i jej syna Ten-ku, więc zabrała małego Lin-kara i bez zapowiedzi zjawiła się u Wolfa. Daja zatrzymała się gwałtownie i, podszedłszy do okna przy którym stał Wolf, wyjrzała do ogrodu. Lin-kar nie zmienił pozycji.
— Przeważnie, chyba że bawi się z tym bękartem Ten-ku, który opowiada mu heretyckie historie o Shidzie...
— To jego dom, jego dziedzictwo — przerwał jej Wolf, jakby nie dotarły do niego jej ostatnie, przesiąknięte złością słowa. — Jest ostatnim ze starego rodu Kar, nie możesz ot tak kazać zburzyć budynek, w którym przyszedł na świat, tylko dlatego że nigdy nie pogodziłaś się z decyzją swojego męża o ponownym ożenku. Zresztą czego się spodziewałaś? Nie byłaś najlepszą żoną.
— I ty to mówisz? —  Daja wzburzyła się jeszcze bardziej. — Kto jak kto, ale ty nie powinieneś mi wytykać akurat tego. Ja wyszłam za Sek-kara, żeby móc go zinfiltrować, żeby dowiedzieć się, co knują Oświeceni, ty porzuciłeś ciężarną żonę i odesłałeś ją na planetę wyrzutków. Pomimo różnicy wieku, Wolf, i różnych matek, jesteśmy do siebie bardzo podobni.
Wolf patrzył teraz na nią i próbował znaleźć podobieństwo, o którym mówiła. W końcu odparł spokojnie, jak gdyby to była najnormalniejsza sprawa: — Nie ja skazałem ją na banicję. Zdradziła mnie, okryła hańbą i złamała prawo, kara była słuszna i adekwatna do winy! Ona sama wybrała swój los...
— I po tylu latach nadal uważasz, że na niego zasłużyła? I dziecko też? — jego siostra nie dawała za wygraną.
— Nie było moje! A o tobie też ptaszyny jeszcze nie śpiewały, więc nie masz o niczym pojęcia...
— Nie, nie było mnie, ale zastanawiam się, jaka była kobieta, która sprawiła, że stałeś się tym, kim jesteś.
Milczał, jakby nie miał już nic do powiedzenia, patrzył przed siebie i próbował przypomnieć sobie twarz żony. Kiedyś potrafił przywołać jej obraz na zawołanie, potem rysy przybladły i zamazały się, teraz...

~*~

Teraz już ich nie pamiętał. Twarz Sek-kara migotała z niewiarygodną częstotliwością, jakby coś zakłócało transmisję z rzutnika na taflę, może było tak w istocie? Może po latach bez konserwacji system nie działał już tak sprawnie jak niegdyś? Wolf zdjął jeden ozdoby pierścień z włosów i położył go na ołtarzu, matowa czerwień obelisku wręcz łapczywie pochłonęła szlachetny metal, rozbijając go na atomowy i wplatając je w strukturę własnych molekuł. Ofiara została przyjęta, Wolf wiedział, że było to tylko symboliczne, a do całego procesu przyczyniły się ultrananoboty, ale nie przeszkadzało mu to.
Daja od dawna nie pracowała w terenowej komórce Tajnej Policji, to znaczy od wypadu Lin-kara. Została wówczas zdemaskowana, jej poglądy wyszły na jaw i nie mogła już pełnić funkcji infiltratora, ówczesny szef Policji kazał jej się wycofać, zrobiła to, ale od tamtego czasu miała żal do syna, odcięła się od niego i nie przybyła nawet na proces, po którym Lin-kar opuścił Yautjal. Wolf wiedział, gdzie obecnie znajdowała się jego siostra, ale nie był pewien, czy będzie chciała rozmawiać z synem. 

piątek, 22 sierpnia 2014

32. Labirynt pielgrzyma

     Lin-kar leżał na swoim posłaniu i usilnie próbował przypomnieć sobie chwile spędzone z ojcem, ale za każdym razem, gdy cofał się pamięcią wstecz, widział Ten-ku. To Ten-ku był przy nim, gdy uczył się walczyć, to Ten-ku pokazywał mu różne triki, to Ten-ku odpowiadał na jego pytania.
Lin-kar dobrze pamiętał dzień, w którym ojciec oznajmił podczas kolacji, że zamierza się ponownie ożenić z wdową po swoim przyjacielu i że do ich domu wprowadzi też dorosły już syn tej kobiety. Lin-kar był małym chłopcem, ale na wieść, że będzie miał starszego brata, ucieszył się. Matka nie była szczęśliwa, dobrze to pamiętał. Po tym, jak rodzicielka odesłała go do pokoju, rozgorzała między rodzicami kłótnia, ich głosy niosły się po całym domu. Mimo jej sprzeciwu ojciec nie zmienił zdania. Jakiś czas później Lin-kar zyskał brata i przyjaciela.
Śmierć ojca wszystko zmieniła, wszystko poza ich przyjaźnią, której matka nie akceptowała. Któregoś dnia po prostu spakowała ich rzeczy i wyprowadzili się do jej brata do stolicy. Stryj Lin-kara miał zająć się jego dalszym szkoleniem. Nastoletni wówczas Lin ciężko przeżył rozstanie z bratem, a na dodatek matka wyrażała się o nim z pogardą i drwiną. Każdego wieczoru opowiadała mu o tym, jak Ten-ku źle traktował jego ojca i ją samą też i chociaż Lin-kar nigdy nie był tego świadkiem, to w końcu utworzył, że tak było. Uwierzył, że to ślub z matką Ten-ku przyczynił się do śmierci Sek-kara i ich nieszczęścia. Matka mówiła, że to wszystko przez sektę, do której należeli Ten-ku, jego matka i jej nie żyjący mąż. 
Teraz okazało się, że nie tylko oni, ale jego własny ojciec należał do sekty, a ucząc go tego dziwnego języka chciał również zwerbować go w ich szeregi. Dobrze, że matka zareagowała w porę.
   – Język nauki – powiedział głośno sam do siebie. Próbował przywołać z pamięci jakiekolwiek słowa, ale chyba nigdy nie znał go zbyt dobrze. Wstał, ubrał się i wyszedł ze swojego pokoju. Padało. Deszcz był zimny i na tyle gęsty, że skutecznie ograniczał widoczność. Lin-kar wiedział mniej więcej, w którą stronę powinien się udać, ale obawiał się, że w deszczu może zabłądzić. Poszedł do niewielkiego domku Frei, miał nadzieję, że tam ją zastanie. Zapukał do drzwi, nie otworzyły się od razu, lecz po chwili.
   – To ty? Czego chcesz? – zapytała z wyraźną niechęcią. 
  – Chcę odejść – odpowiedział, patrząc jej w twarz i doszukując się w jej wyrazie chociaż odrobiny zdziwienia, smutku czy strachu. Niczego takiego nie znalazł. 
  – Więc idź – odparła i, odwróciwszy się, weszła w głąb domu. 
  – Możesz iść ze mną. – Podążył za nią ociekając wodą i pozostawiając mokre ślady. 
  – Dokąd? Do świata, o którym nic nie wiem? Do Yautja, którzy nic dla mnie nie znaczą? Tu jest mój dom. 
  – Twój dom może być tam, gdzie zechcesz. Ona jest stara, wkrótce umrze, a ty zostaniesz tu sama. Sama na straży martwej wiary.
Odwróciła się gwałtownie.
   – Nie jest martwa, ma więcej wyznawców niż myślisz. Może nie przybywają już tu z pielgrzymkami, ale wciąż wierzą! – wykrzyczała, zaciskając pięści. 
   – Skąd o tym wiesz? Od niej? Wierzysz we wszystko, co ci mówi, nawet wtedy, gdy twój własny umysł podpowiada ci, że to kłamstwo?
   – Odejdź.
   – Chodź ze mną.
   – Nie.
   – Bo wyrzuciłem twoją zbroję do rzeki?
   – Nie.
  – To dlaczego? Bo nic do mnie nie czujesz? Bo robiłaś, co ci kazała? Bo boisz się przeciwstawić starej kobiecie? Co może ci zrobić? Obłożyć klątwą? Nawrzeszczeć? Co?... Co takiego sprawia, że jesteś jej tak ślepo posłuszna?!
Znowu milczała, gdy nie znała odpowiedzi, po prostu milczała. Objął ją, wzdrygnęła się, bo jego skóra była wciąż zima i mokra od deszczu. Ale nie odepchnęła go, jak się spodziewał, przeciwnie, przytula się, obejmując go w pasie. 
   – Zimy jesteś – szepnęła. – Chodź, ogrzejesz się. 






   – Byłam małą dziewczynką – powiedziała ni z tego, ni z owego, przekręcając się tak, by móc patrzeć mu w oczy.
   – Słucham? – zapytał Lin-kar z zaciekawieniem. 
  – Gdy mnie tu przywieźli, byłam małą dziewczynką. Mieszkałam za miastem, razem z innymi sierotami. Nikt się nami nie interesował, robiliśmy, co chcieliśmy. Kradliśmy, żeby przetrwać. 
   – Naprawdę kradłaś?
Pokiwała głową. Było ciemno, ale to nie przeszkadzało im widzieć siebie nawzajem. 
   – Musieliśmy. Norha obmyślał plan, a ja i... – Zamilkła. – Nie pamiętam jego imienia – dodała po chwili. – My... pomagaliśmy w realizacji. Po wszystkim dzieliliśmy się łupami.
   – Myślałem, że nigdy nie byłaś poza świątynią? 
   – To było tak dawno, w innym życiu. Tu nigdy nie chodziłam głodna i nie było mi zimno. 
   – Powiedziałaś, że cię tu przywieźli. Wiesz, kto to był i dlaczego?
   – Nie wiem. Wpadliśmy podczas jednej akcji. Norha chyba zabił żonę cukiernika. Złapał nas jakiś bogaty pan. Mnie przywieźli tutaj, nie wiem, co się stało chłopakami.

     – Tego się boisz? Że wylądujesz na ulicy?
    – Trochę tak. 
   – Ale będziesz mieć mnie, a ja zawszę cię okryję, byś nigdy nie zamarzła – powiedział, kładąc się na niej. 
   – W ten sposób ogrzewasz mnie tylko przez chwilę. – Roześmiała się, w lot pojmując aluzję. 
   – Może na chwilę, ale za to dobrze – odparł, gryząc ją delikatnie w szyję. 
   – Nie mogę go zostawić, umrze beze mnie.
Lin-kar dźwignął się na rękach, by spojrzeć na jej zatroskaną twarz.
   – Kto? – zapytał.
  – Ten, do którego należał dysk. – Wskazała na przedmiot odcinający się od czerni nocy jasnym kolorem stali. Lin-kar zerknął przez ramię, odsunął się, a potem usiadł. 
   – Gdzie on jest?
   – W celi. Przywieźli go jakiś czas później, nie wiem, może dwa lata po tym, jak przywieźli tu mnie. A może więcej? Zanoszę mu codziennie jedzenie, beze mnie umrze z głodu.
   – Wiesz, kim on jest?
Freja wzruszyła ramionami.
   – Co za różnica. Nie wolno go wypuszczać, ma żyć i tyle.
   – Kto tak powiedział? Semirra?
Freja przytaknęła głową.
   – Muszę z nim porozmawiać. – Zacisnął dłoń na jej szczupłych palcach.
   – To niemożliwe.
   – Dlaczego?
   – Bo on od dawna się nie odzywa.
   – Pokaż mi jego celę – poprosił Lin-kar. Kobieta wahała się, ale w końcu podniosła się z posłania i rzekła.
   – Ubieraj się.



   
     – To tutaj – pokazała rumowisko przewróconych kolumn. Lin-kar rozejrzał się. Jakoś nie dostrzegał tu miejsca, w którym można by więzić kogokolwiek. Freja poszła dalej, więc podążył za nią. Gdy się zatrzymała podszedł do niej i widząc, że klęka przy żelaznej kracie, zrobił to samo.
   – Mu, obudź się. Przyszłam z kimś, kto pomoże mi cię uwolnić. Mu, słyszysz mnie?! To ja, Freja.
Cisza. Kobieta czekała w napięciu na odpowiedź, widziała wzrok Lin-kara, który mówił jej, że mężczyzna nie do końca wierzy w jej historię. Nagle z podziemi rozległ się cichy pomruk, a po nim pytanie ledwo dosłyszalnym głosem.
   – Kto?
   – Przyjaciel – odparła po chwili zastanowienia.
Znowu cisza.
   – Jestem Lin-kar, syn Sek-kara i Dai z rodu Shen.
Cisza.
   – Syn Dai?! Niemożliwe, ona nie wyszłaby za nikogo z rodu Kar.
Na te słowa Lin-kar przypadł do krat.
   – Ktoś ty! – krzyknął. – Zdradź swoje imię!
   – Jestem Mu.
Freja złapała swego towarzysza za ramię i odcisnęła go od kraty.
   – Przestań – powiedziała. – Bo go wystraszysz.
Lin-kar złapał ją za ramiona i poderwał na równie nogi.
   – Jak tam wejść? – zapytał z wyrazem twarzy, który wręcz ją przestraszył.
   – Nie da się.
  – Przecież jakoś musieli go tam umieścić. – Lin-kar obrzucił szybkim spojrzeniem kratę przywaloną przez kolumnę. Nie dźwignie tego bez sprzętu.
   – Może z podziemi jest dostęp, ale to labirynt i Semirra zawsze zabraniała mi tam chodzić.
Lin-kar myślał intensywnie.
   – Macie może plany świątyni?
Freja rozchyliła usta i zrobiła minę, jakby ciężko nad czymś myślała.
   – Nie mam pojęcia – powiedziała w końcu. Wyraz twarzy mężczyzny się nie zmienił, podejrzewał, że taka właśnie będzie jej odpowiedź. Semirra nie miała chyba do niej zaufania albo uważała, że jej podopieczna nie jest godna, by posiadać jakąkolwiek wiedzę.
   – Macie jakieś archiwum? Miejsce, w którym gromadzone są dyski z danymi albo centralny komputer?
Freja znowu się zamyśliła.
   – Nie wiem, nigdy czegoś takiego nie widziałam – powiedziała ze smutkiem, zaraz się jednak ożywiając. – Ale tu jest wiele miejsc, do których nie wolno mi wchodzić, może w którymś z nich.
   – Zaprowadzisz mnie tam?


     Stali przed drzwiami. Ku zakończeniu Lin-kara zabezpieczał je jeden z najnowocześniejszych zamów telemetrycznych. Mężczyzna przesunął dłonią po gładkiej powierzchni wygaszonego komputera. Bez osoby uprawnionej nie dało się wejść do środka. Lin-kar westchnął zrezygnowały, wiedział, że nie zdoła przekonać Semirry, by go tam wypuściła. Na pewno nie zrobi tego dobrowolnie. Zerknął na swoją towarzyszkę, podejrzewał, że nie zgodzi się na małą „perswazję”, jak myślał o odpowiednio dobranych torturach. 
   – Wschodzi tam zawsze, gdy dostanie wiadomość z miasta.
Tym prostym stwierdzeniem kobieta wyrwała go z zamyślenia. Lin-kar zmarszczył brwi.
   – Myślałem, że jesteście tu odosobnione, wyizolowane, że ukrywacie się przed światem.
   – Tak, ale... Sama nie wiem, po prostu czasem dostaje takie wiadomości.
   – W jaki sposób?
   – Przynosi je posłaniec, a ja odbieram je od niego i zanoszę Semirze.
   – I?
   – I ona zamyka się wtedy tutaj.
Twarz Lin-kara rozszerzyła się w szerokim uśmiechu, mężczyzna miał plan.

Plan był prosty i wyjątkowo skuteczny, Semirra nie miała wątpliwości, że dostała nową wiadomość, w końcu już od dawna nikt się z nią nie kontaktował. Kuśtykając, przygarbiona kobieta przyszła do wskazanych przez Freję drzwi, Lin-kar czekał ukryty w pobliżu. Gdy tylko rozległ się dźwięk otwieranego zamka, wyskoczył z ukrycia. Po drodze zdał sobie sprawę z własnej głupoty, którą było ukrywanie się przed niewidomą kobietą. Semirra zareagowała wyjątkowo szybko jak na swój wiek. Błyskawicznie dotknęła panelu znajdującego się obok drzwi i uruchomiła w ten sposób tryb awaryjny. Drzwi zatrzymały się w połowie wysokości futryny, Lin-kar zrozumiał, że zaraz opadną w dół. Pchnął wiec nieszczęsną kobietę wprost pod opadające wrota w pełni świadom tego, że nie będzie miała szans na przeżycie. Krzyk kobiety odbił się echem po pustych salach świątyni. Drzwi przecięły ją prawie na pół i zatrzymały się zaledwie kilka centymetrów nad ziemią, to wystarczyło by zamek pozostał odblokowany. Semirra nie zginęła od razu, żyła jeszcze chwilę, wołała Freję, ale Lin-kar zabronił jej pojawiać się tutaj. Obawiał się reakcji kobiety i nie do końca był pewien, czy ich plan się powiedzie. W końcu konająca staruszka podniosła dłoń, wskazując ręką przygniatające ją drzwi i rzekła:
   – Dziesiąta kolumna. – Po czym zmarła. Lin-kar stał obok i wpatrywał się w jej zastygłą, wykrzywioną w bólu twarz. Teraz musiał jakoś dźwignąć drzwi do góry. 
   – Coś ty zrobił? 
Usłyszał za sobą stłumiony szept Frei, kobieta ruszyła w kierunku leżącej na ziemi martwej staruszki, ale Lin-kar pochwalił ją i odciągnął na bok. 
   – Zostaw, ona nie żyje. 
   – Coś ty zrobił! – krzyknęła, wyszarpując się z jego uścisku. 
   – Musiałem. 
   – Musiałeś?! Musiałeś?!
   – Chciała mi przeszkodzić. 
   – I dlatego ją zabiłeś?
  – To był wypadek. – Nawet dla niego samego nie brzmiało to przekonująco. Freja wyrwała się z jego uścisku i poczęła okładać go pięściami.
   – Przestań – krzyknął, osłaniając się przed jej ciosami. – Uspokój się! 
   – Jesteś kłamcą, oszukałeś mnie. Mówiłeś, że wszystko pójdzie gładko, a teraz ona nie żyje. 
Lin-kar cofnął się o krok, gdy jej długie paznokcie przeorały mu policzek. Freja jakby dostała jakiegoś szału, znowu na niego natarła, lecz tym razem mężczyzna miał już dość, odsunął się szybko na bok i ogłuszył atakującą go kobietę ciosem w kark.

Ocknęła się. Ku swojemu zaskoczeniu odkryła, że ma związane ręce, uniosła je do góry, by spojrzeć na więzy.
   – Uspokoiłaś się?
Nie miała ochoty z nim rozmawiać, nie odezwała się. Lin-kar siedział przed dużym monitorem i przyglądał się rzędom znaków, które się na nim wyświetlały. Freja w milczeniu patrzyła na jego postać oświetloną blaskiem monitora.
   – Stara była cwana...
   – Nie mów tak o niej – nie wytrzymała. Zerknął na nią, uśmiechając się.
  – Korzystała z systemu syntezy mowy – kontynuował. – I skrzętnie notowała wszystko, co dotyczyło świątyni, wszystkie wizyty, przyjazdy i odjazdy oraz nazwiska osób, które się tu pojawiały i sprawy, z jakimi przybywały. Bardzo to ciekawe.
Przymknęła oczy i odwróciła twarz. Nie zarażony tym Lin-kar mówił dalej. 
   – Jest tu też wpis dotyczący małej dziewczynki, którą przywiózł tu wiele lat temu pewien wojownik. 
   – Nie interesuje mnie to. 
   – A powinno, starej udało się ustalić pochodzenie dziecka, które, jak wiele dzieci w tamtych latach, padło ofiarą klanowych porachunków i porywaczy, którzy nie doczekawszy się okupu, porzucili je na pastwę losu na tej przeklętej planecie. – Wstał z miejsca, pochwycił ją za ramiona i postawił na nogi. – Jesteś jak ci młodzi, których zabiłaś nad rzeką, ich też porwano. Rozumiesz? Gdzieś tam, na Yautjalu, masz swój dom. Czytaj, jeśli mi nie wierzysz.
   – Nie chcę – odburknęła. 
   – Nie chcesz poznać o sobie prawdy?
   – Nie. 
   – Dlaczego? Ona nie żyje, nic ci nie zrobi. Czytaj! 
   – Nie mogę, rozumiesz? 
   – Nie rozumiem. Dlaczego nie możesz?
   – Bo nie umiem! 
Odsunął się, miała łzy w oczach, do tej pory ten fakt nie miał dla niej znaczenia, teraz jednak zdała sobie sprawę, jakie to istotne, jak wiele ważnych informacji przekazała Semirze. Znowu poczuła się przy nim głupia i niedouczona.
Ciszę przerwało ciche kliknięcie, Freja spojrzała na blat, przy którym siedział Lin-kar, z jego wnętrza pionowo do góry wynurzył się okrągły płaski dysk. Obok znajdował się niewielki stosik podobnych dysków. 
   – Kolejna wiedza, którą twoja opiekunka uznała za zbędną. 
Freja oderwała wzrok od dysków i przeniosła go na mężczyznę stojącego przed nią. Nie miała odpowiedzi na ten zarzut. Lin-kar rozciął więzy na jej rękach. 
   – Idziemy po Mo – oznajmił. 
   – Mu – poprawiła go.



     Gorąco, duszno i ciasno. Szli już od godziny, a może dwóch? Freja twierdziła, że są w podziemiach co najmniej dobę, lecz Lin-kar zaprzeczał, mówiąc, że około sześciu godzin. Sprzęt zaczął się zawieszać, o Paya, nawet nie zauważyli kiedy. Komputer nie odmierzał czasu i nie wskazywał kierunków, a baterie wyczerpywały się zaskakująco szybko.
   – Ile przeszliśmy? – dziesiąty raz zapytała Freja, a może setny? Sama już nie wiedziała.
   – Nie wiem. Pytałaś już.
   – Zawróćmy.
   – Nie możemy. To droga w jedną stronę. Jeśli pójdziemy dalej mamy szansę, lecz jeśli wrócimy, na pewno zginiemy.
   – Chcę wrócić.
   – Wiem.
   – Ja... nigdy tu nie byłam. Bolą mnie nogi, odpocznijmy.
   – Idź, idź dalej.
   – Tu coś jest!
   – Gdzie?
   – Na ziemi, rusza się. Aaa, ugryzło mnie!
   – Co! Ja nic nie widzę. Frejo, uspokój się. Przestań! Nie szarp się! Sprawdzę, pokaż nogę.
Cisza.
   – Tu nic nie ma – rozległ się męski szept.
   – Jak to? Ale ja czułam, to...
   – Sprawdź sama.
   – Nic.
   – Chodźmy dalej, przywidziało ci się.

Ściany, zwężające się w oddali ściany, zakręt w lewo, schody w górę, coraz ciaśniej i niżej. Trzeba się schylać, trzeba pełzać na czworaka po ostrych jak brzytwa kamieniach. Nieosłonięta skóra na rękach i kolanach pęka darta jak materiał.
Jeszcze niżej, czołgać się, wić jak robak po ziemi. Nagle koniec, cichy stęk uruchamianego mechanizmu, gwałtowne szarpnięcie w dół. Lecą – nie! Spadają. Ciała uderzają o gładką powierzchnię i ślizgają się w dół, niżej, do celu, ciągle naprzód.
Stop. Cisza. Nie, nie cisza – oddechy, gwałtowne, szybkie oddechy.
   – O bogowie – męski szept, w którym słychać ból.
   – Co się stało?
   – Nic... już dobrze.
   – Moja bateria! Wyczerpała się!
   – Co! To niemożliwe, za wcześnie.
   – Przestań! Co robisz? Lin-kar! Nie, nie wyrzucaj! On mógł się nam jeszcze przydać.
   – Bez zasilania jest tylko zbędnym gratem, tak jak hełm.
   – Nie zdejmuj go, powietrze może być zatrute.
   – Padnij!
   – Au!
   – Widziałaś, jaki wielki? Przeleciał tuż nad twoją głową.
   – Chłopie, co ty bredzisz? Niczego nie było. Zejdź ze mnie, jesteś ciężki.
   – Tydzień temu to ci nie przeszkadzało.
   – Jaki tydzień, siedzimy tu od dwóch co najmniej.
  – Wszystko  ci  się  pomieszało.  Chodź,  szkoda  czasu. No, puść mnie. Co robisz? Przestań, nie mamy czasu.
   – Czasu akurat mamy najwięcej.
   – Ech, kobieto, odbiło ci zupełnie.
   – A jeśli zginiemy?
   – To powód?
   – Może.
   – Rozumiem.
   – Powód dobry jak każdy inny. Nigdy wcześniej nie narzekałeś.
   – Wcześniej nie byłem w takiej sytuacji.
   – Zgłodniałam.
   – Ja też, cha, cha, cha.
   – Dlaczego się śmiejesz?
   – Odbiło nam.
   – I dlatego się śmiejesz?
   – Nie.
   – Więc czemu?
   – Wcześniej nie byłaś głodna?
   – Nie.
   – Więc od śniadania minęły cztery, może pięć godzin.
   – To możliwe?
  – Owszem. Nie jedliśmy, nie spaliśmy, a wydawało się nam, że jesteśmy tu od wielu dni. To wszystko ułuda. Czas musi biec normalnie, nasze ciała działają normalnie. Te podziemia lub coś, co się w nich znajduje, wpływa na nasze umysły.

Gdy tylko to sobie uświadomili wszystko się zmieniło. Ciasne korytarze okazały się nie być aż tak wąskie, jak uważali na początku, nie były też tak ciemne – przeciwnie, światło wlewało się ze ścian i sufitu; przesączało się przez podłogę, wpadało przez każdą szczelinę.
Lin-kar czekał, w głębi duszy czekał na bój, który podobno powinien stoczyć, na śmiertelnie niebezpiecznego przeciwnika, który mógł mu odebrać wszystko. Czy miała to być walka ze samym sobą, nie był pewien, lecz myślał, że właśnie o to chodziło. Spojrzał na Freję, maska zakrywała wyraz jej twarzy. O, jakże chciałby go teraz ujrzeć.

Podróżowali jeszcze przez jakiś czas nie odzywając się do siebie. On próbował, lecz kobieta kompletnie go ignorowała. Otoczenie zmieniło się, ściany nie były już wyłożone kamieniem, ale sprawiały wrażenie jakby żywych. Lin-kar dotknął dłonią jednej z nich, była miękka, elastyczna, sprężysta i pod wpływem jego dotyku rozbłysła w jej wnętrzu sieć drobnych połączeń. Mężczyzna począł dotykać raz po raz ściany i za każdym razem sieć rozświetlała się na nowo.
   – Co robisz? – Freja stała obok z obrzydzeniem przyglądając się jego poczynaniom.
   – To chyba żyje, a przynajmniej tak wygląda. – Przemierzył wzrokiem korytarz, w którym stali do podłogi po sufit. – To trochę upiorne, chociaż ciekawe. Chodźmy dalej.
W końcu stanęli przed drzwiami, których nie zabezpieczał nawet najprostszy elektroniczny zamek. Lin-kar pchnął je, otworzyły się do środka słabo oświetlonego, małego, półokrągłego pomieszczenia. Wzdłuż ścian znajdowały się trzy wąskie i „cholernie niewygodne” – jak stwierdził Lin-kar, siadając na jednym z nich – fotele. Z całą pewnością były przeznaczone dla znacznie szczuplejszych i wyższych istot niż Yautja. Lin-kar uniósł ten jeden pośladek, który udało mu się wepchnąć do fotela i krytycznie spojrzał na pomieszczenie. Wygląda jak centrum sterowania, pomyślał.
   – Co teraz? Po co tu przyszliśmy? Mieliśmy uwolnić Mu. – Jej ton sugerował, że dobry nastrój przeminął. Chyba miała naprawdę dość.
Lin-kar nie zwracał na nią uwagi, zaaferowany odkryciem podszedł do najbliższej pionowej płaszczyzny, przed którą znajdowało się siedzenie i dotknął jej. Rozbłysła, ukazując spore koło podzielone promieniście na osiem równych części. Yautjańczycy spojrzeli na siebie.
   – Zostaw to i chodźmy stąd – poprosiła Freja stanowczym głosem. – Mieliśmy uwolnić Mu.
   – Tak, pamiętam, ale to... – zamilkł przyglądając się znakom na ekranie, przypominały trochę ich pismo, ale nie były identyczne, nie potrafił ich odczytać. Począł się nawet zastanawiać, czy Semirra wiedziała czego strzegła i czy potrafiłaby odczytać to pismo. Wrócili na pielgrzymi szlak. Lin-kar widział mapę podziemnych tuneli w komputerze Samirry, kobieta przecież nie zawsze była niewidoma, i dlatego wiedział, że muszą zatoczyć ogromny krąg i wrócić w pobliże świątyni. Na szczęście Freja nie pozbyła się swojego akumulatora, a brak napięcia zniknął, gdy oddalili się od miejsca z żywymi ścianami, więc mogli skorzystać z mapy, którą skopiował. Wkrótce znaleźli się w miejscu, które według jego obliczeń znajdowało się w miejscu uwięzienia Mu. Pod ziemią odnaleźli dziesiątki cel.
   – Widziałem to miejsce na mapie, cele są ułożone w okrąg wokół centralnego pomieszczenia, które... chodź pokażę ci, ma tylko jedno wyjście, o tam... Widzisz? Jest przesłonięte kratą.
   – Można wyjść górą – Freja wskazała sufit. Faktycznie znajdował się tam właz.
   – Nie przypominam sobie bym go widział, gdy byliśmy na górze.
   – Ja też nie, penie jest ukryty albo przywalony kolumnami?
Do pomieszczenia, poza wejściem z kratą, prowadziło jeszcze wiele przejść, wszystkie miały stalowe, grube, wręcz pancerne drzwi.
   – Semirra opowiadała mi, że w tym miejscu wierzący spotykali się z żywym wcieleniem bogini Shidy, ci którzy mieli szczęście, przechodzili dzięki niej do świata wieczności, nieliczni musieli pozostać i cierpieć – Freja mówiła z taką nabożnością i podnieceniem.
   – Karmiliście sempry Yautjańczykami?! To chore!
   – Niczego nie karmiłam. Opowiadam ci tylko o historii tego miejsca, bo jest wyjątkowe.
  – Zamiast pleść bzdury pomóż mi i sprawdź tamte drzwi – wskazał szereg po lewej od zakratowanego korytarza. – A ja sprawdzę te po prawej, spotkamy się na środku.
Drzwi były ciężkie, a zawiasy nie działały już tak jak kiedyś, na dodatek po tej stronie nie miały żadnych uchwytów ani klamek, które mogłyby posłużyć do otwierania.
   – Nie da się ich otworzyć – stęknęła Freja, mocując się z pierwszymi.
 – Nie od tej strony. To nawet logiczne, sempry mają pewien poziom inteligencji, po pewnym czasie nauczyłby się otwierania drzwi od tej strony i zeżarłyby pielgrzymów, nim byliby do tego gotowi. Musimy spróbować wejść do cel normalnie.
Sprawdzali każdą po kolei, ale w żadnej nie znaleźli więźnia, żadna nie była nawet zamknięta.
   – To dziwne, ale tu go nie ma – stwierdził w końcu Lin-kar.
   – Musi być, przecież sam z nim rozmawiałeś.
Mężczyzna rozłożył ręce w geście bezradności.
   – Nie wiem, nie ma tu drzwi prowadzących do jego celi. – Patrzył raz w prawo raz w lewo na rząd wejść oddalonych od siebie o sześć kroków i zastanawiał się nad tym, gdzie tu może być ukryta cela Mu – możliwości było wile. Nagle usłyszeli dźwięk odbijający się echem od pustych korytarzy; monotonne, jednostajne uderzenia.
   – To tam – krzyknęła kobieta i pobiegła w stronę, z której jak jej się wydawało dochodził odgłos.
   – Zaczekaj! To tylko echo. – Lin-kar pognał za nią i omal nie wpadł na nią, gdy się gwałtownie zatrzymała.
  – Z powrotem. – Odepchnęła go i zawróciła. Lin-kar został w miejscu, jego uwagę zwrócił fragment ściany wyraźnie wyróżniający się z otoczenia. Lin-kar podniósł z ziemi spory kamień, który musiał wypaść z muru i uderzył nim w ścianę, wybijając rytm: raz przerwa i dwa razy. Odpowiedział mu ten sam głos. Zamurowali go, pomyślał, wydobywając ładunek, którym zamierzał zrobić w ścianie wyłom.
   – Nie mogę go znaleźć, ucichło. Jak teraz... Co robisz? – Freja wróciła zrezygnowana fiaskiem swoich poszukiwań.
   – Jest za tą ścianą, muszę ją wysadzić, to mały ładunek, mam nadzieję, że wystarczy.
   – Nie mogłeś wysadzić kraty?
   – Nie, mogłoby się zawalić całe sklepienie i po twoim kumplu zostałaby tylko plama. Hej! Słyszysz mnie?! – Lin-kar krzyknął najgłośniej jak potrafił, by jego głos dotarł na drugą stronę ściany. Odpowiedziało mu uderzenie w mur. – Rozumiem, że tak! Odsuń się, będzie małe bum! – Wyjaśnił, po czym wstał, złapał Freję za rękę i pociągnął za sobą. Ukryli się za zakrętem. Chwilę później wszystko się zatrzęsło, a w powietrze uniósł się pył. Freja pierwsza wyskoczyła z ukrycia.
   – Udało się! – krzyknęła do Lin-kara, przekraczając wyłom w ścianie i wkraczając do celi Mu. Lin-kar zawahał się, zacisnął pięści i czekał, aż pył opadnie. Z celi dobiegł go stłumiony głos Frei, mówiła coś szeptem do siedzącego na podłodze mężczyzny. Lin-kar wychylił się, chciał coś zobaczyć, ale ciało kobiety zasłaniało mu widok.
   – Pomóż mi – krzyknęła, zarzucając sobie rękę więźnia na ramię i usiłując go podnieść. Lin-kar wszedł do celi, złapał za drugą rękę więźnia, poderwał mężczyznę do góry, spojrzał mu w twarz, puścił go i dosunął się, warcząc.
   – Co ty robisz?! – kobieta ugięła się lekko pod ciężarem opierającego się o nią ciała. – Pomóż!
Lin-kar doskoczył do nich błyskawicznie, odepchnął Freję tak mocno, że upadła na podłogę usianą gruzem, a więźnia pochwycił za szyję i począł dusić go, szczerząc się jednocześnie.
   – Kim jesteś? – zapytał, zwiększając uścisk. Freja usiadła przyciskając rękę do boku, w którym utkwił ostry kawałek skały, oszołomiona przyglądała się obu mężczyznom.
   – Kim jesteś? – powtórzył pytanie Lin-kar, ale więzień był już w stanie tylko charczeć. Freja podpełzła do Lin-kara.
   – Udusisz go! – krzyknęła, szturchając towarzysza. Mężczyzna nie zwrócił na nią uwagi, wciąż oczekując odpowiedzi. – Lin-karze, on nie może ci odpowiedzieć – powiedziała, dotykając jego twarzy. Lin-kar jakby się ocknął, zwolnił uścisk i odsunął się. Freja siedziała na podłodze przyglądając się raz jednemu raz drugiemu, nie mogąc podjąć decyzji, do którego z nich powinna się zbliżyć, w końcu wybrała Mu i podpełzłszy do niego, pomogła mu usiąść. Lin-kar patrzył na nich ze wściekłym wyrazem twarzy. Patrzył na kobietę, która tak niedawno oczarowała go swoim wyglądem, a potem rozczarowała zachowaniem i patrzył na mężczyznę, o którym nic nie wiedział poza tym, że wygląda jak znienawidzony kuzyn jego matki – Mu-shen.



     Świtało gdy dotarli do miejsca postoju kosmicznego pojazdu Lin-kara. Różowe słońce przebarwiało chmury na wschodzie, błękitne niebo przebijało się między nimi, co zapowiadało piękny, choć mroźny dzień. 
Lin-kar z zadowoleniem zauważył, że jego pojazd nie został skonfiskowany, co przejawiałoby się założeniem blokad na wyloty silników. Niezauważeni przez nikogo zakradli się do wnętrza. Wydawało się, że wszystko jest w porządku. Lin-kar zasiadł za sterami, chciał jak najszybciej opuścić to miejsce. Uruchamiał właśnie komputery, gdy usłyszał dziwną melodyjkę, dokładnie tę samą, którą Nan-ku miał ustawioną jako dzwonek w tym swoim ziemskim komunikatorze – telefonie komórkowym? Tak, zdaje się, że tak to się nazywało. Upiorna melodia nie przestawała grać. Yautjańczyk podniósł się z miejsca i kierując się słuchem, szukał urządzenia. W końcu znalazł je wepchnięte pomiędzy siedzisko a oparcie drugiego fotela. Urządzenie było yautjańskie, zdziwił go więc fakt, że wydawało z siebie takie okropne dźwięki. Komunikator ten był znacznie lepszy i szybszy od tych ziemskich, bo polegał na teleportacji danych, a nie przesyłaniu ich falami radiowymi.
Lin-kar postawił przedmiot przed sobą na kokpicie i nacisnął odbiór połączenia. Wyświetlił się hologram przedstawiający zdziwioną twarz młodego ziemskiego mężczyzny.
   – Ty!? – warknął Lin-kar.


---------------------------------------------------------------

Małe wyjaśnienie względem teleportacji danych, nie śmiejcie się, naukowcy już nad tym pracują i podobno potrafią to zrobić, to się nazywa teleportacja kwantowa, szczegóły, jak zwykle można znaleźć w Internecie. Przypomniała mi się teoria, że materia jest tylko wtedy materią, gdy na nią patrzymy, a kiedy na nią nie patrzymy, to traci te właściwości. 

Ann, podałam mój email w komentarzu pod wcześniejszym rozdziałem. Dziękuję.   :D


środa, 21 sierpnia 2013

13. Zła Krew



     Lin-kar wrócił na swój statek. W sumie niewiele się dowiedział, to znaczy dużo szczegółów z anatomii, ale nadal nie wiedział, gdzie szukać chłopaka. Postanowi więc udać się w miejsce, gdzie porządni Yautja nigdy się nie zapuszczają - do bazy głównej tych, którzy są wykluczeni ze społeczeństwa, tych, którzy złamali kodeks honorowy i tych, którzy chcą żyć nieograniczani prawami lub po prostu marzą im się przygody. Postanowił udać się do Złej Krwi.
Lin-kar wiedział, że wśród nich byli nie tylko przestępcy, ale zdarzali się też Yautja honoru, którzy znaleźli się tam przez nieszczęśliwe zrządzenie losu.
Swego czasu i on miał się tam znaleźć, lecz w porę dobrowolnie opuścił Yautjal. Oskarżony o zabicie brata i zgwałcenie jego żony, po niemiłym zabiegu przeprowadzonym pod narkozą, wyjechał, zabierając ze sobą dziecko i tajemnicę.
Tak naprawdę nikogo nie obchodziło, że to drugie oskarżenie było z palca wyssane, a Ten-ku nie miał żony. Jakimś cudem na rozprawie zjawiła się kobieta, która twierdziła, że jest zgwałconą żoną brata Lin-kara i że to on, Lin-kar, ją zgwałcił. Rady Starszych i Wielkiego Zgromadzenia Kobiet jakoś nie interesował fakt, że jego brat zajmował się zakazanymi eksperymentami genetycznymi - najważniejszy był gwałt i fakt, że dla niego zabił brata.

Po nieszczęsnym zabiegu na wniosek ówczesnego Przewodniczącego zwolniono go z aresztu i pozbawiono wszelkich praw. Lin-kar zabrał dziecko i udał się na Ziemię, uprzednio rozpuściwszy wśród znajomych pogłoskę, że zamierza poświęcić się polowaniom. Dziwnym trafem nikogo więcej nie sądzono, choć w akcji brało udział około dwudziestu Yautja; z czego trzech zginęło, a pięciu odniosło rany.
On i jego mini armia przeszli przez Centrum Badań, w którym rezydował jego brat Ten-ku, jak czarna śmierć przez średniowieczną Europę, nie pozostawiając przy życiu nikogo. Zniszczyli laboratorium i gotowe do narodzin hybrydy, a resztki dokumentacji zabrali.
Ten-ku musiał mieć bogatych i wpływowych sponsorów, którzy nie chcieli rozgłosu, więc sprawę umorzono, a Lin-kara próbowano się pozbyć i, gdyby nie protekcja Przewodniczącego, już dawno zjadłyby go robaki.

     Siedziba Złej Krwi mieściła się na planecie Styks. Miejsce nie było wybrane przypadkowo, była to bowiem najbardziej oddalona od Yautjalu, możliwa do kolonizacji, planeta. Wielkością i wyglądem przypominała Ziemię z tą małą różnicą, że nie było na niej oceanów a tylko niewielkie morza śródziemne. Porośnięta gęstym lasem zamieszkiwanym przez tysiące zwierząt różnych gatunków była wymarzonym miejscem dla Łowców i tylko fakt, że została odkryta przez Złą Krew sprawił, że nie włączono jej do panteonu planet, na których urządzano polowania.
Wygnani zbudowali na niej dziesięć dużych miast, o których wszyscy wiedzieli i kilka mniejszych, ukrytych we wnętrzu planety. Nie obowiązywały ich zasady i prawa Yautjalu, więc kwitła tam: międzygatunkowa prostytucja, handel bronią i wszelkimi używkami, niewolnictwo oraz wszystko to, o czym mógł zamarzyć zwyrodniały umysł.
Parę razy podejmowano próby pozbycia się złego klanu i wysyłano tam kampanie zbrojne, ale jakimś dziwnym trafem wszyscy wysłani, a przynajmniej większość z nich, przechodziła na stronę wroga; ci, którzy byli bardziej honorowi lub głupi - ginęli. Zaprzestano więc tych prób, by nie powiększać i tak już sporej liczby wyrzutków.



     Podróż z Yautjalu na Styks miała trwać około trzech tygodni, bo statek Lin-kara nie był międzygalaktycznym krążownikiem, który zagina przestrzeń i w ten sposób w jednej chwili może znaleźć się po drugiej stronie galaktyki, jego pojazd należał do statków kategorii C: osiągał duże prędkości, był nowoczesny i cholernie drogi. Miał ergonomiczny kształt, choć w próżni nie miało to większego znaczenia, ale robiło duże wrażenie na patrzących. Wąski z przodu z opadającym nieco w dół dziobem rozszerzał się ku tyłowi. Posiadał cztery silniki z tyłu i po dwa manewrowe - wysuwane z wnętrza statku. Wewnątrz przewidziano kajuty dla pięciu podróżnych, każda miała własną łazienkę. Poza tym, jak w każdym innym statku, była kuchnia, zbrojownia i ładownia. Najciekawszym jednak miejscem była sterownia. Po wejściu do niej pierwsze, co rzucało się w oczy, to zupełnie białe, wręcz sterylne, ściany i wielki monitor zastępujący umieszczony zwykle w tym miejscu wizjer. Z kamer i czujników znajdujących się na kadłubie statku, nieustannie spływały informacje dotyczące położenia względem gwiazd i planet, które były punktami orientacyjnymi w przestrzeni. Raz wprowadzone współrzędne same się korygowały, biorąc pod uwagę zmienne panujące w kosmosie. Pod wielkim monitorem znajdowała się sporych rozmiarów konsola sterująca czuła na dotyk. Przed nią umieszczono całkiem wygodny fotel, który sam dostosowywał się do wzrostu zasiadającego w nim Yautjańczyka.


     W pomieszczeniu panowała ciemność rozświetlana zimnym, błękitnym blaskiem monitora. Siedząc za sterami, Lin-kar zauważył, że ktoś wysłał mu wiadomość. To był Sahinde, który chciał poprawić przyjacielowi humor, opowiadając o rzezi, jaką ktoś urządził w domu Mu-shena. Przyjaciel rozgadał się tak strasznie, że Lin-kar poczuł się zmęczony i głodny. Więc gdy tylko Sahinde skończył mówić, ojciec Nan-ku nacisnął jeden z przycisków w oparciu pod prawe ramię i cały fotel odsunął się trochę do tyłu, a następnie przekręcił się w lewą stronę. Lin-kar wstał i poszedł przygotować sobie posiłek. Kiedy opuścił sterownię, na włączonym monitorze pojawiła się smutna twarz Nan-ku. Chłopak mówił coś przez chwilę, a potem się rozłączył - akurat wtedy, gdy jego ojciec wrócił, niosąc talerz z jedzeniem. Lin-kar usiadł, fotel powrócił do poprzedniej pozycji, a Yautjańczyk wykasował wszystkie odsłuchane wiadomości. Wciąż przecież czekał na tę najważniejszą - od syna.

    Po trzech tygodniach lotu i wykonaniu tysięcy brzuszków, pompek, przysiadów i innych niezbędnych do podtrzymania formy ćwiczeń, Lin-kar dotarł wreszcie na Styks. Nie szukał tajnych miast, gdzie produkowano wszelkiego rodzaju broń, czy budowano elementy do statków kosmicznych. On udał się do stolicy Złej Krwi - miasta szumowin, skrytobójców, złodziei i dziwek. W tym jakże doborowym towarzystwie Lin-kar szukał jednej osoby, rachmistrza Rotha. Wydawać by się mogło, że na takiej planecie każdy robił, co chciał, otóż nic bardziej mylnego. Prowadzono tu szczegółowy zapis wszystkich mieszkańców, daty ich przybycia, profesji oraz przestępstw, za jakie zostali wykluczeni ze społeczeństwa. Jak mawiał Roth: Nigdy nie wiadomo, kiedy taka wiedza może się przydać.

     Lin-kar wylądował na lotnisku za miastem. Opuścił statek i poczuł chłód, jaki panował o tej porze roku. Jesień, pomyślał, rozglądając się. Głęboko wciągnął powietrze, nie odpowiadała mu ta atmosfera, za bardzo przypominała ziemską, założył więc maskę i ruszył wolnym krokiem. Przy wyjściu z lądowiska zaczepił go jakiś dziwny, kudłaty osobnik, który przypominał małpę. Poruszał się tak jak one, wspierając się na rękach, miał brązową sierść, płaską małpią twarz i dziwnie zielone oczy. Gdy się wyprostował, to sięgał Yautji do pasa.
   - Może podwieźć, panie? - przemówił łamanym yautjańskim. - Tanio, panie. Naprawdę tanio.
Lin-kar zastanowił się - w sumie miał ochotę na spacer, ale nie wiedział, czy może sobie na niego pozwolić; w końcu sama podróż zajęła mu dużo czasu, a po za tym... uniknąłby niewybrednych zaczepek ze strony ciężko pracujących tu kobiet.
   - Wiesz, gdzie rezyduje rachmistrz Roth? - zapytał małpoluda.
   - Ja wiem, panie. Ja wszystko wiem - odparł kudłacz, przymilnie się uśmiechając.
   - Dobra, to zawieź mnie tam! - rozkazał Lin-kar.

Taksówka, bo chyba tak można nazwać ten pojazd, służyła do przewozu jednego pasażera. Były też większe modele, ale dla potrzeb Lin-kara ta była w sam raz. Wąski pojazd unosił się na polu magnetycznym i można nim było latać jedynie nad specjalnie do tego przygotowanymi drogami; poza miastem był bezużyteczny. Z przodu znajdował się fotel kierowcy i drążek sterowniczy, z tyłu był fotel dla pasażera. Całość wyglądała jak bardzo wąski samochód bez kół.
Ojciec Nan-ku usadowił się wygodnie.
   - Dobrze, panie, robicie. Trza się najpierw zarejestrować - zagadnął niezwykły kierowca.
Lin-kar nie odpowiedział, nie zamierzał wdawać się z tym podgatunkiem w rozmowy.
   - A może chcecie, panie, najpierw odpocząć, odświeżyć się, zażyć przyjemności. Nasze kobiety piękne, panie, i chętne. Bardzo chętne, zrobią, co karzesz.
   - Nagabywanie to twoja druga profesja? Wieź mnie do Rotha i się zamknij - zdenerwował się Yautjańczyk. Irytowało go paplanie autochtona.
   - Dobrze, panie. Wasza rzecz. Chcecie, to się zamknę, chcecie, to pokażę wam miasto. Pierwszy raz jesteście na Styksie, panie? Bo jeśli tak, to szkoda tak się od razu meldować, lepiej poużywać trochę. Mówię wam... wielu tak robi...

Zapowiadało się na dłuższy wywód, więc Lin-kar trzepnął małpoluda po łbie i kazał mu się zamknąć, bo jak nie, to wyrwie mu język, a potem karze mu go połknąć. Kierowca najwyraźniej wziął sobie te słowa do serca, bo więcej się nie odezwał. W końcu zatrzymali się przed płaskim budynkiem. Lin-kar wyciągnął monetę i wręczył ją małpoludowi.
   - Co to ma być, panie? - zapytał podejrzliwie małpolud, przyglądając się monecie.
   - Pieniądze. A co, nie widać?
   - Tak... ale yautjańskie, panie.
Lin-kar oniemiał.
   - Zdaje mi się, czy ta planeta należy do Yautji? - zapytał, świdrując kierowcę wzrokiem.
   - Tak, tak, ale tu, panie, płacimy erfrytem.
   - Co? Zgłupieliście czy co! - zapienił się pasażer.
  - Nie ja ustalałem taką walutę, panie. Radzę wymienić wasze pieniądze, bo tu za nie nic nie kupicie.

Niech to szlag! pomyślał Yautja. Ostatnim razem, gdy tu byłem, to można było płacić yautjanami, musieli ostatnio to zmienić.
   - To... ile chcesz? - zapytał głośno.
   - Dziesięć tysięcy yautjanów może być, panie.
   - Tyś chyba na głowę upadł, w życiu ci tyle nie dam! - zakrztusił się Lin-kar, zaciskając dłonie w pięści.
   - Oj, dacie, panie, albo będziecie mieli nieproszonych gości - zupełnie spokojnie odpowiedział małpolud. Jego uśmiech sprawił, że pasażer miał ochotę wyrwać mu serce gołymi rękoma.

W końcu Lin-kar, wściekły jak szerszeń, zapłacił taksiarzowi. Besztając się w myślach za swoją naiwność i lenistwo, opuścił taksówkę i stanął przed budynkiem. Budowla miała płaski dach, pięciokątne okna i wykonana była z czarnego kamienia nakrapianego zielonymi plamkami. Mężczyzna wszedł do środka, jak na złość poczekalnia pełna była petentów.
   - Pauk-de! - zaklął Wojownik i skierował się do wyjścia, nie chciało mu się czekać, a na dodatek czuł straszne parcie na pęcherz.
   - Hej ty! - usłyszał za sobą. - Czekaj!
Odwrócił się. Przed nim stał gruby Yautjańczyk odziany w długi płaszcz, włosy na wysokości piersi upięte miał w cztery luźno zwisające kucyki, dwa widoczne były z przodu, a dwa zwisały z tyłu.
   - Lin-kar, prawda? - zapytał, bacznie przyglądając się postawnemu Wojownikowi o krzywo przyciętych włosach.
Zagadnięty spojrzał podejrzliwie.
   - Nie pamiętasz mnie? Jestem Roth - przypomniał się Rachmistrz.
Lin-kar odetchnął z ulgą, już myślał, że będą kłopoty.
   - Nie poznałem cię, bo... bardzo się zmieniłeś - dodał po chwili wahania.
   - Chciałeś powiedzieć, że się spasłem. Masz rację, jestem gruby jak świnia, to przez te kobiety. Chodź, zapraszam do mojego biura.

      Pomieszczenie, w którym się znaleźli, było spore. Wielkie, kamienne biurko stało na środku, z lewej duże okno wpuszczało dzienne światło, z prawej strony przy ścianie stał regał, na którym - jak książki - poukładane były przenośne komputery; w zasadzie to były same monitory czułe na dotyk.
 
   - Niedawno skończyłem sto lat i powiem ci, że to piękny wiek. Dopiero teraz czuję, że żyję. Wszystko smakuje inaczej. Przestałem polować, dlatego tak wyglądam, ale samicom to się podoba. Nie wiem czemu...? może dlatego, że wszyscy mężczyźni wyglądają jak wyrzeźbieni z kamienia, a ja jeden nie - kontynuował swoją myśl Roth, zasiadając za biurkiem.
Spojrzał na Lin-kara i wskazał mu fotel przed sobą. Łowca zajął wskazane miejsce. Rachmistrz nacisnął przycisk w kształcie słoneczka, po chwili do biura weszła młoda kobieta.
   - Droga Na-ri, przygotuj nam, proszę, trochę tego boskiego napoju z owoców Ka'nau.
Dziewczyna kiwnęła głową na znak aprobaty i wyszła, nie obdarzywszy nawet jednym spojrzeniem gościa swego pracodawcy. Nie minęła nawet minuta i Yautjanka wróciła niosąc dwa kubki i mały czajniczek, z którego unosiła się para; na małym talerzyku podała też ciastka słodzone miodem.

    - Pamiętam, jak byłeś tu ostatnim razem - rozpoczął rozmowę Roth.
   - Jak możesz to pamiętać? Minęło tyle lat, a ty spotykasz wielu Yautja. Dlaczego więc pamiętasz akurat moją wizytę? - dziwił się Lin-kar.
  - Tak... byłeś wtedy młodszy - ciągnął swoje rachmistrz, jakby w ogóle nie słuchał swojego rozmówcy.  - Mogłeś tu zostać. Nie byłoby ci tu źle. A twój syn... też przyleciał?
   - Nie, Nan-ku nie ma tu ze mną, choć to z jego powodu tu jestem - odparł Lin-kar, sięgając po kubek z naparem. Herbata miała słodki zapach i żółty kolor.
   - Pytałeś, dlaczego zapamiętałem akurat twoją wizytę? Przez twojego syna właśnie, gówniarz jeden. W życiu nie widziałem, by jedno dziecko narobiło takiego bajzlu.
   - A tak. Faktycznie, trochę przesadził - przypomniał sobie Lin-kar.
   - Przesadził? Dwa lata zajęło mi odtworzenie tego, co on zniszczył w dwie minuty. Do tamtego dnia nie wiedziałem, że komputery też mogą chorować.
   - Chorować? - zdziwił się Lin-kar.
   - No tak. Miały jakiegoś wirusa... tak przynajmniej powiedział ten twój szczeniak. Cały system nam padł, a on z niewinną minką oświadczył, że chciał sobie tylko pograć i to nie jego wina, że w gierce był wirus.
   - To w sumie nie dziwię się, że to pamiętasz.

Rachmistrz pokiwał głową, wspominając stare czasy. - A teraz, co cię sprowadza? Przyjechałeś może odebrać nową zbroję syna? - zapytał Roth.
   - Nie, tak naprawdę szukam go. Zwiał z domu.
   - Uciekł? Czemu?
Lin-kar wzruszył ramionami, udając, że nie zna powodów.
   - Pewnie mu zabroniłeś z dziewczyną się spotykać, co?
Serce Lin-kara zabiło szybciej na te słowa.
  - Ach, ta dzisiejsza młodzież - mówił dalej Roth - zero szacunku dla tradycji i starszych. Wolność seksualna im się marzy. Nie chcą, by ktoś mądrzejszy wybierał im partnera. Mam to samo z córką. Za mąż chciałem ją wydać, ale powiedziała, że się jeszcze taki nie urodził, coby jej dogodził. Rozumiesz? Takie słowa do ojca?
   - To... nie było go tutaj?
   - Co? Nie, nie było, bo wiedziałbym o tym i kazałbym zamknąć szczeniaka, żeby znowu czegoś nie zmajstrował.
   - Dasz mi znać, gdyby się pojawił? - zniecierpliwił się Lin-kar.
   - Tak, oczywiście. Napij się. To może przejdziemy do interesów, skoro już tu jesteś. Twoja ostatnia dostawa narobiła nam trochę kłopotów. - Roth odchylił się w fotelu i oparł splecione palcami dłonie na wydatnym brzuchu.
   - Kłopotów? - Brwi ojca Nan-ku uniosły się w wyrazie zdziwienia.
   - Tak, zginęło trzech dobrych Łowców.
   - Skoro zginęli, to nie byli tacy dobrzy - skwitował Lin-kar.
   - A może z twoją zwierzyną jest coś nie tak.
   - Zwierzyna jest dobra i taka jak chcieliście. Zawsze wybieram najlepszych ludzi z danej profesji. Chcieliście, by walczyli, chcieliście mieć prawdziwe polowanie.
   - Ale klienci płacą krocie za to, by polować i wygrywać, a nie ginąć.
   - To co, mam wam dostarczać dzieci i staruszki, bo z żołnierzami i mordercami nie dajecie rady?! - zdenerwował się Wojownik.
  - Dobrze wiesz, że nie. Ale jeden człowiek już od dziesięciu sezonów wymyka się naszym Łowcom.
  - Tak? Który?
Rachmistrz wstał i podszedł do jednej z półek, wziął z niej monitor i wrócił na swoje miejsce. Przez chwilę wciskał ukazujące się na nim znaki, a potem położył ekran przed gościem. Lin-kar zerknął na wyświetlające się zdjęcie człowieka o ciemnej skórze i wściekłym wyrazie twarzy oraz na opis widniejący obok zdjęcia, po czym uśmiechnął się nieznacznie.
   - No i...? - zapytał.
  - Jak to... i? Jest problem,  teraz do tego człowieka dołączyła jeszcze cała ostatnia grupa. Nowi Łowcy dostali nawet specjalnie zmodyfikowane zwierzęta tropiące.
   - I też nie dali rady? - otwarcie śmiał się Lin-kar. - To kogo ty wysyłasz na te polowania? Bezkrwawych? A po za tym, to nie mój problem. Ja miałem dostarczać ludzi jako zwierzynę i to wszystko, a co wy z nimi robicie i co oni robią wam, to już nie mój problem.
   - Musisz jednak pamiętać, że twoje usługi drogo nas kosztują i jeśli ofiara okaże się zbyt mocna, to nikt nie będzie chciał nam płacić za taką rozrywkę.
   - Nie przesadzaj, to tylko ludzie, może są dobrzy, ale to tylko ludzie... - Zapadło krótkie milczenie, po którym Lin-kar dodał. - Chciałbym zobaczyć te wasze zwierzęta tropiące.
   - Dobrze, przyjdź jutro pod baraki za miastem. Pamiętasz jeszcze, gdzie to jest?
   - Tak, pamiętam.

Lin-kar spędził z Rachmistrzem jeszcze dwie godziny, wspominając stare czasy i rozwodząc się nad nowymi. Na noc Roth zaprosił go swojego domu, Łowca hołdując starym zwyczajom, przyjął zaproszenie.

środa, 10 lipca 2013

10. Ung-sa

     Po przykrym dla Lin-kara spotkaniu z Mu-shenem dobry humor, jakim wcześniej tryskał, minął bezpowrotnie. Świadomość, że bezmyślnie zdradził miejsce swego pobytu, ciążyła mu niczym kamień. Spacer okazał się najgorszym pomysłem tego dnia i przyjaciele postanowili wrócić do domu, by dokończyć rozmowę w zaciszu czterech ścian. Zdążyli akurat na słodki podwieczorek przygotowany przez żonę Sahin-de. Kobieta bez zbędnych ceregieli usadowiła obu mężczyzn przy stole, podstawiając każdemu pod nos ciepły jeszcze wypiek sporządzony według starego, rodzinnego przepisu. Lin-kar nie ociągał się zbytnio, bo było to ciasto, które jeszcze ze swych szczenięcych lat pamiętał, a nad mgiełką unoszącą się z ciasta widniało łagodne, lecz zamazane oblicze jego matki.
To tyle z sielankowego dzieciństwa na Yautjalu, pomyślał Wojownik, wkładając niewielki kawałek deseru do ust i zamykając oczy, by nic nie stracić z i tak już wyblakłych wspomnień. 
     Po posiłku obaj mężczyźni poszli do małego gabinetu Sahin-de, gdzie przez uchylone okno wpadał zapach kwitnących, dzikich kwiatów.
   - Wiesz, co myślę? - rozpoczął przyjaciel Lin-kara, rozsiadając się wygodnie w fotelu i wydobywając z dolnej szuflady niewielką metalową skrzynkę.
    - No co? - zapytał Lin-kar, przyglądając się poczynaniom przyjaciela.
    - Powinieneś poszukać tego... no, jak mu było? - Sahin-de drapał się po głowie małym śrubokrętem, który chwilę wcześniej wyjął ze skrzynki. - No, tego roztrzepanego gościa, który zabrał wtedy wszystkie notatki i dyski twojego brata, żeby lepiej poznać jego dzieło. Jak on się nazywał?
    - Ung-sa - podpowiedział Lin-kar, nie odrywając wzroku od poczynań towarzysza.
   - Tak! Właśnie, Ung-sa! On mieszka w To'hi. Ma taki śmieszny dom, na zewnątrz wygląda jak półkula. Nie sposób się pomylić, to jedyny taki dom w To'hi. On pomoże ci zrozumieć, czym jest twój Nan-ku. Może wymyśli też sposób, jak go złapać, skoro nie chcesz go zabić - powiedział Sahin-de i powrócił do regulowania swojej bionicznej ręki.
    - Na razie nie - odparł Lin-kar. -  Dopóki nie dowiem się, czy chłopak stanowi faktyczne zagrożenie, czy to, co się stało, nie było efektem jakichś ziemskich halucynogenów... Bo musisz  wiedzieć, że to bardzo popularna używka na Ziemi.
    - Jak chcesz. Kiedy wyruszasz?
   - Jutro rano, oczywiście, jeśli nie masz nic przeciwko, bym jeszcze jedną noc spędził pod twoim dachem? - odrzekł Lin-kar.
   - Czy kiedykolwiek czułeś się u mnie jak nieproszony? - Zaśmiał się właściciel sztucznej ręki.

      Ostatnia noc spędzona pod dachem przyjaciela nie była spokojna. Lin-kara dręczyły koszmary senne pomieszane ze wspomnieniami. Rano zmęczony Wojownik odleciał do miasta To'hi, które znajdowało się dwadzieścia tysięcy kilometrów na południe od stolicy. Klimat był tu znacznie cieplejszy i wilgotniejszy, a mieszkających w mieście Yautjańczyków cechowała wyjątkowa wesołość i otwartość. Miasto, w przeciwieństwie do stolicy, nie było idealnie przemyślanym tworem. Tu każdy budował, co chciał i jak chciał. Stąd też To'hi było, delikatnie mówiąc, dość oryginalne.
Jego mieszkańców również można było uznać za oryginalnych; chodzili skąpo odziani, z ich domów dobiegały śmiechy i muzyka, a dzieci ganiały się po ulicach, wrzeszcząc ile tchu w płucach - rzecz nie do pomyślenia w Yaucie.

     Zakuty w zbroję i obwieszony bronią Lin-kar wyglądał, jakby wybierał się na wojnę. Krocząc tak przez miasto, wywołał małą panikę pośród rozbawionych dzieci, które na jego widok pouciekały i pochowały się, wrzeszcząc, że sam Cetanu nawiedził ich miasto i teraz na pewno wszyscy umrą. Samemu "bóstwu" zrobiło się strasznie głupio, gdyż nie spodziewał się takiej reakcji.  Spuścił więc głowę, wbił wzrok w bruk pod stopami i walił prosto przed siebie, nie oglądając się na boki, jak by to miało uczynić go niewidzialnym.
  - Hej, przyjacielu! Zgubiłeś coś, że tak pod nogi zerkasz? - zagadnął go rozbawionym głosem jeden z mężczyzn, którzy wyszli sprawdzić, co wywołało popłoch u dzieci.
  - Jeśli chcesz, pomożemy ci szukać - dodał drugi i wyszczerzył kły w szerokim uśmiechu.
  - Nie, niczego nie zgubiłem - odparł Lin-kar i zamierzał ruszyć dalej, gdy drogę zastąpił mu siwy starzec.
   - Rzadki to widok w naszym mieście - powiedział, mierząc przybysza wzrokiem.
Lin-kar uniósł pytająco brwi.
  - Uzbrojony wojownik - wyjaśnił starzec. - Widzisz, To'hi to miasto miłujących pokój. Nie posiadamy tu broni i nie pozwalamy nosić jej przybyszom.
 - Jestem przejazdem. Szukam przyjaciela - odparł zwięźle Lin-kar.
 - Przyjaciela?
 - Tak, zwie się Ung-sa.
 - No, gdybyś tak kłami po ziemi nie ciągnął, to byś już na pewno trafił - zaśmiał się pierwszy z mężczyzn. - Obejrzyj no się za siebie. Widzisz tego bąbla? - Wskazał ruchem głowy. - Tam twój przyjaciel rezyduje. Tylko uważaj, bo on gryzie. - Wesołek zarzucił Lin-karowi rękę na ramię i przytulił go jak najlepszego kompana; śmierdział Głupawym Ziołem.

Upalony wariat, pomyślał "bóg śmierci" i, wyzwoliwszy się z uścisku,  skierował swe kroki w stronę nietypowego domu; za sobą słyszał radosny śmiech Zielarza i karcący go głos starca.
Stanąwszy przed drzwiami dziwnego domostwa, mocno zastukał odzianą w rękawicę dłonią. W środku panowała cisza jakby makiem zasiał. Zastukał jeszcze raz. Tym razem rozległ się łoskot i w drzwiach ukazał się dość spory Yautjańczyk. Przyglądał się przez chwilę gościowi, po czym wpuścił go do środka. Zamknął drzwi na wszystkie pięć zamków i ruszył do kuchni, Lin-kar bez słowa  podążył za nim.

     Ung-sa nie był może najmłodszy, ale na pierwszy rzut oka prezentował się całkiem nieźle. Wysoki, choć przygarbiony, z szerokimi barkami musiał swego czasu zawrócić w głowie niejednej yautjańskiej piękności. Jednak lata samotności i pracy przy szalonych planach Ten-ku, nie pozostały bez śladu w zachowaniu naukowca. Mężczyzna jąkał się i dziwnie zacierał ręce, miał też inne tiki nerwowe.

      Lin-kar pierwszy rozpoczął rozmowę.
  - Pamiętasz mnie? - zapytał, stojąc w przejściu do pomieszczenia, które pierwotnie miało pełnić rolę kuchni, lecz teraz wyglądało bardziej jak archiwum.
  - Aaa, jak miaałbym cię zaapomnieć, jeesteś Lin-kar, brat Teen-ku - odparł Ung-sa, grzebiąc w szafce nad zmywarką w poszukiwaniu czystych kubków. W końcu wydobył coś, co Lin-karowi przypominało bardziej słoiki na przetwory niż kubki i postawił je na blacie usłanym papierami. Jeden z "kubków" był wyszczerbiony, a w drugim na dnie leżał martwy robak. 
   - Podobno masz dokumenty dotyczące jego planów? - kontynuował gość.
  - Plaanów? To nie bbyły plaany, to był faakt. Wszystko, coo dla większości Yaautjańczyków jest czyystą fifikcją, dla Ten-ku było fafaktem. - Zniekształcony głos Ung-sa wydobywał się  z chłodziarki, do której naukowiec prawie wlazł w poszukiwaniu napitku godnego przybyłego gościa.
   - Znam ogólny zarys. Wiem, że próbował wyhodować nowego, silnego osobnika.
   - Oon nie próboował, oon to zroobił. Całymi latami stuudiowałem pracę jeego i tego geniuusza ood genetyki Gavo. To, co ooni zroobili, przechodzi nasze pojmowanie. Udaało im się roozpracować geny niee tylko nasze, aale też paru innych gaatunków - mówił Ung-sa, siłując się jednocześnie z zakorkowaną butelką.
   - A, co to oznacza w praktyce? - dopytywał się gość, bacznie obserwując, jak gospodarz usiłuje widelcem wydłubać korek z butelki.
Ung-sa zaklikał cicho.
   - W praaktyce gdybyś spootkał oowoc ich badań, nanawet byś się nie zoorientował.
  - Możesz jaśniej, do cholery! - wykrzyknął Lin-kar poddenerwowany nieudolnymi działaniami rozmówcy i jego kluczeniem wokół tematu.
   - Aa, co się taak naagle interesujesz? Co? Tyyle lat spookój i teraaz naagle cię tchnęło? - zjeżył się Ung-sa i z rezygnacją odstawił butelkę.
   - Dobra, powiem ci. - Uspokoił się trochę gość. Wziął wciąż zakorkowaną flaszkę, owinął ją w gruby ręcznik, który leżał na parapecie i, stukając jej dnem w blat, sprawił, że korek wysunął się z szyjki. -  Przed śmiercią brat prosił mnie, żebym zajął się jego synem. Chłopak był trochę dziwny, ale myślałem, że to dlatego, że jest mieszańcem z Oomanem - wyjaśnił, wytrzepawszy robala ze szklanki i nalawszy trunku do obu słoiczków.
Ung-sa ryknął gromkim śmiechem i zanosił się nim przez chwilę, w końcu uspokoił się i otarł łzy z oczu.
   - Wyybacz - dławił się jeszcze przez chwilę. - Aale wyyobraziłem sobie twooją minę, gdy cię oo too pooprosił. Czy chłoopak jest z tobą?
   - Nie, uciekł.
  - To źlee, baardzo źle. Widzisz jest tak - z podniecenia naukowiec nagle przestał się jąkać. - Chłopak nie jest taki, jak ty czy ja. O nie, on jest czymś więcej. Po pierwsze siła: dwu, trzykrotnie większa niż u nas; potem wzrok: widzi we wszystkich barwach, a do tego w ciemności też. Słuch i węch dużo, dużo lepszy niż u Yautja, może też oddychać pod wodą, bo ma skrzela. Wiedziałeś o tym? Pewnie nie. Czekaj, co to ja jeszcze miałem. Napijesz się może likieru z owoców Atanu?
      Ta propozycja zupełnie zbiła Lin-kara z tropu. Niepewnie zerknął na wypełnione kubki.
- Ach, zaapomniaałem. - Ung-sa sięgnął po szklankę i  wypił wszystko jednym duszkiem.

*

     Tym czasem w mieście pojawiło się trzech podejrzanie wyglądających typków. Dwóch z nich nie wyróżniało się niczym szczególnym poza ubiorem - ewidentnie niemodnym w tej części Yautjalu. Trzeci natomiast o potężnych gabarytach z uporem i determinacją godną podziwu rozdeptywał wszystkie kwiaty, jakie mieszkańcy To'hi posadzili przed swymi domami. Byli to synowie Mu-shena przysłani tu w delikatnej misji.
    - Możesz wreszcie przestać! - ryknął jeden z nich do zawziętego olbrzyma.
   - Nie, nie mogę, denerwują mnie te chwasty! - odciął się Goth. Był największy ze swoich braci i  mierzył  prawie trzy metry wzrostu. Już jako dziecko wykazywał skłonność do agresji, przez co - zapobiegawczo - wykastrowano go przed okresem dojrzewania, gdyż uważano, że agresja jest dziedziczna. Kastracja w młodym wieku spowodowała, że nigdy nie przestał rosnąć i miał śmieszny, chłopięcy głos. Był też trochę opóźniony, dlatego stanowił idealną maszynę do zabijania. Nigdy nie zadawał zbędnych pytań, nie miał wątpliwości i ślepo wykonywał rozkazy.
    - Narobisz nam kłopotów, przez ciebie wszyscy się na nas gapią. - Po raz kolejny skarcił brata To-shen.
    - Może chcą się pobawić, Goth bardzo chętnie się rozerwie.
    - Zamknij się, idioto, i złaź z tego kwietnika - warknął Tei-shen.
    - To co teraz? Trzeba będzie wypytać mieszkańców - wybełkotał To-shen, gapiąc się w żółte oczy swojego brata bliźniaka.
    - Ta - odparł tamten. -  Czekaj tu z tym głupkiem, a ja dowiem się, gdzie ona mieszka - zaproponował Tei-shen.
   - Goth nie jest głupi. Duży, tak, ale nie głupi - oburzył się olbrzym i stanął tuż przy bracie. Jego szeroka pierś przysłoniła To-shenowi cały widok.
   - Tak, jasne - przyznał mu rację To-shen. - Idź, pobaw się w fontannie. O popatrz, tam jest. - Wskazał ruchem głowy niewielką sadzawkę otoczoną kamiennymi płytami i wypełnioną po brzegi zieloną od glonów wodą. Paskudna gęba Gotha wyposażona w kły imponujących rozmiarów rozwarła się w radosnym uśmiechu.

Po krótkiej chwili, podczas której Tei-shen wypytał mieszkańców co i jak, stosując przy tym delikatne techniki perswazji i przymusu bezpośredniego, a Goth chlapał się w wodzie, ciskając w nią wyrwane z chodnika płyty, cała trójka znowu była razem.
   - I co? - zapytał To-shen, przyglądając się kolejnemu rozbryzgowi wody, jaki towarzyszył zabawie Gotha
  - Mieszka dwie ulice stąd, obok dziwnego domu w kształcie kopuły. Podobno nie można się pomylić - odpowiedział Tei-shen.
   - Goth chce pobawić się z dziećmi Yu-shena - ryknął olbrzym, wrzucając ostatnią wyrwaną przez siebie płytę do sadzawki.
Cała trójka ruszyła we wskazanym kierunku odprowadzana przerażonym wzrokiem starca, który jakiś czas temu dzielnie stanął naprzeciw Lin-kara, a teraz przyciskał do piersi dłoń z wyłamanymi ze stawów palcami.


*


     - Naa pewno niee chcesz się naapić? - powtórzył propozycję Ung-sa, zauważywszy, że gość nie sięga po swoją szklankę.
   - Nie, dziękuję, wolę mieć jasny umysł. Jest coś jeszcze? Coś, co powinienem wiedzieć o synu Ten-ku?
Ung-sa zerknął na Lin-kara z błyskiem szaleństwa w oczach.
   - Ooo tak, too nie koniec. Czeekaj, zajrzę do nootatek - powiedział naukowiec i wyszedł. Po chwili wrócił, niosąc opasłe tomisko, z którego wypadały powyrywane kartki. Położył księgę na stół i zaczął ją wertować.
   - Dlaczego nie używasz komputera? - zdziwił się Lin-kar.
   - Eee tam. To nie. To nie, to też nie. - Przekładał kartki Ung-sa. - Ooo, mam, maam, czekaj. A, tak. Zdolność przystosowywania się do otoczenia: może zmieniać kolor skóry, żeeby być mnieej widocznym. Ooo, iii najważniejsze: samoregeneracja too znaczy, że obcięte kończyny same odrastają. Niezłe co?! Saam byś taak chciał. Było coś jeeszcze, ale niee mogę teraz znaleźć.
  - To co ty mi chcesz powiedzieć, że on jest nieśmiertelny! Tak? Że przez ostatnie piętnaście lat szkoliłem maszynę do zabijania i teraz, kiedy on mi się urwał, to nic nie da się zrobić?
   - Noo, myślę, że gdyyyby obciąć muu głoowę, to...
   - Cholera, ale to mimo wszystko mój syn! - Walnął pięścią w blat wściekły już Lin-kar. - Znaczy... wychowywałem go, nie chcę tak po prostu go zabić. Poza tym nie wierzę, żeby był aż tak niebezpieczny, nigdy nie przejawiał agresywnego zachowania. - Uspokoił się trochę.
  - Too czego tyy chcesz ode mnie. Ja teeż uwaażam, że zaabicie go, byłoby zbeeędnym marnotrawstwem, a z drugiej stoony wiem, że nie można leekceważyć taakiej istoty.
   - To zwykły chłopak, a ty mówisz o nim, jak o jakiejś bestii. Chociaż... - Lin-kar przypomniał sobie nagranie.
   - Czyś ty w oogóle słuchał, coo ja doo ciebie móówiłem? A dlaaczego on ci się urwał? Coo?
   - Nie wiem, coś się stało. Zaprosił swoich kolegów, a potem dostał jakiegoś szału. Nikt nie przeżył.
  - Ha, więc jeednak! Pooowiedziałeś, że dooostał szału. Tak? Znaaczy, że jest niebezpieeeczny. Czeekaj, już idzieesz, ale...


     Noc zapowiadała się ciepła, jak to na Yautjalu często bywało. W powietrzu unosił się zapach wilgoci i pachnących kwiatów. Do szumu liści i odgłosów zasypiającego miasta, dołączyły pohukiwania i ćwierkania nocnych zwierząt. Drzwi dziwacznego domu otworzyły się i wyszli z nich dwaj mężczyźni. Zatrzymali się na trawniku przed budynkiem i w milczeniu spoglądali w gwiazdy. Obaj mieli zmartwione miny i obaj usilnie nad czymś rozmyślali. Nagle z sąsiedniego domu dobiegł kobiecy krzyk i trzask łamanego drewna. Lin-kar spojrzał pytająco na Ung-sa, a ten ruszył w tamtym kierunku.
   - Taam zaawsze jest spookój - powiedział. - Ten doom należy doo młoodej koobiety. Mieszka taam z dwóójką małych dzieeci, jej mąż praacuje w stoolicy, rzaadko tu byywa - wyjaśnił Ung-sa, przyśpieszając kroku.
   - Może dzieci nabroiły? - odrzekł Lin-kar, który nie bardzo miał ochotę mieszać się w rodzinne sprawy.
   - Leepiej to spraawdźmy , too dobra, mmiła dzieewczyna - upierał się jego towarzysz.
  - Dobra już dobra, sprawdzę, co się dzieje - powiedział Lin-kar i założył maskę. Idąc w stronę domu włączył kamuflaż, nie chciał niepotrzebnie przestraszyć kobiety.
     Budynek wyglądał jak większość budowli na Yautjalu, był szerszy na dole i zwężał się ku górze,
płaski dach wykonany z grubego przeźroczystego materiału spełniał jednocześnie rolę świetlika.
     Przed domem ukryty wśród drzew stał uzbrojony Yautja; wyglądało to tak, jakby pilnował, czy nikt nie nadchodzi, bo nie zwracał najmniejszej uwagi na harmider panujący w domu.
   - Wiitam - Ung-sa zaczepił stojącego pod drzewem Łowcę. - Piękna noc nieprawdaż?
   - Spadaj - odpowiedział tamten.
   - Jaaki nie uuprzeejmy, a ja chciaałem być miiły - udał obrażonego i wyminął go, kierując się do drzwi domu sąsiadki.
   - A ty dokąd? - krzyknął za nim Łowca.
   - Do mmojej uroczej ssąsiaadki, zaaprosiła mnie dziś naa poodwieczoorek.
   - Dobrze ci radzę, wynoś się stąd, bo...
   - Bo co? - zagadywał go Ung-sa, nabierając jednocześnie przekonania, że to, co dzieje się w domu Mirji, nie jest niczym dobrym.
    Tymczasem Lin-kar zaszedł zagadniętego od tyłu i na znak Ung-sa już miał poczęstować go podwójnym ostrzem, gdy tamten się uchylił, wykonał przewrót przez lewe ramię i przyjął pozycję obronną. Laserowy celownik zabłysł na głowie Lin-kara, za celownikiem powędrowała lufa działka plazmowego. Nagle ciało przeciwnika uniosło się do góry, na jego piersi pojawiły się dwa ostrza zbrukane neonowo-zieloną krwią. Ung-sa wydobył swoją broń z ciała Łowcy i zadał kolejny cios. Lin-kar nie czekał na zgon przeciwnika, lecz poszedł szybko do domu kobiety, którą Ung-sa nazwał Mirją.
   Drzwi wejściowe były zamknięte, więc obszedł dom dookoła i spróbował z tyłu. Miał szczęście, właścicielka zapomniała zamknąć te prowadzące do ogrodu. Lin-kar bezszelestnie wsunął się do środka, wszędzie było ciemno i tylko z jednego pomieszczenia dochodziło słabe światło. Drzwi do pokoju były wyważone, a przez otwór dało się ujrzeć klęczącą kobietę przytulającą do piersi malutkie dziecko. Nad kobietą stał potężnie zbudowany mężczyzna, na rękach trzymał drugie płaczące dziecko. Obok olbrzyma był jeszcze jeden Yautja, który nagrywał całe zajście przenośną kamerą.
   - Zauważ - powiedział z ten z kamerą - że jesteśmy dla ciebie mili, i dlatego pozwolimy wybrać ci, które z twoich dzieci ma umrzeć jako pierwsze.
   Lin-kar nie zastanawiał się, wypalił z działka prosto w tego, który przed chwilą mówił. Ciało pozbawione głowy bezwładnie opadło na podłogę. Przerażona kobieta krzyknęła, a olbrzym trzymający chłopczyka przykucnął, nie rozumiejąc, co stało się jego bratu. Lin-kar wyłączył kamuflaż i wszedł do pokoju. Goth spojrzał na niego i krzywo się uśmiechnął.
   - Puść dziecko! - powiedział Lin-kar.
   - A jeśli nie, to co?
   - To znaczy, że jesteś tchórzem! - odparł ojciec Nan-ku, zaciskając pięści, aż skóra, z której uszyto rękawice zaskrzypiała.
  - Goth nie jest tchórzem - powiedział olbrzym i wypuścił chłopca, który pędem pognał do przerażonej matki.
   - Zabierz dzieci i uciekaj, przed domem jest Ung-sa - poinformował kobietę Lin-kar.
Mirja kiwnęła głową, wzięła chłopców i szybko wyszła.
   - No dobra, olbrzymie. Zobaczymy, czy będziesz taki odważny w walce z równym przeciwnikiem.
   - Goth się ciebie nie boi, Goth nie boi się nikogo - powiedział ostatni z Łowców i ruszył z impetem na Lin-kara. Ten jednak okazał się znacznie szybszy, wykonał unik i jednocześnie zadał cios raniąc olbrzyma w bok. Niestety rana okazała się niegroźna, ale wprawiła Gotha we wściekłość; złapał za stół stojący w pokoju i cisnął nim w przeciwnika. Ciężki mebel przeleciał przez pomieszczenie i roztrzaskał się na Łowcy, nie czyniąc mu większej szkody. Lin-kar pozbierał się i już miał zaatakować, gdy okazało się, że jego przeciwnika nie ma w pokoju. Ojciec Nan-ku uruchomił kamuflaż i rozpoczął przeszukiwanie domu, nigdzie nie było olbrzyma, więc wyszedł do ogrodu i z pomocą Gin-maru skanował teren. Nagle rozległ się specyficzny świst, Lin-kar uchylił się przed lecącym dyskiem, nie zrobił tego jednak dostatecznie szybko i wirująca broń odcięła mu część pięknie utrzymanej fryzury.
Łowca wściekł się.
    - Pauk - zaklął. - Będę wyglądał jak pajac - pomyślał.
Rozległ się dziwnie chłopięcy śmiech Gotha.
   - Masz śmiech jak świnia kaszel! - krzyknął Lin-kar i wystrzelił serię z działka plazmowego po drzewach, robiąc straszny bałagan w ogrodzie Ung-sy. Goth musiał ratować się ucieczką, a wtedy Lin-kar, wykorzystując mur przyległy do domu, wspiął się na dach budynku, skąd miał lepszą widoczność. Położył się na płaskim dachu i czekał.  Z drugiej strony budynku dało się słyszeć ciche skrobanie. Lin-kar wstał i podszedł do krawędzi, na której widoczne już były palce olbrzyma. Łowca postawił stopę na dłoni Gotha, ten spojrzał zdziwiony w górę.
   To zbyt proste, pomyślał Lin-kar.
Goth zdążył już tylko zakląć: Ell'osde pauk Lou-dte Kalei.
Powietrze przeszył dźwięk wysuwanego podwójnego ostrza i trzask pękającej czaszki. Ciało olbrzyma oderwało się od ściany i spadło na niewielki murek dzielący oba ogrody, rozwalając go swoim ciężarem. Lin-kar zeskoczył z budynku i upewnił się, że jego przeciwnik nie żyje, potem poszedł do domu Ung-sa sprawdzić, czy kobiecie i dzieciom nic się nie stało.
Drzwi otworzył mu naukowiec, dzierżąc w dłoni sporych rozmiarów karabin plazmowy. Lin-kar zaklikał zaskoczony widokiem takiej broni.
   - Łaadna fryzura - zagadnął Ung-sa, gdy Lin-kar usiadł przy stole. - Żaadna panna cii się niee ooprze.
   - Zamknij się! Ja się nie wyśmiewam z twojego jąkania - odgryzł się Lin-kar.
   - Spróóboował byś - odpowiedział naukowiec, gładząc lufę karabinu i krzywo się uśmiechając.
   - No dobra, paniusiu - powiedział do kobiety Lin-kar i spojrzał w jej kierunku.
Młoda Yautjanka przytulała do siebie przestraszonych synów. Była szczupła i drobna, a szczególną uwagę przyciągały jej duże jasnożółte oczy. Miała mleczno-brązową skórę i ciemne drobniutkie plamki, biała przewiązana rzemykiem w pasie sukienka pięknie kontrastowała z jej karnacją. Chłopcy nie byli podobni do swojej matki, wyraźnie wdali się w ojca.
   - A teraz powiesz nam, co te trzy oprychy chciały od ciebie?
   - Nie wiem.
  - A ja myślę, że wiesz,  tylko nie chcesz powiedzieć. Właśnie zabiliśmy trzech synów jednego z Radnych. Wkrótce zjawią się tu Rozjemcy i chyba mam prawo wiedzieć, dlaczego pójdę do paki?!
Kobieta rozpłakała się i mocniej przytuliła dzieci.
   - Oj, niee męcz jeej, to doobra dzieewczyyna - bronił sąsiadkę Ung-sa.
Lin-kar przetarł oczy i warknął.
   - To byli bracia mojego męża - powiedziała w końcu Mirja.
   - Co?! - zdziwił się naukowiec.
   - Podobno ojciec wysłał ich tutaj, żeby zabili mnie i dzieci. To miała być kara dla Yu-shena za to, że się ze mną ożenił bez jego zgody - tłumaczyła się przez łzy.
Zmęczony Lin-kar westchnął. - Masz dokąd iść? Ale tak, żeby cię znowu nie znaleźli?
   - Tak, za miastem mieszka siostra mojej matki, na pewno mnie przyjmie.
   - Dobrze, udaj się tam, Ung-sa cię odprowadzi.
   - Mój mąż nie będzie wiedział, gdzie mnie szukać.
   - To dobrze, teraz powinnaś myśleć tylko o dzieciach. Ung-sa, mogę cię prosić?
Obaj mężczyźni wyszli przed dom.
   - Zajmiesz się nią? - zapytał Lin-kar. - Ja muszę poszukać Nan-ku.
   - Tak idź. Czekaj! Skąd wiedziałeś, że to synowie Radnego?
   - Mieli znaki rodowe Mu-shena.
   - O rzesz w mordę! Będą kłopoty - zaśmiał się Ung-sa. -Wracasz do akcji, co?
   - Tak, najwyraźniej, w końcu jeszcze nie zdziadziałem.
   - To powodzenia.
Ung-sa stał jeszcze przez chwilę i patrzył na oddalającego się Łowcę. W końcu ciemność przysłoniła sylwetkę Lin-kara i wtedy Ung-sa przypomniał sobie tę ważną rzecz, o której zapomniał, a którą bezwzględnie powinien był powiedzieć Lin-karowi.