Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mu-shen. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mu-shen. Pokaż wszystkie posty

sobota, 12 grudnia 2015

40. Powrót

Rozdział dedykuję wszystkim Anonimowym czytelnikom, którzy ze mną są, poganiają mnie i inspirują. Dziękuję za wasze komentarze i za to, że jesteście.  







     – Źle się stało – stwierdził Mu-shen, patrząc w posępne oblicze Rotha widoczne na trójwymiarowym ekranie.
– Młodym udało się uciec, zbiegli do lasu, a tam, jak wiesz, nie jest bezpiecznie. Zostali zamordowani, jeszcze nie wiemy przez kogo. – Relacja Rotha była chłodna i aż nazbyt spokojna jak na tragedię, o której mówił. Mu-shen nie był zadowolony, to komplikowało jego plan przekabacenia Has-mutha na swoją stronę. Pomimo tego, że został Przewodniczącym Rady miał świadomość, że tego osobnika lepiej mieć po swojej stronie. Teraz misterny plan spalił na panewce, dzieci Has-mutha nie żyły i nie było już mowy o zakrojonej na wielką skalę akcji ratunkowej, która miała zjednać zastępcę starego przewodniczącego.  Przy okazji Mu-shen planował załatwić parę starych porachunków, między innymi z Rothem.
– To niczego nie zmienia – kontynuował Roth. – Działamy według planu. Dziesiąta kolumna jest już w drodze powrotnej, ich przybycie z centrum galaktyki zbiegnie się w czasie z przejęciem przez nas wszystkich kolonii, a twoja głowa w tym, żeby opór był jak najmniejszy. Nie chcemy przecież mordować swoich.
– Jakoś wcześniej nie mieliście z tym problemu – odparł Mu-shen, nalewając sobie c’nijpu.
– Miałeś tyle nie pić – zganił go Roth.
– To jedyna rzecz, w której nie możesz mi rozkazywać – odparł Przewodniczący, ostentacyjnie sącząc alkohol. – Będę pił kiedy zechcę i ile zechcę. Zawsze wszystko robiłem pod twoje dyktando.
– Nie zawsze i nie wszystko – poprawił go Rachmistrz, w pamięci przywołując wszystkie wyskoki Mu-shena, wszystkie, o których wiedział.
– Dobrze, nie zawsze i nie wszystko, ale nawet żeniłem się z kobietami, które mi wyznaczyłeś. Całe moje życie jest pod twoje dyktando. –  Nalał sobie kolejny puchar.
– Byłeś i jesteś krnąbrny – odpowiedział Roth, po czym się rozłączył. Norha ciągłe robił coś wbrew planom, już jako bezdomny dzieciak, którego Roth schwytał po napadzie na cukiernika, wykazywał szereg cech, które należało wyplenić. Niestety z marnym skutkiem, nikt nie nauczył gówniarza korności, którą cechowały się dzieci Wojowników, wiec trudno było nad nim zapanować. Roth sapnął, podnosząc się z fotela, powinien był dbać o swoją kondycję, a zapuścił się jak zwierzę tuczne, co przecież w przypadku ich gatunku nie jest takie proste. Ale odpowiadał mu taki sposób życia, tu, w stolicy Styksu, liczyły się prawdziwe umiejętności i koneksje, a nie wygląd i trofea, tu nie rządziły kobiety. Roth poprawił długi zdobiony haftem płaszcz, który opinał jego przysadzistą sylwetkę i, opuściwszy swoje biuro, udał się do domu nieoficjalnego, bo nieuznawanego przez Yautjal, przywódcy Wyrzutków, Kreana. Starzec marniał podobno z każdym dniem i należało się liczyć, że może umrzeć w każdej chwili.

Magnetyczny pojazd Rotha zatrzymał się przed budynkiem przypominającym rakowatą narośl gniazda Sempr na nieskazitelnej Yautjańskiej ziemi. Ochroniarz i kierowca Rotha wysiadł pierwszy i czujnie rozejrzał się po okolicy, a stwierdziwszy, że jest bezpiecznie, dał znak swemu pracodawcy, że i on może wysiąść. Wygramoliwszy się z pojazdu, Roth prychnął z obrzydzeniem i otrzepał się, jakby strącał coś z ramienia, nie przepadał za Semprami, te robale wymagały sporo zachodu i wysiłku, a on od jakiegoś czasu stronił od tego drugiego. Mimo obrzydzenia zebrał się w sobie i przekroczył próg domostwa ekscentrycznego Yautjańczyka. Od elewacji zewnętrznej po wykończenie wnętrz wszystko przypominało dzieło Sempr, Roth podejrzewał nawet, że było to prawdziwe gniazdo przetransportowane tu z jakiejś odległej planety. W progu przywitał go młody, szczupły mężczyzna, dokładnie taki, w jakich gustował Krean, o czym Roth doskonale wiedział.
– Jak twój pan? – zapytał młodego kastrata.
– Nie najlepiej, obawiamy się, że wkrótce umrze – odparł młodzieniec bez cienia żalu w głosie. 
No tak, pomyślał Roth, nikt nie będzie żałował starego wariata, nawet jego podopieczni, ciekawe co zrobią, gdy go zabraknie?
Młody Yautjańczyk poprowadził Rachmistrza krętym korytarzem prosto do sypialni Kreana, przed wejściem pozbawionym drzwi zatrzymał się i rzekł: – Mój pan nie wstaje już z łoża, jeśli zechce cię przyjąć to w sypialni. Zaczekaj tu, zapytam go.
Odszedł, pozostawiając Rotha samego. Rachmistrz odsunął się od ściany na środek korytarza, z sufitu zwieszały się imitacje Sempr robotnic, przyprawiając go o nieprzyjemnie uczucie, że jest obserwowany, w co nie wątpił, znając obsesję Kreana  na punkcie bezpieczeństwa. Młody mężczyzna powrócił po chwili.
– Mój pan cię przyjmie – wskazał przejście, Roth minął łukowaty portal zdobny w formy larwalne i przeszedł dalej. Sypialnia Kreana była połączeniem naturalnych obłych form gniazda i kanciastych ostrych kształtów nowoczesnych mebli, nie było tu mowy o synchronizacji i jednorodności. Roth bywał tu wielokrotnie, więc nie zdziwiła go ta dysharmonia. Przeszedł przez pomieszczenie, kierując się prosto do wielkiego łoża. Na różnokolorowych, centkowanych i pasiastych skórach spoczywał stary i chudy Yautjańczyk. Ruchem kościstej dłoni odprawił młodzieńca, w sypialni, poza Rothem, było kilku innych wojowników, żaden z nich nawet nie drgnął, wiedząc, że gest ten skierowany był do sługi przywódcy. Krean powiódł wyblakłym spojrzeniem po zgromadzonych, byli pośród nich starzy towarzysze i całkiem świeży nabytek, jak myślał o Rocie, który nie całkiem dobrowolnie do nich przystał, ale wygnańcem na swej planecie nie był. Roth był twórcą i poniekąd wykonawcą planu podmiany chłopaka ze starego rodu Shen. Członkowie tej rodziny trzymali w łapach największe stocznie budujące statki dla prywatnych odbiorców i armii Yautjalu. Ich agent, Mu-shen, a właściwie Norha, co prawda nie zarządzał fabrykami, ale miał dojście do odpowiednich osób i dojście to dobrze wykorzystał. Każdy okręt opuszczający stocznię  Shenów miał wgrane oprogramowanie szpiegujące i mógł być w razie potrzeby zdalnie sterowany z zewnątrz. Mieszkańcy Yautjalu byli wyjątkowo pewni siebie, a oni mieli dość degradacji społecznej.
Roth usiadł na niezbyt wygodnym taborecie, jedynym wolnym miejscu jakie zostało, sapał przy tym głośno, ostentacyjnie ukazując swoje niezadowolenie.
– Jak przygotowania? – zapytał słabym, drgającym głosem Krean.
– Statki są w pogotowiu – odparł ktoś ze zgromadzonych.
– Statki... – podchwycił Krean – bezzałogowe, puste skorupy.
– Na każdym jest załoga – kontynuował rozmówca starca, jakby czuł potrzebę wyjaśnienia sytuacji.
– Szkieletowa. To za mało, by pokonać siły Yautjalu, zwłaszcza jeśli przyjdzie nam walczyć wręcz.
– Prowadzimy nabór, ale obywateli mamy znacznie mniej...
– Obywateli?! Potrzebujemy wojowników, a nie obywateli.
– Ostatnimi czasy nasiliła się migracja członków Ety – wtrącił się Roth. – Nie są wyszkoleni, ale na mięso armatnie się nadadzą.
Krean warknął niezadowolony. – To miał nam zapewnić twój plan. Wydaliśmy sporo środków na fabrykę replikantów, a twoi ludzie zawiedli!
Roth głośno przełknął ślinę.
– Nie wszystko jest stracone. Prototyp żyje i może być dawcą, mój agent donosi, że jego twórca skontaktował się z nim i że mają się niedługo spotkać. Okręt jest wyposażony w niezbędną aparaturę, proces replikacji będzie można rozpocząć już na nim.
– Za późno, Roth, dziesiąta kolumna jest już w drodze, a nie wiemy, jakimi obecnie dysponują siłami. Obawiam się najgorszego, przestarzałej technologii i wynaturzonej załogi.
– Nie rozumiem – Roth pochylił się do przodu, jakby spodziewał się wyjaśnień.
– Wkrótce zrozumiesz – zbył go starzec. – Cała nasza nadzieja w Mu-shenie i w tym, że rozegra otrzymane karty właściwie. Obawiam się jednak o jego lojalność, z naszą pomocą osiągnął wiele, ale czy zechce się odpłacić? Roth, ty go znasz osobiście, co sądzisz?
– Nie nazwałbym tego osobistą znajomością...
– Nie wykręcaj się! Szkoliłeś go. Zresztą, jeśli masz chociaż cień wątpliwości co do jego współpracy... – Krean zawiesił głos.
– Nie, nie mam. Norha zrobi co konieczne. Chociaż podejrzewam, że będzie chciał ugrać też coś dla siebie. Ale w ostatecznym rozrachunku nie będzie miał wyjścia. Wie, że jego prawdziwa tożsamość może w każdej chwili wypłynąć na wierzch, straciłby wtedy wszystko, a on bardzo lubi swoje nowe życie.
Krean kichnął, rozsiewając naokoło ślinę. Zgromadzeni skrzywili się i tylko Roth wstał z miejsca, by podać starcowi ssak. Wcisnął go w usta Kreana, maszyna poczęła odsysać ślinę, wydając przy tym nie przyjemne dźwięki. Starzec miał problem z przełykaniem, jego śmierć była kwestią kilku tygodni lub miesięcy, ale równie dobrze mogła nastąpić w każdej chwili. Kto mógł go zastąpić? Z pewnością wielu miało na to chrapkę, i z pewnością wielu na to czekało, ale starzec uparcie trzymał się życia. Odessawszy płyn z ust Kreana, Roth zajął swoje wcześniejsze miejsce.
– Będziemy blefować z nadzieją, że zadufani w sobie wojownicy z Yautjalu ulegną gładkim słowom Mu-shena i nie podejmą walki, ale muszą uwierzyć, że jesteśmy zdolni do wszystkiego. Jeśli nie uda mu się przekonać całej Rady, a zwłaszcza przełożonego sił zbrojnych Hasmutha… – Roth zakasłał, Krean obdarzył go karcącym spojrzeniem i dalej kontynuował przerwany watek. – To możemy mieć regularną wojnę, a na to nie możemy sobie pozwolić, nie w obecnej sytuacji. Czasami myślę, że powinienem był zawrócić dziesiątą kolumnę, gdy był na to czas, ale z drugiej strony pilnowanie przejścia już dawno straciło sens. Wędrowcy się nie pojawili.
– A skoro o nich mowa – wtrącił się znowu Roth. – Zastanawiam się nad sensem przetrzymywania ich gasnącej populacji. Uważam, że do niczego już nam się nie przydadzą, kontrolujemy ich od pokoleń, ograniczamy narodziny, wyręczamy we wszystkim.
– Chcesz ich uwolnić? – zapytał jeden z wojowników. – Nie poradzą sobie sami.
– To zależy od sposobu, w jaki ich uwolnimy. Dzisiaj to my posiadamy technologię, a oni są już zaledwie cieniami tego, czym byli kiedyś.
– Nie zgadzam się! – starczy głos przerwał dyskusję. – Naszym obowiązkiem jest ich chronić, gdy cały Yautjal wyparł się prawdy, zaprzeczał ich istnieniu, a w końcu o nich zapomniał. My dbaliśmy o ich bezpieczeństwo.
– Ale utrzymanie ich populacji to koszty, na które nas nie stać i...
– Zamilcz. Powiedziałem nie. Czy oni się skarżą? Nie. Pogodzili się ze swoim losem już wieki temu, wystarczy tych spekulacji.


Gdzieś w kosmosie

Atmosfera była taka, że ciężko dało się wytrzymać. Sha-uni zamknęła się w zbrojowni, eksmitując tym samym Gavo do swojej kajuty bez drzwi. Szczerze mówiąc, naukowcowi wcale to nie przeszkadzało. Przeciwnie, będąc tak blisko Thei’de, czuł się panem sytuacji, ale czy mógł tak myśleć, skoro na statku zapanowało apogeum szaleństwa? Zawsze rozsądny starzec sam począł popadać w obłęd. Bezustannie pilnował pogrążonego w farmakologicznym śnie Thei’de. Chronił go nie przed nim samym, lecz przed wściekłą kobietą, która poczuła się zdradzona przez dwie najważniejsze obecnie w jej życiu osoby. W ciągu zaledwie dwóch dni, trzy razy próbowała zabić młodego łowcę. W końcu jednak uspokoiła się i pogodziła chyba z prawdą o swoim ukochanym.

 Jeszcze tylko dwa dni i będziemy na miejscu – myślał zmęczony naukowiec. – Dwa dni – odliczał, a z każdą chwilą głową ciążyła mu coraz bardziej i chociaż wzbraniał się jak mógł, w końcu sen zwyciężył. Jego powieki zamknęły się ukrywając żółte tęczówki.

Na Paya, jak on się spieszy. Od chwili gdy sygnał alarmu włączył się, biegnie jak opętany. Ten-ku kazał mu wszystko schować albo zniszczyć, by ukryć dowody. Ale... jak to zniszczyć? Lata pracy, setki godzin doświadczeń i zniszczyć?
Trzęsącymi się dłońmi umieszcza okrągły dysk we wnętrzu komputera – że też wcześniej nie pomyślał o zrobieniu kopii zapasowej na przenośnym dysku – głupiec z niego.
Gdzieś rozlega się odgłos wybuchu, cały budynek aż trzęsie się w posadach. Gavo wciska dysk zapełniony danymi do kieszeni szerokiej tuniki i wybiega z pomieszczenia. Po drodze wpada jeszcze do wylęgarni. Dziesiątki dwumetrowych inkubatorów wypełnione są dojrzewającymi replikantami małego Thei’de. Te osobniki miały przyjść  na świat w pełni rozwinięte. Miały być gotowe do użycia w zaledwie pół roku od momentu poczęcia. Tak niewiele pozostało czasu, nie zdoła ich ocalić, nawet gdyby zainicjował proces narodzin, replikanci mogliby nie przeżyć poza zbiornikiem.
Łzy napływają naukowcowi do oczu, tyle pracy na nic. Kolejny wybuch i seria strzałów z działek planowych zmuszają Gavo do ucieczki. Mężczyzna biegnie do drzwi i nagle zatrzymuje się. Nie, on tego nie zrobi. Niech się dzieje, co chce, on nie przyłoży do tego ręki, on tworzy życie, a nie odbiera. Spogląda na zwieńczenie kapsuły, niewielka fiolka z błękitną zawartością usunęłaby wszelkie ślady tego, co było wewnątrz. Wystarczy uruchomić proces destrukcji, automatyka dokona reszty – ciepłe, żywe ciała rozpuszczą się niczym lód w ciepły dzień.
Są coraz bliżej, walka na dole wrze. Gavo zamyka za sobą drzwi i zabezpiecza je kodem. Wylęgarnia  ma najgrubsze ściany i pancerne, podwójne drzwi, tak łatwo się tam nie dostaną. Teraz musi jeszcze zabrać chłopca, jeśli malec zginie, wszystko trzeba będzie zaczynać od nowa.

Biegnie, co jakiś czas ślizgając się na gładkiej podłodze, jeszcze tylko zakręt, a potem schody w dół i zabierze stąd małego. Rozpędzony mężczyzna wypada zza ściany wprost na podest przed schodami, poniżej  widzi zwartych w śmiertelnym uścisku wojowników. Ten-ku walczy z młodszym przyrodnim  bratem Lin-karem, lecz chyba przegrywa. Stoi dziwnie wsparty na bracie, obejmując go lewą ręką, prawą ma odciętą tuż nad łokciem. Gavo jest w szoku, zawsze myślał, że Ten-ku jest niezniszczalny. To koniec, droga do dziecka została odcięta, Gavo nie jest w stanie już mu pomóc, odwraca się i ucieka z powrotem do góry. Jedyna nadzieja w statku znajdującym się na dachu. Znowu te schody, po raz kolejny udowadniają mu, że jego kondycja jest beznadziejna. Sapiąc, wypada w końcu na dach. Musi się zatrzymać chociaż na chwilę, musi złapać oddech, pochyla się więc do przodu i ciężko dyszy, potem czuje już tylko tępy ból z tyłu głowy i upada na twarz. Ktoś odwraca jego ciało na plecy, grzebie mu po kieszeniach i wyciąga z jednej z nich okrągły dysk.


– Jeśli nie chcesz, bym podłączyła mu kroplówkę ze zużytym olejem silnikowym, to lepiej wstań i się pośpiesz. – Co? Ach, Sha-uni, to ty. Chyba zasnąłem. Tak, już idę – westchnął naukowiec, z trudem podnosząc się z zajmowanego przez siebie miejsca. Faktycznie, zawartość woreczka, do którego podłączony był Thei’de, musiała się już dawno skończyć i Łowca mógł się obudzić w każdej chwili. Pół biedy gdyby był to Thei’de, ale na to liczyć nie mógł. Otworzył wieko metalowej skrzynki i począł grzebać w jej zawartości, warcząc coraz bardziej z każdą odkładaną paczuszką.
– Ta była ostatnia – wyjęczał, spoglądając na wspartą o framugę dziewczynę. Jej twarz przybrała zacięty wyraz, a prawa dłoń zacisnęła się na rękojeści długiego sztyletu. – Nawet o tym nie myśl – zagroził Gavo. Sha-uni wzruszyła ramionami.
– Pomyślałam, że tak będzie prościej i bezpieczniej.
– Czy to miał być żart? Nie rozumiem,  co się stało? Myślałem, że kiedy ci o tym powiem, wpadniesz w histerię.
Dziewczyna prychnęła pogardliwie.
– Postanowiłam nie dać mu więcej tej satysfakcji, nawet gdyby zechciał zgwałcić mnie jeszcze dziesięć razy, nie dam mu satysfakcji i nie będę go błagać, płakać i skomleć. Nie taka zawsze chciałam być, nie po to walczyłam o możliwość bycia wśród Łowców, by teraz stracić to przez jakiegoś bękarta, popaprańca. – Nie czekała na odpowiedź, już miała odwrócić się i odejść, gdy jej twarz rozpromieniła się w przerażająco szaleńczym uśmiechu. – Proponuję ci, żebyś zamknął go w ładowani. To pomieszczenie ma najgrubsze drzwi z wiadomych powodów, a gdy się ocenie, co jest nieuniknione zważywszy, że skończył ci się butamin, będzie miał rozrywkę, przynajmniej na jakiś czas.
Gavo patrzył na dziewczynę z niedowierzaniem, jak to możliwe, że tak szybko otrząsnęła się po tym wszystkim, co ją spotkało i stała się taka...? Chociaż z tą ładownią to miała rację, przecież została tak skonstruowana, by przewożąc w niej żywe, niebezpieczne istoty, samemu było się bezpiecznym. To mogło być rozwiązanie problemu, ale Ziemianki nie zamierzał zostawić na pastwę nowo ujawnionej osobowości młodego Yautjańczyka.

Gdy tylko drzwi zbrojowni zamknęły się za nią, powstrzymywane emocje wybuchły wreszcie ze zdwojoną siłą. Pragnąc je zagłuszyć, Sha-uni przyciskała jedną z miękkich poduszek Gavo do twarzy. Nie chciała, by ktokolwiek wiedział, co naprawdę czuła. Wcale nie była taka twarda, za jaką chciała uchodzić, a zrozumienie tego wszystkiego przychodziło jej z wielkim trudem. Gdy się wypłacze, wszystko będzie dobrze, znowu będzie mogła udawać.
Wreszcie mógł zasnąć spokojnie, bez obawy, że Sha-uni zechce się zemścić, a Thei’de obudziwszy się, wymorduje ich wszystkich. Spał długo, obudziło go ciche szuranie i odgłos wdychanego i wydychanego powietrza przez maskę tlenową. Gavo nie chciał otwierać jeszcze oczu, nie chciał wstawać, dlatego naciągnął koc aż po sam czubek głowy i spróbował ponownie oddać się w błogi stan nieświadomości. Szuranie powtórzyło się, tym razem poprzedzone melodyjnym westchnieniem. Mężczyzna zareagował na nie jak na wezwanie, gwałtownie usiadł, odrzucając koc na bok, lecz natychmiast stracił swój wigor, zdając sobie sprawę, że nie tkwi już erotycznym śnie, a kobieta, która wydała z siebie ten dźwięk, nie jest hurysą odgrywającą w nim główną rolę. Zawiedziony opadł z powrotem  na łóżko i utkwił wzrok w rozprutych drzwiach do kajuty. Począł się nawet zastanawiać, dlaczego Thei’de, a właściwie Hulij, nie próbował obejść blokady drzwi, tylko postanowił rozwalić je toporem. To było dziwne. Gavo rozmyślał o tym, gdy uzmysłowił sobie, że od jakiegoś czasu nie przygląda już się wyrwie w drzwiach, lecz nieudolnie poruszającej się przy ścianie Ziemiance. Kobieta ze swym kalectwem wydawała mu się wyjątkowo nieporadna i aż dziwił go fakt, że jeszcze żyła. Rudowłosa Rosjanka obmacywała właśnie ostre krawędzie potrzaskanych metalowych drzwi. Jej długie, kręcone jak sprężynki, włosy przypomniały mężczyźnie zwierzątko, które hodował będąc dzieckiem. To wspomnienie zrodziło w nim nieodpartą pokusę. Wstał z łóżka, podszedł do kobiety i zanurzył obie dłonie w jej włosach. Ziemianka pisnęła przestraszona, a on zaśmiał się swoim tubalnym głosem.
 – Faktycznie – powiedział uradowany – przypominają sierść Moi.
– Na litość przedwiecznego Paya. – Oburzony okrzyk przerwał jego radość. – Załóż że coś na siebie, bo zaraz i ja oślepnę. – Głos Sha-uni ucichł tak nagle, jak się pojawił, wydobywając się z ust przechodzącej korytarzem dziewczyny. Gavo nie przejął się zbytnio tą uwagą, wystawił głowę na korytarz i krzyknął za Yautjanką:
– Jeśli robisz posiłek, zrób też dla nas.
– O, bardzo chętnie. Tylko że tak się spieszyliście, że zapomnieliście uzupełnić zapasy i jedzenie skończyło się wczoraj – odkrzyknęła Sha-uni.

Przetrząsanie szafek nie dało żadnego efektu, a uwaga naukowca, że powinna przygotować też coś dla Oomanki zdenerwowała ją jeszcze bardziej. Raz pozwoliła, by Thei’de ją zastraszył, drugi raz na to nie pozwoli, nie temu dziadziowi. Za jej plecami pojawił się Gavo i, zaglądając jej przez ramię, usiłował dojrzeć wnętrze szafki, przed którą stała.
– Jestem pieruńsko głodny. Pójdę sprawdzić, czy nie zostały jakieś zapasy w magazynie.
Sha-uni spojrzała na niego z dziwnym wyrazem twarzy.  
– Nie radzę – powiedziała. – Twoje zwierzę laboratoryjne chyba się ocknęło.
– Thei’de?
– Thei’de, Hulij, czy jak on się tam teraz zwie. Ale... Hej! Mam świetny pomysł – wykrzyknęła z udawaną radością. – Zjedzmy Oomankę. Jest spora, na jakiś czas wystarczy.
Mężczyzna zamyślił się na chwilę, a potem skrzywił w wyrazie obrzydzenia.
– Słyszałem, że ludzie są niesmaczni. Zresztą, nie ma tematu. Nie pozwolę ci ją zabić.
– Czemu? Czyżbyś bał się swojego szczura?
– Nie - odparł Gavo i, odwróciwszy się, zamierzał pójść sprawdzić co z Thei’de.
– Jakoś ci nie wierzę – krzyknęła za nim Sha-uni.

Gwałtowny wstrząs poruszył całym statkiem. Gavo, stojący przed wrogami do ładowni i usiłujący usłyszeć cokolwiek z wnętrza pomieszczenia, aż złapał się ściany by utrzymać równowagę.
– Co to było? – krzyknęła młoda Yautjanka, wybiegłszy z zajmowanej teraz przez siebie zbrojowni.
Gavo spoglądał na nią zaskoczony. Wstrząs powtórzył się.
– Na boga to chyba oni! – wykrzyknął i pognał do sterowni.
– Jacy oni? – Sha-uni nie miała pojęcia o czym on mówi, lecz kierowana nieokreślonym niepokojem i niezdrową ciekawością poszła za mężczyzną.

                Naukowiec siedział już za sterami i włączał po kolei poglądy ze wszystkich zewnętrznych kamer. Na głównym wizjerze widać było tylko ogromną stalową masę unoszącą się nad ich pojazdem. Sha-uni podeszła do fotela pilota i zerknęła na monitor. Podzielony na mniejsze sektory obraz pokazywał, jak spód ogromnego krążownika otwiera się, a metalowy kolos powoli opada, pochłaniając w swe czeluści niewielki statek.
– Kto to jest?
– Otwórz boczy właz – rozkazał siedzący przed sterami Gavo. Dziewczyna pokręciła przecząco głową, zaczynała odczuwać niepokój.
– No, dalej, na co czekasz! – ponaglił ją, nie odrywając wzroku od monitorów.  
– Nie!
– Do kroćset z tobą. Zaczynam żałować, że nie pozwoliłem wykrwawić ci się na Yautjalu. – Wściekły odepchnął dziewczynę i, burcząc coś do samego siebie, poszedł otworzyć „ten cholery właz”.
Ledwo wejście stanęło otworem, do środka małego statku wpakowało się trzech postawnych Yautjańczyków ubranych w szczelne kombinezony i, nie czekając na pozwolenie, zaczęli przetrzepywać pomieszczenie po pomieszczeniu. Gavo stał jak wryty i z niemałym niepokojem przyglądał się temu, co się działo. Pisk dobywający się zza roztrzaskanych drzwi i wściekłe wrzaski Sha-uni utwierdziły go w przekonaniu, że nowoprzybyli poczynają sobie zbyt śmiało.
– Wybacz nam te środki ostrożności, ale sam rozumiesz, strzeżonego Paya strzeże – powiedział zabawnym piskliwym głosem mały osobnik, który zjawił się w tym momencie. Gavo spojrzał na niego zaskoczony. Yautjanczyk miał wzrost i posturę dziecka w okresie dojrzewania.
– Jestem Funai i czekałem na... – zamilkł, gdyż na niewielki korytarz zostały właśnie siłą wyciągnięte dwie kobiety. Jedna z nich wściekłe się szarpała, a druga posłusznie pozwoliła się prowadzić.
– To wszyscy? – zapytał lekko zdziwionym głosem. – A gdzie nasz pacjent?
– Jest zamknięty w ładowani. Trochę mu odbiło i... Zalecałbym większe środki ostrożności. – Wyczerpująco udzielił odpowiedzi Gavo.
Funai odsunął się, by przepuścić wychodzących mężczyzn eskortujących dwie kobiety.
– Gavo, co tu jest grane? – wstrząsnęła Sha-uni i, wyrwawszy się z uchwytu prowadzącego ją Yautjanczyka, wymierzyła mu solidny cios w splot słoneczny. Mężczyzna zaryczał wściekłe, w tym momencie z tyłu statku dobiegł odgłos rozszczelnianych drzwi. Wszystkie spojrzenia powędrowały w tamtym kierunku.
– Co tu się dzieje? – melodyjny, niski głos poniósł się po wąskim korytarzu. Jego właściciel nie wyglądał najlepiej, miał podkrążone oczy, bladą cerę i mętne, zagubione spojrzenie. Chwiejąc się na nogach i podtrzymując ściany, podszedł go Gavo, chwycił go za ubranie na piersi i ze złością zapytał:
– Co mi dałeś stary draniu?
Gavo zrobił przerażoną minę.
– Nawet nie próbuj zaprzeczać. – Wyciągnął ramię, na którym wciąż widoczne były ślady po wkłuciach, a dostrzegłszy zmasakrowane wnętrze statku zapytał:  – Kto, do jasnej cholery, rozpieprzył drzwi do mojej kajuty?
– Ty – odparła Sha-uni.
Mody Yautjańczyk oderwał wzrok od wyrwy w drzwiach i, podszedłszy do dziewczyny, przytulił ją.
– Sha-uni, przepraszam, cokolwiek narobiłem, przepraszam.
Dziewczyna stała prosto i sztywno, jakby bała się poruszyć. Speszonym spojrzeniem zerkała na Gavo, który był równie zmieszany co ona. Rozchyliła usta, by coś powiedzieć, lecz stary naukowiec tylko zaprzeczył ruchem głowy.
– Nan-ku? – zapytał ostrożnie i prawie szeptem.
Młody przytulił dziewczynę jeszcze mocniej, ale czując, jaka jest spięta, odsunął się trochę.
– Jesteś zła? – zapytał z troską.
Sha-uni poczuła, że nogi się pod nią uginają.
– Raczej zaskoczona – odparła zgodnie z prawdą. Uśmiechnął się. „Jest taki przystojny, gdy się uśmiecha”, pomyślała. Nan-ku pochylił się i szepnął jej do ucha:
– Co to za jedni? Nie bardzo ich kojarzę, a nie chciałbym popełnić jakiejś gafy, wywalając ich stąd.
Uśmiechnęła się, był taki, jak wtedy, gdy się poznali, jak wtedy, gdy go pokochała. Spoważniała równie szybko, już raz ją oszukał, tam pod drzewem, kiedy najmniej się tego spodziewała. On też się uśmiechał, a dojrzawszy ziemską kobietę, zapytał.
– Jesteśmy na Ziemi?
Gavo chwycił go za ramię.
– Możemy przez chwilę porozmawiać... W zbrojowni – wycedził przez zęby, ciągnąć Młodego za sobą.
– Idę z wami. – Przyłączyła się Sha-uni. Weszli do pomieszczenia, Gavo poprowadził ich w kąt.
– Nan-ku... – zaczął niepewnie – co właściwie pamiętasz?
– Nie rozumiem?
– Jakie jest twoje ostatnie wspomnienie?
Mody Yautjańczyk zamyślił się.
– Pamiętam... – Jego oczy powędrowały ku górze, jakby gdzieś pod własną czaszką szukał odpowiedzi. – Pamiętam naszą noc na Olteranie, Sha-uni. Pamiętam, że opowiadałem ci o sobie. – Mówił, spoglądając na nią jak na ciastko, które właśnie w tej chwili chciałby zjeść. Na jego twarzy gościł dobrze jej znany szelmowski, krzywy uśmieszek.
– I? – ponaglił go szeptem Gavo.
– I pamiętam ciebie, dziadku.
– Nie nazywaj mnie dziadkiem, nie jestem jeszcze taki stary.
– Nie denerwuj się.
– Co jeszcze?
– Ratowałem cię z więzienia, potem... Byliśmy chyba na Ziemi i tam... Wiesz, co się stało... Mogłeś mnie powstrzymać.
– Nie mogłem. Co jeszcze pamiętasz?
– Polecieliśmy na Yautjal,   grała muzyka, była parada. Dlaczego szepczemy?
– Bo nie chcemy, żeby tamci nas słyszeli.
– Czemu? Mamy kłopoty?
– Nie.
– To co tu się stało?
–Nan-ku, ty... – naukowiec zawiesił głos, zastanawiał się, co i jak powiedzieć. – Byłeś... chory.
Młody mężczyzna analizował przez chwilę informacje pozyskane od Gavo i te, które dostarczył mu jego własny organizm.
– Faktycznie czuję się jakiś osłabiony – powiedział. – I głodny – dodał, podchodząc do dużej stalowej, dwudrzwiowej szafy. Na uchwytach zamocowano gruby łańcuch, który uniemożliwiał dostanie się do środka.
– Dziwne – burknął, ujrzawszy go. – Nie przypominam sobie, bym zakładał tu kłódkę. – Począł macać wierzch szafy, aż natrafił tam na coś, czego szukał. Z triumfalnym uśmiechem wyciągnął przed siebie dłoń, w palcach trzymał klucz. Szybko pozbył się kłódki i łańcucha, otworzył drzwi, a z wnętrza wylała się na niego jasność, niczym ze skrzyni pełnej skarbów na zachłannego pirata. W środku znajdowały się pojemniki, pudełka i paczki różnych rozmiarów i kształtów. Nan-ku wydobył ze środka sześciopak Budweisera.
– Piwa? – zapytał zupełnie poważnie. Sha-uni przesunęła się w bok, by móc dokładniej przyjrzeć się zawartości ziemskiej lodówki. Nan-ku szturchnął ją lekko, nie doczekawszy się odpowiedzi.
– A co to jest? – zapytała dziewczyna, przejmując od niego butelkę.
– Taki nabój z alkoholem, coś jak c’njip tylko słabszy.
– Alkohol... – Oglądała butelkę z wyraźną niechęcią.
– Wiesz co? Masz rację, to nie najlepszy pomysł, może lepiej coś zjeść. – Zabrał butelkę i razem z resztą, wstawił ją z powrotem do lodówki. – W takim razie może kabanosa? To wędzone i mielone mięso, całkiem nieźle. Dziewczyna znowu zrobiła minę, jakby wszystko, co jej proponował, było zepsute bądź niezjadliwe.
– Ja chcę – wtrącił się Gavo ­– jestem tak głodny, że nie pogardzę żadnym mięskiem, nawet jeśli będzie yautjańskie. – Ugryzł sporty kęs.
– Bo jest – odparł Nan-ku ze śmiertelną powagą. Gavo przestał przeżywać i wlepił w Młodego przerażone spojrzenie.
– Żartowałem – roześmiał się młody mężczyzna. – Matko, ale miałeś minę.
– To wszystko... To jedzenie? – zapytała Sha-uni, dotykając pojemników. Nan-ku stanął zaraz za nią, tak że ich ciała się dotykały.
– Spróbuj tego – powiedział, wydobywczy okrągły, wąski pojemnik, na którym odwzorowano owoce. – To jogurt, jest słodki.
– Czy my wam przeszkadzamy? – W prześwicie drzwi do zbrojowni pojawił się korpulentny Yautjańczyk. Gavo zareagował natychmiast, podszedłszy do niego, ujął go pod ramię i poprowadził do wyjścia. Po drodze, gdy mijali jego obstawę, powiedział:
– Nie sądzę, by to było nam na razie potrzebne. – Wskazał broń. – Postaram się porozmawiać z nim i przekonać go, że musi podać się badaniom.
Yautjańczyk skrzywił się.
– Załatwię wam kwatery.
– Trzy wystarczą, Oomańska samica może mieszkać ze mną.
Funai skrzywił się jeszcze bardziej.
– Muszę was zameldować. W jakim... charakterze...
– Jako... Moją... – mlaskał niczym bezzębny staruszek. – Moje zwierzątko do towarzystwa.
– Ooman? Zwierzątkiem?
Gavo wzruszył ramionami.
– Jak chcesz – odparł Funai i odszedł.

środa, 29 lipca 2015

39. Wolf

Wolf szedł na cotygodniowe spotkanie w domu rodziny Doti, kartka z pijackimi bazgrołami Mu-shena, którą dostał od niej podczas ostatniej wizyty, nie dawała mu spokoju. Jeszcze większy niepokój budziło w nim odkrycie braku raportów, które przecież czytał i po części sam sporządzał. To oznaczało, że w wydziale byli Yautja, którzy stanowili potencjalne zagrożenie. Wolf nie był przekupny, wierzył w prawo, wierzył w jego słuszność i w to, że każdy, bez względu na kastę, musi go przestrzegać. Co prawda kary były różne i uwarunkowane stanem z jakiego wywodził się sądzony, ale w przekonaniu Wolfa były sprawiedliwe i słuszne.

W bramie, jak zwykle, przywitał go ojciec dziewczyny, Wolf minął go i podążył do dobrze mu już znanego pokoju. Kilkakrotnie myślał o zmianie miejsca spotkań, ale za każdym razem dochodził do wniosku, że o wiele prościej będzie się wytłumaczyć z takich wizyt niż z potajemnych schadzek gdzieś poza miastem. Poza tym w takich okolicznościach reputacja Doti nie cierpiała, a gdyby do uszu jej pracodawcy dotarło, że szef tajnych służb odwiedza jej rodzinny dom, wystarczyło wyjaśnić, że stara się o jej rękę. Ojciec dziewczyny jak zwykle zaproponował mu kieliszek owocowego wina, a on jak zwykle nie odmówił. Mężczyzna usiadł na przeciw niego i z nieukrywaną dumą opowiadał o osiągnięciach swojego syna w akademii. Wolf słuchał w milczeniu, z grzeczności nie przerywał i nie okazywał znudzenia, chociaż to nie były sprawy, które go tu sprowadziły. Pół godziny po wyznaczonym czasie do pomieszczenia, w którym przebywali dawaj mężczyźni, wpadła zdyszana i przemoczona dziewczyna, na policzkach wykwitły jej rumieńce, a mokra od deszczu sukienka przykleiła się do ciała. Roześmiana podeszła do ojca by go uścisnąć, Mężczyzna nie krył radości z powodu spotkania.
— Na wszystkich łaskawych bogów, całkiem przemokłaś! — zawołał do córki. — Powiem twojej matce, żeby dała ci jakieś suche odzienie — dodał i wyszedł.
Doti, wciąż się śmiejąc, zajęła miejsce, na którym przed chwilą siedział jej ojciec, a dostrzegłszy sposób, w jaki patrzy na nią Wolf rzekła: — Padać zaczęło kiedy byłam w połowie drogi, wiec resztę pokonałam, biegnąc, stąd mój straszny wygląd.
Ale Wolf, słuchając jej wyjaśnień, złapał się na tym, że przez tę krótką chwilę robił coś, na co wcześniej się nie poważył — podziwiał jej urodę. Doti zauważyła, że z jej gościem jest coś nie tak, bo zapomniał ukryć przed nią twarz, jak zwykł to robić, więc wreszcie mogła przyjrzeć się tym sławnym bliznom. Nie były tak straszne, jak słyszała, choć szpeciły przystojną kiedyś twarz. Mężczyzna nagle podniósł się z miejsca i, zwróciwszy się do dziewczyny plecami, zapytał: — Masz coś dla mnie?
— Nie — odparła zgodnie z prawdą, bo pracodawca jej ciągle w wyborach brał udział, o których już mówiono, że do historii przejdą jako najdłuższe i najburzliwsze.
— Hm — burknął. — A jakieś plotki po domu krążą?
— Owszem, o tobie tylko. — Zerknął na nią z ukosa. — Ktoś widział, jak z mojego domu wychodzisz i teraz myślą, że mój ojciec popadł w konflikt z prawem. Nie wyprowadzałam ich z błędu.
— Ale trzeba będzie to zrobić. Wiesz, kto mnie widział?
— Podobno Mei-shen — odparła.
Wolf jednym haustem wypił nietknięte do tej pory wino. Doti pierwszy raz widziała, aby to zrobił. Zawsze po spotkaniu pełny kieliszek pozostawał w miejscu, w którym postawił go jej ojciec, a ona wypijała je, by nie czuł się urażony tym, że gość nie skosztował nawet trunku. Teraz Wolf odstawił puste naczynie na biurko i podszedł do miejsca, w którym siedziała. Dziwnie się czuła, gdy tak stał nad nią i tasował ją wzrokiem, a jeszcze dziwniej się poczuła, kiedy przykucnął tuż obok i położył obie dłonie na podłokietnikach fotela. Gdyby chciała wstać, trafiłaby wprost w jego ramiona.
— To ten, który się tobą interesuje? — zapytał, chociaż doskonale wiedział, że tak było. Doti przytaknęła ruchem głowy. — Więc nie ma sensu zaprzeczyć i pakować twojego ojca tarapaty

Zamyślił się, podczas tej krótkiej chwili dziewczyna mogła dobrze mu się przyjrzeć – nie tylko na twarzy miał blizny, jego dłonie też pokrywały szramy świadczące o bojowym doświadczeniu tego wojownika. Doti podejrzewała, że pokrywają one również resztę ciała, ale Wolf nosił mundur, który szczelnie go okrywał.
— Dziś wrócisz i będziesz w nie najlepszym humorze, a jeśli będą cię pytać, co się stało, powiesz, że to przeze mnie.
— Mam się przyznać, że się spotykamy? — zaskoczył ją ten pomysł, przecież do tej pory miała to być tajemnica.
— Masz udawać nieszczęśliwą.
— Dlaczego?
— Bo ojciec chce cię zmusić do ślubu ze mną, na co nie masz ochoty… Co zresztą nie mija się z prawdą — odparł i wstał. Dziewczyna milczała, zastanawiając się, czy kiedykolwiek dała mu odczuć, że nie zgadza się z wolą ojca. Nie chciała, żeby myślał o niej źle.
— Pomogłeś mojej rodzinie — zaczęła — i...
— I twój ojciec sądzi, że ma wobec mnie dług, tak, wiem — przerwał jej, jakby wiedział, co ma do powiedzenia.
— Bo ma...
— Doti, jeśli honor twój nie ucierpi w domu Mu-shena i znajdziesz sobie lepszego kandydata niż ja, to będziesz mogła odejść. — Znowu na nią nie patrzył. — Obiecałem twemu ojcu, ze się tobą zajmę, bo wiem, co może cię tam spotkać.
— Radzę sobie — odparła zadziornie dziewczyna, choć w pamięci miała sytuację w łaźni i wiedziała, że tylko dzięki interwencji syna Mu-shena nie stała się wtedy ofiarą. — Chociaż... — dodała już mniej pewnie —  przydałoby się parę ciosów do samoobrony.
Wolf spojrzał na nią zaciekawiony.
— Chcesz, żebym ci pokazał, jak się bronić? — zapytał.
— Jeśli możesz — przytaknęła.


Wracając z rodzinnego domu, Doti zastanawiała się, czy decyzja Wolfa była słuszna. Na początku przecież przestrzegał ją przed radnym Mu-shenem, mówił, że niebezpieczny to osobnik i ona w to wierzyła. Idąc, starała się wprawić w ponury nastrój, ale nie szło jej to najlepiej. Strach przed szefem tajnej policji minął już dawno i teraz dziewczyna zastanawiała się, jak mógł ją wcześniej aż tak przerażać. Na każde spotkanie szła ze ściśniętym żołądkiem i niepokojem w sercu, teraz to było coś innego, coś, czego nie potrafiła jeszcze nazwać.

W domu, bez Mu-shena, panował wyjątkowy spokój. Cicho przemknęła się do pokoiku na tyłach, tu mieszkali zatrudniani przez rodzinę Shen Yautjańczycy. Otworzyła drzwi i zamarła z zaskoczenia – na jej wąskim, jednoosobowym łóżku siedział Mei-shen i przeglądał coś w swoim podręcznym komputerze.
— Co tu robisz? — zapytała stanowczo dziewczyna, dobrze pamiętała, że przed wyjściem zabezpieczyła drzwi cyfrowym kodem. Mei-shen musiał go złamać.
— Czekam na ciebie — odparł, wstając. Doti uśmiechnęła się, próbując ukryć zaskoczenie.
— Dlaczego? Czyżbyśmy się umawiali?
— Nie, skądże. Ale martwię się o ciebie. Sama po nocy chodzisz, dom twojego jest daleko. Nie chciałbym, żeby ci się krzywda jaka stała.
— Nie musisz się martwić, Yaut to najbezpieczniejsze miasto na planecie — odparła, odsuwając się, by zrobić mu w przejściu miejsce.
— A kto tak mówi? Wolf-kan?
Doti zamarła na chwilę, ton głosu Mei-shena przesiąknięty był drwiną. Nie wiedziała, co odpowiedzieć, prawda go zaboli, a on zawsze był dla niej miły.




Wiadomość, że po długich obradach wybrano w końcu przewodniczącego nie była jakimś wielkim zaskoczeniem dla Wolfa, chociaż fakt, że został nim Mu-shen budziła w nim pewne podejrzenia. Znał przedstawicieli Rady i uważał, że pośród nich znajdują się Wojownicy o większym dorobku, doświadczeniu i prawie do tego tytułu. Dziwił się, że Yautjańczycy ci tak łatwo oddali przywództwo.
Ostatni raz omiótł wzrokiem swoje biuro i już miał wychodzić, gdy komputer zasygnalizował nadejście wiadomości. Ku zdziwieniu Wolfa była to tradycyjna forma pisana nie zaś holograficzny przekaz bądź połączenie na żywo. Yautjańczyk odczytał jaj treść, Lin-kar wrócił na Yautjal, chciał się z nim pilnie i w tajemnicy spotkać, wyznaczył nawet termin i miejsce – dom rodu Kar, porzucony od śmierci ojca Lin‑kara.
Wolf przez całą drogę do siedziby Rady zastanawiał się, co takiego znowu napędza jego siostrzeńca. Lin‑kar przez całe dzieciństwo podzielony był pomiędzy tym, w co wierzył jego ojciec i tym, czego po jego śmierci uczyła go matka, a do tego jako młodzian był narwany, o czym świadczą chociażby wydarzenia Tel'ham-ar.
Wizyta w Radzie na szczęście nie przyciągnęła się, nikt nie oponował przeciwko wnioskom o aresztowania i nakazy zostały asygnowane znakami wszystkich radnych, wiec Wolf opuścił salę z zamiarem jak najszybszego udania się na miejsce wyznaczonej wizyty. Tuż za drzwiami drogę zastąpił mu jeden z synów Mu-shena, Wolf znał go z widzenia, ale nie mógł sobie teraz przypomnieć imienia.
— Wiem, że to nie jest sprawa dla kogoś na pańskim stanowisku, ale gdybyś mógł, panie, pogonić nieco Rozjemców z miejskiego wydziału... — zaczął rozmowę syn Mu-shena, Wolf nie miał pojęcia, czego ten młodzik od niego chce.
— Nie mam wpływu na ich pracę —  odparł szybko, chcąc pozbyć się natręta i już ruszył do wyjścia, gdy tamten dodał:
— Myślałem, że wszystkim nam, a panu szczególnie, zależy na odnalezieniu Doti, ale jak widzę, pomyliłem się!
Wolf zatrzymał się tak gwałtownie, jakby na jego drodze nagle wyrosła niewidzialna ściana. Odwróciwszy się, chciał zadać pytanie, ale wyraz jego twarzy sprawił, że odpowiedź padła nim zdarzył je wypowiedzieć.
— Tak, zaginęła, parę dni temu, prawdopodobnie w drodze powrotnej z domu rodzinnego. Sądziłem, że pana poinformowano, lecz jak widzę, wiadomość ta do pana nie dotarła. — Podszedł bliżej, by zajrzeć w białe, cybernetyczne oko Wolfa. — Obawiam się, że sama mogła sobie coś zrobić, była nieszczęśliwa, opowiadała, że ojciec zmusza ją do zamążpójścia wbrew jej woli, ale o tym pan chyba wie — dokończył i odszedł bez słowa pożegnania. Wolf rozglądał się po korytarzu, to musiała być prowokacja, nie wierzył, że dziewczyna zaginęła, przecież gdyby tak było, jej ojciec już by go poinformował. Szybkim krokiem opuścił siedzibę Rady, przed wejściem wezwał służbowy pojazd, rzadko z niego korzystał, ale chciał się jak najszybciej dostać na przedmieścia. Musiał się upewnić, że słowa tego „szczyla” są prawdą.
Pojazd sterowany automatycznie lekko unosząc się nad powierzchnią drogi pojawił się obok prawie bezgłośnie. Wolf wsiadł do niego i wprowadził koordynaty, pojazd ruszył, sunął lekko i bez wstrząsów, prawie nie odczuwało się prędkości, tylko przy zakrętach siła odśrodkowa poddawała ciało niewielkiemu przeciążeniu. Komputer naramienny zasygnalizował nadejście wiadomości, Lin-kar go ponaglał, pisał, że to sprawa życia i śmierci tysięcy Yautjańczyków i że natychmiast muszą się spotkać. Wolf warknął wściekłe, musiał zdecydować, co jest ważniejsze, wybrał Lin-kara.

Sporą posiadłość rodu Kar w znacznej mierze porastał bujny las i Wolf z trudem znalazł miejsce, by wylądować i nie uszkodzić przy tym niewielkiego statku, do którego musiał się przesiąść. Lawirując miedzy wierzchołkami drzew, posadził w końcu maszynę na ziemi. W duchu żywił nadzieję, że sprawa jest tak pilna, jak opisywał ją Lin-kar, bo poczucie obowiązku wzywało go w tej chwili do innej sprawy. Opuściwszy statek, obszedł go jeszcze dookoła, chciał sprawdzić, czy niczego nie uszkodził, ale poza pnączami brutalnie zerwanymi płozami lądowniczymi z czubka jednego z drzew wszystko było całe. Ruszył więc w głąb lasu, rośliny broniły dostępu do dawno przez siebie zajętej budowli, lecz ustępowały przed chirurgicznie ostrą maczetą Wolfa.



Dom był zrujnowany, ale czy po tylu latach mogło być inaczej? Rośliny zajęły każde możliwe do zasiedlenia miejsce, wystarczyło im niewielkie zagłębienie wypełnione pyłem naniesionym przez wiatr i deszcz, by zapuścił korzenie. Budynek wyglądał jak porośnięte wzniesienie. Freja przyglądała się marsowemu obliczu Lin-kara i zastanawiała się, co go tak smuci. Nie chciał jej powiedzieć dokąd lecą, ani po co i dlaczego Mu budzi w nim jedynie złość.
— On jest już zmęczony — szepnęła, kładąc dłoń na ramieniu Lin-kara. — Możemy odpocząć?
 Statek zostawili daleko, a wędrówka przez tak trudny teren dla kogoś, kto długo przebywał w zamknięciu, była ponad siły.
— Zaraz odpoczniecie — odpowiedział, nie odrywając wzroku od kaskady liści malowniczo zwieszającej się zaledwie kilka kroków przed nim. Za zieloną zasłoną znajdowało się wejście do budynku. Lin-kar przeszedł przez nią i odblokował drzwi, otworzyły się jak na statku, wsuwając się w ścianę po prawej stronie. Lin-kar zapomniał już, że budynek był inteligentny i reagował na obecność mieszkańców, nawet obecnie to była czysta ekstrawagancja. Przekroczył próg, kobieta podążyła za nim, na końcu człapał Mu. Nagle w ich kierunku wystrzelił snop oślepiającego światła, a po nim rozległ się bezpłciowy, mechaniczny głos: — Witaj paniczu Lin, czy mam aktywować wszystkie systemy?
Freja doskoczyła do Mu, jakby chciała zasłonić go własnym ciałem, Lin-kar nawet na nich nie spojrzał.
— Nie — odpowiedział — aktywuj tylko czujniki na zewnątrz i powiadom mnie, jeśli ktoś się zbliży do domu. I włącz oświetlenie.
— Jakie natężenie?
— Trzydzieści procent wystarczy.
Pomieszczenie rozjaśniło się nieznacznie. Przed chwilą Freja myślała, że znajdują się w jakimś małym i ciasnym pomieszczeniu, które po zapaleniu świateł okazało się sporym, całkowicie przeźroczystym pudełkiem w jeszcze większym pomieszczeniu.
— Czy to śluza powietrzna? — zapytała, przyglądając się otaczającym ich ścianom.
— Może pełnić taką funkcję, ale jest to głównie gródź ochronna, przejdą przez nią jedynie mieszkańcy — odpowiedział Lin-kar, po czym dodał znacznie głośniej: —  Nadaj moim towarzyszom status gości.
Przez chwilę panowała cisza przerywana jedynie co jakiś czas niskim buczeniem, po czym krótkie kliknięcie uruchomiło również przezroczyste drzwi przed nimi.
— A co by było, gdybyś nie nadał nam statusu? Komputer nie wpuściłby nas do środka? — zapytała kobieta, wychodzącego już z grodzi Lin-kara. On jakby nie usłyszał jej pytania.
— Nie — odpowiedz nadeszła zza jej pleców. — Tu skończyłaby się twoja wizyta i życie. Gródź ma za zadanie zabić każdego intruza, a status gości daje nam możliwość poruszania się po wszystkich pomieszczeniach, do których on… — Mu wskazał głową Lin-kara — zechce nas wpuścić.
— Chodźcie! — ponaglił ich głos spoza grodzi, ruszyli już mniej pewnie, zwłaszcza Freja czuła się wyjątkowo nieswojo, myśl, że każdy jej krok i każdy oddech jest kontrolowany przez bezduszną maszynę nie napawał jej radością.
— Idź —  powiedział Mu, widząc, że kobieta się ociąga. — Poza grodzią zabić cię może tylko on.
— Nazywa się Lin-kar — odparła. Mu dawno nie był taki rozmowny.
— To bez znaczenia, zabije nas jeśli zajdzie taka potrzeba, wierz mi.
Freja potrząsnęła głową, odwróciła się od swojego rozmówcy i przeszukała wzrokiem pomieszczenie, lecz nigdzie nie dostrzegła Lin-kara. Po prawej punktowe oświetlenie rozbłysło nieco mocniejszym światłem, jakby zapraszając gości do spoczynku na długich szezlongach. Mu poszedł w ich stronę, doskonale znał funkcjonowanie takiego budynku, wychował się w podobnym. Freja nie zamierzała odpoczywać, ruszyła za Lin-karem. Drzwi same się przed nią otwierały, z pierwszego pomieszczenia przechodziło się na korytarz, a z niego do mniejszych pomieszczeń, wszystkie wyglądały jak cele pielgrzymów – tak przynajmniej kojarzyły się kobiecie. Zaglądnęła do każdej, ale nigdzie nie znalazła Lin-kara, wróciła wiec do Mu, który leżał na szezlongu i wpatrywał się w sufit.
— Tam go nie znajdziesz — powiedział do Freii, gdy ta usiadła obok. — To część gościnna, a do prywatnej pewnie nie masz dostępu, musisz zaczekać, aż wróci
Kobieta westchnęła, Mu był więźniem odkąd pamiętała, a i tak o świecie wiedział więcej niż ona. Podczas ucieczki z Olteranu i podróży tutaj widziała, jak stopniowo wraca do niego życie, wyglądał znacznie lepiej niż w dniu, w którym go uwolnili, ale wciąż nie odzyskał pełni sił. Nagle w pomieszczeniu pojawił się Lin-kar, wyszedł z drzwi, których istnienia Freja nigdy by się nie domyśliła, przeszedł po kamiennej polerowanej posadzce prosto do grodzi.
— Wpuść go — wydał rozkaz. Drzwi się otworzyły i do grodzi wszedł szczupły Yautjańczyk. Nie musiał czekać długo, by przejrzeć dalej, Lin-kar ruchem głowy wskazał mu siedzących, Wolf podszedł do nich, w milczeniu przyjrzał się obojgu, marszcząc przy tym brwi, po czym odwrócił się i nadal milcząc, poszedł za Lin-karem. Wyszli tymi samymi drzwiami, którymi przed chwilą wszedł ostatni potomek rodu Kar.

— Mogę cię poczęstować wodą, tylko to nadaje się tu do spożycia — zaproponował Lin-kar, gdy znaleźli się w prywatnym salonie w części rodzinnej budynku. Wolf, siedząc we wskazanym przez Lin-kara miejscu, nabrał powietrza w płuca i głośno wypuścił je z powrotem.
— Budynek nadal świetnie funkcjonuje, nie zarządziłeś oczyszczania zewnętrznych ścian? — zapytał ni z tego ni z owego, wywołując nie małe zdziwienie swojego rozmówcy.
— Wolf, na Cetanu, przyjechałeś gadać o konstrukcji mojego domu? Widziałeś go. Nic nie powiesz?
Szef Tajnej Policji mierzył przez chwilę wzrokiem swojego dawnego ucznia, nie chciał po sobie pokazać, że w istocie widok ten i na nim wywarł ogromne wrażanie. Pamiętał przecież sprawę zaginięcia młodego Mu-shena i jego cudowne odnalezienie po latach.
— To, że jest podobny do Mu-shena... — zaczął ostrożnie.
— To jest Mu-shen! — przerwał mu Lin-kar, który już nie mógł znieść spokoju i braku emocji, jakimi wykazywał się jego wuj. — Ten prawdziwy, a przynajmniej wiele na to wskazuje, tylko nie wiem, jak to możliwe? — dokończył zrezygnowany, jakby fakt niewiedzy odbierał mu siłę.
Ale Wolf wiedział „jak”, nie chciał jednak na ten temat dyskutować, jeszcze nie teraz, wolał mieć dowody w postaci zeznań Yautjańczyka siedzącego w gościnnym salonie.
— Gdzie go znalazłeś? — zapytał.
— Na Olteranie.
— To nie dobre miejsce na wakacje.
— Żartujesz!? Zresztą nie ważne, musimy sprawdzić, czy faktycznie jest tym, na kogo wygląda i za kogo się podaje.
Wolf zerknął na swój komputer, wzywali go do biura.
— Pobiorę tkankę do badania i zlecę analizę — powiedział. — A na razie się z tym nie wychylaj. Mu-shen prawdziwy czy nie został przewodniczącym Rady, musimy działać ostrożnie. Nie potrzebujemy drugiego Tel'ham-ar. Nie działaj sam, już raz to zrobiłeś, chociaż prosiłem, żebyś się wstrzymał. Nie wszystko jest tym, czym się wydaje.
Lin-kar wiedział o tym doskonale, od lat ponosił konsekwencje swojego działania, chciał być bohaterem, a stał się wyrzutkiem.
— Nie mogę tu z nim zostać, mam sprawę do załatwienia. Przywiozłem go, bo tam nie był bezpieczny, a może się jeszcze przydać — odparł Lin-kar, nie chcąc kontynuować tematu o swym niechlubnym udziale w masakrze współpracowników Ten-ku.
— Znowu działasz na własną rękę. Niczego się w przeszłości nie nauczyłeś?
— Tę sprawę muszę załatwić sam, to bardziej skomplikowane niż myślisz.
— A może po prostu sam to komplikujesz? Powiedz mi wreszcie, co się tam stało? To może będę mógł ci pomóc — zaproponował Wolf zupełnie poważnie, miał poczucie, że nie zajął się siostrzeńcem dostatecznie dobrze, skoro Lin-kar wpakował się w coś, o czym nie chciał mówić.
— Wystarczy, że zajmiesz się sprawdzeniem tożsamości mojego gościa i mówisz mnie na spotkanie z matką — odparł Lin-kar, wstając. Nie zaczekał na Wolfa, po prostu poszedł gdzieś w głąb budynku. Pozostawiony samemu sobie szef Tajnej Policji siedział jeszcze przez chwilę na swoim miejscu, po czym udał się do rodzinnego grobowca rodu Kar. Ojciec Lin-kara po wybudowaniu tego domu przeniósł szczątki przodków do specjalnie przygotowanej w tym celu części budynku. Jak w całej budowli, tak i tu, podłogę wyłożono szlifowanym czarnym kamieniem, Wolf spojrzał na swoje odbicie i uśmiechnął się krzywo, postąpił krok, deptał samego siebie. Na środku pomieszczenia znajdował się matowo czarny ołtarzyk, na którym członkowie rodziny mogli składać dary przodkom, prosząc ich o ochronę lub cokolwiek innego. Darem było przeważnie jedzenie. Wolf podszedł do ołtarzyka, znajdował się na nim mały display przy pomocy którego, można było korzystać z informacji o przodkach zgromadzonych na dysku wewnętrznym. Wolf przywołał obraz ojca Lin-kara. Z sufitu przed nim snop światła jak rzutnik wyświetlił obraz na przezroczystej tafli znajdującej się za ołtarzykiem. W tej chwili spoglądał na niego wiekowy Yautjańczyk, Lin-kar był trochę do niego podobny, ale miał też sporo z matki, zwłaszcza to chłodne, smutne spojrzenie. Spojrzenie kogoś, kto poświęcił wszystko dla wyższego celu, ale nie odnalazł w tym spełnienia, lecz tylko przykry obowiązek.


~*~

— Proszę cię tylko, żebyś się zajął jego szkoleniem — Daja chodziła po pomieszczeniu tam i z powrotem, jak gdyby nie mogła znaleźć sobie miejsca. — Nie zostanie tu długo, najwyżej połowę roku, aż rozwiążę sprawę z posiadłością po mężu.
Wolf stał do niej tyłem i przyglądał się chłopcu grzecznie siedzącemu w ogrodzie w miejscu, w którym usadowiła go matka.
— Zawsze jest taki spokojny ? — zapytał, przerywając żale, które wylewała na niego przyrodnia siostra. Po śmierci męża nie musiała już dłużej udawać, że toleruje jego drugą żonę i jej syna Ten-ku, więc zabrała małego Lin-kara i bez zapowiedzi zjawiła się u Wolfa. Daja zatrzymała się gwałtownie i, podszedłszy do okna przy którym stał Wolf, wyjrzała do ogrodu. Lin-kar nie zmienił pozycji.
— Przeważnie, chyba że bawi się z tym bękartem Ten-ku, który opowiada mu heretyckie historie o Shidzie...
— To jego dom, jego dziedzictwo — przerwał jej Wolf, jakby nie dotarły do niego jej ostatnie, przesiąknięte złością słowa. — Jest ostatnim ze starego rodu Kar, nie możesz ot tak kazać zburzyć budynek, w którym przyszedł na świat, tylko dlatego że nigdy nie pogodziłaś się z decyzją swojego męża o ponownym ożenku. Zresztą czego się spodziewałaś? Nie byłaś najlepszą żoną.
— I ty to mówisz? —  Daja wzburzyła się jeszcze bardziej. — Kto jak kto, ale ty nie powinieneś mi wytykać akurat tego. Ja wyszłam za Sek-kara, żeby móc go zinfiltrować, żeby dowiedzieć się, co knują Oświeceni, ty porzuciłeś ciężarną żonę i odesłałeś ją na planetę wyrzutków. Pomimo różnicy wieku, Wolf, i różnych matek, jesteśmy do siebie bardzo podobni.
Wolf patrzył teraz na nią i próbował znaleźć podobieństwo, o którym mówiła. W końcu odparł spokojnie, jak gdyby to była najnormalniejsza sprawa: — Nie ja skazałem ją na banicję. Zdradziła mnie, okryła hańbą i złamała prawo, kara była słuszna i adekwatna do winy! Ona sama wybrała swój los...
— I po tylu latach nadal uważasz, że na niego zasłużyła? I dziecko też? — jego siostra nie dawała za wygraną.
— Nie było moje! A o tobie też ptaszyny jeszcze nie śpiewały, więc nie masz o niczym pojęcia...
— Nie, nie było mnie, ale zastanawiam się, jaka była kobieta, która sprawiła, że stałeś się tym, kim jesteś.
Milczał, jakby nie miał już nic do powiedzenia, patrzył przed siebie i próbował przypomnieć sobie twarz żony. Kiedyś potrafił przywołać jej obraz na zawołanie, potem rysy przybladły i zamazały się, teraz...

~*~

Teraz już ich nie pamiętał. Twarz Sek-kara migotała z niewiarygodną częstotliwością, jakby coś zakłócało transmisję z rzutnika na taflę, może było tak w istocie? Może po latach bez konserwacji system nie działał już tak sprawnie jak niegdyś? Wolf zdjął jeden ozdoby pierścień z włosów i położył go na ołtarzu, matowa czerwień obelisku wręcz łapczywie pochłonęła szlachetny metal, rozbijając go na atomowy i wplatając je w strukturę własnych molekuł. Ofiara została przyjęta, Wolf wiedział, że było to tylko symboliczne, a do całego procesu przyczyniły się ultrananoboty, ale nie przeszkadzało mu to.
Daja od dawna nie pracowała w terenowej komórce Tajnej Policji, to znaczy od wypadu Lin-kara. Została wówczas zdemaskowana, jej poglądy wyszły na jaw i nie mogła już pełnić funkcji infiltratora, ówczesny szef Policji kazał jej się wycofać, zrobiła to, ale od tamtego czasu miała żal do syna, odcięła się od niego i nie przybyła nawet na proces, po którym Lin-kar opuścił Yautjal. Wolf wiedział, gdzie obecnie znajdowała się jego siostra, ale nie był pewien, czy będzie chciała rozmawiać z synem. 

czwartek, 25 grudnia 2014

35. Yu-shen

Yu-shen spędził z żoną noc w jaskini, wolałby zabrać ją na statek, ale wiązało się to z niebezpieczeństwem. Jeśli był śledzony, a takiej ewentualności nie mógł wykluczyć, nie po słowach garbatego, mógłby przysporzyć żonie tylko kłopotów. Dlatego siedział z nią na zimnej skale i próbował odbudować ich wzajemne relacje. Mirja miała do niego żal, tak mu się wydawało, i swą oziębłością, z pewnością, chciała go ukarać. Po przywitaniu nie pozwoliła mu się już dotknąć.
– Długo zamierzasz się dąsać? – zapytał z nadzieją w głosie.
– Aż podejmiesz jakąś sensowną decyzję, co do naszej dalszej przyszłości – odparła. Yu zerknął z ukosa na pochmurną twarz żony.
– Na razie musi zostać tak, jak jest.
– A ile ma trwać to twoje „na razie”?
– Do czasu aż załatwię sprawę z ojcem.
Mirja westchnęła i spojrzała na męża tymi swoimi dużymi, jasnożółtymi oczami.
– To może nigdy nie nastąpić. Nie masz żadnych sprzymierzeńców.
– Na razie nie mam – odparł Yu, myśląc o tym, jak przekonać sąsiada żony do współpracy.
– Chyba nie myślisz o Ung-sa? To, że zna kogoś, z kim twój ojciec jest w nie najlepszych stosunkach, nie oznacza, że jest w stanie pomóc ci w jakikolwiek sposób.
– Muszę spróbować, to nasza jedyna szansa, to jedyna szansa dla naszych synów. Muszę sprawić, by dał nam spokój, a to mogę osiągnąć jedynie wtedy, gdy będę miał na niego coś, co sprawi, że nie podejmie ryzyka zabicia was.
– Możesz nigdy czegoś takiego nie znaleźć.
– To co? Mamy się rozstać? Tego chcesz?! – Yu-shen poderwał się z miejsca i poszedł w kierunku wyjścia. Dobrze wiedział, jak grać na uczuciach żony. Mirja poczuła się winna, że zdenerwowała męża, nie chciała się rozstawać. Już i tak było jej ciężko, bo rzadko się widywali, nawet przed atakiem jego braci. Podeszła do niego i przytuliła się.
– Wiesz, że chcę być z tobą na zawsze. To ci przysięgałam. – Yu-shen spoglądał gdzieś przed siebie.
– Świta – stwierdził. – Powinnaś już iść.
– Ale...
Oswobodził się z jej uścisku.
– Przytul ode mnie chłopców – powiedział, odchodząc. Mirja przyglądała się, jak znika między drzewami i strasznie żałowała, że nie może iść tam, gdzie on, bo właśnie uzmysłowiła sobie, że wolałby podjąć takie ryzyko, niż żyć samotnie.

Yu-shen nie obejrzał się ani razu, tak było prościej, tę walkę musiał stoczyć sam. Był zdeterminowany, bo miał jasny i prosty cel. Po deszczu wraz ze wschodem słońca poczęły unosić się mgły, powietrze było chłodne i rześkie, co sprawiało, że syn Mu-shena poczuł w sobie wyjątkowy zapał do działania. Wrócił do Tohi tą samą drogą, którą szedł na spotkanie z żoną. Znał to miasteczko na tyle dobrze by wiedzieć, jak się po nim poruszać. Zapukał cicho w okno sąsiada żony. Nie od razu pojawiła się w nim znajoma twarz.
– Aaa, to tyy – sapnął Ung-sa. – Czeego chcesz?
– Twojej pomocy.
– Poomogłem ci przeecież, nic więcej nie moogę dla ciebie zroobić. Odejdź.
– Pomogłeś mojej żonie.
Ung-sa parsknął, zadziwiał go tok rozumowania młodego członka klanu Shen.
– Faakt, ale to tak, jaak bym pomógł toobie.
– Muszę odnaleźć siostrę.
– Aa co mnie to oobchodzi?
– Mam prawo myśleć, że z jej zniknięciem ma coś wspólnego ten cały Lin-kar i jego syn.
Ung-sa zacisnął szczęki i mierzył wzrokiem swojego rozmówcę. Zastanawiał się, ile jeszcze wie ten mężczyzna i co z tą wiedzą może zrobić. Nie chciał zaszkodzić Lin-karowi, wahał się.
– Chcę z nim tylko porozmawiać – dodał Yu-shen.
Ung-sa odsunął się od okna.
– Wejdź – powiedział.

Chwilę później siedzieli na materacach rozłożonych na podłodze, Ung-sa mieszkał w wyjątkowo spartańskich warunkach. Yu-shen rozglądał się zaskoczony faktem, że można tak żyć.
– Wieem tylko, że Lin-kar udał się na plaanetę wygnańców i z caałą pewnością twoojej siostry z nim nie byyło.
– Nie twierdziłem, że...
– Aale mówił mi, że szuuka... syna. Zdaje się, że chłoopak poznał twoją sioostrę na wyprawie i chyba...
– Jest w ciąży, więc...
– Co?! – Ung-sa poderwał się z miejsca, obalił Yu-shena i dociskając ramieniem jego szyję do materaca, począł go dusić. – Tylko mi nie mów, że z synem Lin-kara?!
Yu-shen charczał, nagle Ung-sa opanował się i usiadł obok syna Mu-shena.
– Wyybacz – wycedził znacznie spokojniej.
Yu-shen odsunął się na drugi koniec swojego materaca, wolał zachować w miarę bezpieczną odległość. Ung-sa marudził coś cicho sam do siebie, Lin-kar nie zostawił mu namiarów, a on nigdy na Olteranie nie był i się tam nie wybierał, obawiał się tego miejsca i jego mieszkańców.
– Ty coś wiesz?...
Ung-sa zaprzeczył ruchem głowy.
– Tak. I ja chcę wiedzieć co. Dlaczego tak zareagowałeś na wieść o ciąży mojej siostry? Dlaczego to takie ważne, kto jest ojcem dziecka?
– Nic nie wiem – burknął Ung-sa, wstając. – Idź już. – Wskazał drzwi.
Yu-shen podniósł się, postąpił krok do wyjścia, po czym odwróciwszy się, przemówił.
– To ma coś wspólnego z moim ojcem? Coś go łączy z Lin-karem i jego synem? Jakaś wspólna sprawa z przeszłości? Coś, co sprawia, że mój ojciec chce zniszczyć Lin-kara za wszelką cenę, nawet za cenę życia własnych dzieci. Powiedź mi, do cholery! Mam chyba prawo wiedzieć, dlaczego moi synowie omal nie przypłacili życiem jego szaleństwa!
– Myyślisz, że ta wiedza ci poomoże? Oona może cię tyylko zniszczyć! Przekroczysz graanicę, za którą już nie ma oodwrotu.
– Nie przesadzaj, to nie może być aż tak straszne. Już i tak stoję na krawędzi, albo mi pomożesz, albo powiem ojcu, czego się tu dziś dowiedziałem. – Zacisnął dłoń na rękojeści noża. Ung-sa zlustrował postać syna Mu-shena i zrozumiał, że może zginąć na pięć różnych sposobów, a nóż był tylko jedną z opcji. Odetchnął głęboko, od czasu Tel'ham-ar był pacyfistą, nie nosił broni i nie popierał zabijania.
– Staawiasz mnie w truudnej sytuacji.
– Raczej w sytuacji bez wyjścia.
– Zawsze moogę dać się zaabić – odparł Ung-sa, ponownie siadając na materacu i, sięgnąwszy po kawałek pieczywa, które nie wyglądało na świeże, włożył je do ust.
– Nie wydaje mi się, żebyś chciał umrzeć, na to zawsze będziesz miał czas, chociaż zważywszy na warunki, w których mieszkasz i styl życia, który prowadzisz, nie będzie to chwalebna śmierć. Raczej w samotności i zapomnieniu. Ja oferuję ci jakiś sens, bo widzę, że go straciłeś. Możesz  coś zrobić, możesz pomóc nie tylko mnie i Mirii, ale również swojemu kompanowi, wystarczy, że dźwigniesz tyłek z tego zarobaczywionego materaca i pójdziesz ze mną.
Ung-sa milczał, dawno nie opuszczał swojego domu i odwykł od podróży, wolał grzebać się w swoich archiwach, czytać je, analizować treści, wyciągać wnioski.
– Chceesz lecieć zaa nim na Styks? W tym wdziaanku paniczyka z doobrego domu i znakiem Muu-shena na hełmie? Zapakują ci oostrza pod żebra szybciej nniż ja zakłaadam gacie.
Yu skrzywił się, nie pomyślał o tym, że może zostać rozpoznany i że sława, choć to chyba nie jest dobre słowo, jego ojca sięga tak daleko.
– Co więc proponujesz?

Ung-sa grzebał na półkach kuchennych regałów, przewalał stosy papierów i dysków, które sypały się na podłogę niczym lawina na stoku góry. Yu zaskoczył fakt, że w takim miejscu można trzymać ważne dokumenty, zastanawiał się, gdzie ten mężczyzna przechowuje żywność, w wannie? Wszędzie panował nieład i aż strach było czegokolwiek dotknąć.
– Wiem, że gdzieeś to miałem... Wiesz, daawno tego niee używałem, kupiłem too kiedyś od jeednego handlaarza, cwany gość, przydało mi się paarę razy... – Zaprzestał grzebania i wpatrzył się w sufit.
Yu-shen zupełnie nie miał pojęcia, o czym mówi ten Yautjańczyk, tymczasem Ung-sa powrócił do przeszukiwania najniższych półek regału.
– Mam! – wykrzyknął nagle, sprawiając, że Yu jednym susem znalazł się obok niego. Przygarbiony Yautjańczyk wydobył skrzynkę, zdmuchnął z niej kurz, a potem postawił ją na kuchennym blacie.
– Muszę się tyylko podłączyć doo sieci.
Yu milczał, patrząc na niego wymownie.
– Tu nie moogę, nie mam punktu doostępu.
– Ja mam, na statku.
– Nie, niee będziemy taak ryzykować.

Ung-sa kazał mu zostawić zbroję i założyć jakieś stare łychy: rozciągniętą tunikę i za szerokie spodnie. Yu przymocował jeden nóż na łydce i zakrył go nogawką, a drugi umieścił za paskiem podtrzymującym spodnie. Czuł się wręcz nagi bez swojego pancerza i całego osprzętu.
– Czy to na prawdę konieczne? – zapytał przyglądającemu się mu Ung-sę.
– Nie – odparł tamten. – Ale spraawia mi przyjemność paatrzenie, jak się meęczysz.
Yu-shen zmarszczył brwi.
– Cooś jeszcze – dodał Ung-sa – i beędzie bolało.
Mężczyzna wygrzebał z górnej półki wielofunkcyjny klucz, otworzył potrzebną mu końcówkę, po czym, podgrzawszy go nad palnikiem, odwrócił się do Yu.
– Uusiądź – polecił mu.
Syn Mu-shena podstawił sobie stołek.
– Co chcesz zrobić?
– Aa jak myślisz? Muuszę zmodyfikować troochę twój roodowy znak.
Yu poderwał się z miejsca.
– Oszalałeś! Nie dam bezcześcić honoru rodziny.
Ung-sa spoglądał na niego z politowaniem, w dłoni trzymał rozżarzone  narzędzie. Yu  fuknął zrezygnowany, taka hańba, jak on się matce na oczy pokaże?  Garbaty sąsiad żony ponaglił go warknięciem, Yu-shen sceptycznie spojrzał na na rozgrzany do czerwoności przyrząd, jakoś nie za bardzo ufał temu Yautjańczykowi, nie na tyle by poddać się jego działaniu.
– Sam to zrobię. – Odebrał od Ung-sa narzędzie i wypalił sobie dwa punkty, jeden obok drugiego, tuż nad znakiem rodu Shen. Syknął przy tym, bardziej z wściekłości niż z bólu. Ung-sa z zadowoleniem ocenił dzieło.
– Na razie musisz czyymś to zasłonić – stwierdził, rozglądając się już za odpowiednią rzeczą.
– Oo, to będzie doobre. – Przyniósł chustę pomalowaną we wściekle kolorowe kwiaty.
Yu skrzywił się jeszcze bardziej.
– Żartujesz, prawda?

Wyszli, Ung-sa człapał przodem, za nim ciągnął się Yu. W burej tunice i spodniach,  z kolorową chustą przewiązaną przez czoło, wyglądał marnie. A przynajmniej tak o sobie myślał. Ung-sa kazał mu zdjąć nawet najskromniejszy pierścień z włosów i poza skórzanymi opaskami na przedramionach nic mu ze szlachetnego wyglądu nie zostało.
– Jaki ty masz w ogóle plan? – zapytał syn Mu-shena.
Un-ga zatrzymał się.
– Naajpierw za pomocą teego... – Wskazał skrzynkę. – Naadamy ci nową, loosową, ale zgodną z kryyteriami, toożsamość w sieci, potem przeproogramujemy twój czip, po to byyś mógł opuścić Yautjal beez wzbudzania podejrzeń.
– Jeżeli zmienisz mi tożsamość nie będę mógł pobierać środków z konta, jak chcesz wynająć statek?
– Aa kto mówił, żee będziemy cooś wynajmować?
– To jak chcesz się dostać na Styks?
– Too proste, zaabijemy kogoś w bóójce i nas deeportują.
– Odbiło ci? Nie zamierzam nikogo mordować!
– Aalbo zatrudnimy się w naajbliższej Styksowi koopalni helu dwa, Wyygnańcy na pewno taam przylatują poo ten pierwiastek, aa potem polecimy z niimi.
– Albo... – zaproponował Yu –  naruszysz trochę swój skromny budżet i sam wynajmiesz statek.
– Tak... to też jest rozwiązanie.

Nieznośnie długo trwały obrady i wybory nowego Przewodniczącego Rady Starszych. Chętnych było znacznie więcej, niż Mu-shen mógł przypuszczać, a Lamia, kobieta, która z jego polecenia i protekcji weszła do Rady, głosowała przeciw niemu. Wściekły jak sto Ksenów poprosił o przerwę, był już zmęczony. Wzrokiem płonącym ze złości powiódł po sali i zatrzymał go na Lamii, która nie zważając na niego, łagodnie przyjmowała nachalne zaloty innego. Obrady trwały już nieprzerwanie od czterdziestu yautjańskich godzin i wszyscy mieli dość. Wiceprzewodniczący, prowadzący obecne zgromadzenie, z ulgą ogłosił przerwę. Sala zebrań szybko opustoszała; Radni udawali się do swoich kwater, nie mogli opuścić gmachu, aż do uzyskania jednomyślności.
Mu-shen zerwał się ze swojego miejsca, chciał cichaczem podążyć za Lamią odprowadzaną przez namolnego adoratora. Szedł za nimi krok w krok i z bezpiecznej odległości obserwował, jak Nodu odprowadził Radną do jej kwatery, kilkakrotnie ukłonił się, szepnął coś do niej, a potem oddalił się. Lamia stała w drzwiach, spoglądając za nim. Mu-shen dopadł ją i brutalnie wepchnął do pomieszczenia.
– Jak śmiesz stawać przeciwko mnie!? – rozpoczął swoją słowną tyralierę, plując śliną.
Kobieta wyszarpała ramię z jego uścisku, podeszła do biurka, które stało pod trójkątnym oknem i nacisnęła przycisk wzywający obsługę, a potem odwróciła się w stronę mężczyzny.
– Jesteś głodny? Bo ja bardzo. Co ci zamówić? – spytała łagodnym głosem.
Mu-shen skrzywił się, jego twarz przybrała szpetny wygląd.
– Kobieto, w co ty ze mną pogrywasz?! – wrzasnął.
– W nic, jesteś zbyt pewny siebie. Nie dostrzegasz potrzeb innych...
– Ja nie dostrzegam...?
– Nie przerywaj mi! Jesteś taki pewien swego, pewien tego, że należy ci się przywództwo, że jesteś jedynym godnym tego stanowiska... To okropne. Co w ciebie wstąpiło?
– Myślałem, że stoisz po mojej stronie.
– Bo tak jest.
– Więc czemu głosujesz przeciw mnie? Czemu pozwalasz temu... temu... by wokół ciebie skakał?
– Więc to o to chodzi? Jesteś zazdrosny.
– Może i jestem.
Zamilkł, wpatrując się w nią. Lamia westchnęła ciężko.
– Obiecujesz, że nie będziesz robił mi scen zazdrości? – zapytała.
– Tak – padła krótka odpowiedź.
– Obiecujesz, że nie będziesz się szarogęsił?
– Proszę?
– Że nie będziesz podejmował sam żadnych inicjatyw i decyzji.
– Wiem, na czym polega rola przewodniczącego – odparł Mu-shen, krzyżując dwa palce za plecami; zabawny gest, który stosował jeszcze jako dziecko, gdy obiecywał coś, czego dotrzymać nie miał zamiaru.
– Cieszy mnie to. To jak... jesteś głodny?
– Owszem – zaśmiał się mężczyzna. – Najbardziej na ciebie.
Lamia prychnęła rozbawiona, do drzwi ktoś zapukał, kobieta otworzyła je i zamówiła spory posiłek, którym zamierzała podzielić się z Mu-shenem. Pracownica obsługi zapamiętała zamówienie i odeszła, powtarzając je w myślach.
– Przez ciebie pomyślą, że jestem obżartuchem – zażartowała Lamia, zamykając drzwi i spoglądając w głąb apartamentu, gdzie rozparty na krześle siedział Mu-shen. Mężczyzna obracał na palcu spory pierścień i zdawał się być myślami bardzo daleko stąd.
– Widziałeś, jak dziwnie zachowuje się Hasmuth, jakby nie był sobą?
Mu-shen oderwał wzrok od pierścienia.
– Przez całą sesję milczał, wpatrywał się w podłogę i głosował za tobą, a przecież wszyscy wiedzą, że on za tobą nie przepada. Zawsze stał w opozycji, skąd więc ta zmiana?
– Skąd mogę widzieć, może wreszcie coś do niego dotarło!
– Nie denerwuj się, po prostu nie tylko ja zauważyłam, że coś z nim jest nie tak, Nodu-tan...
Mu-shen uderzył pięścią w oparcie fotela. Przebrzydły lizus, przydupas Ker-linga, śmiał łapy wyciągać po jego własność.
– Co... powiedział Nodu-tan? – ryknął wściekły, że wspomniała o tym mężczyźnie. Do tej pory Nodu-tan, jeden z Honorowych, był mu całkowicie obojętny, nie przeszkadzało mu nawet to, że publicznie podważał jego wypowiedzi, Mu-shen tłumaczył to sobie zazdrością i faktem, że Nodu wywodził się z niższych kast, a wszystko, co osiągnął, zawdzięczał sobie, dlatego przykleił się do Ker-linga jak pijawka.
Ton Radnego zbił Lamię z tropu, Mu-shen wyraźnie był poddenerwowany, nie dziwiła mu się, tragedia w domu, zaginięcie ukochanej córki, a teraz walka o przewodnictwo w Radzie, to wszystko musiało na niego wpłynąć.
– Przecież wiesz, że nie przyjęłabym jego awansów – powiedziała łagodnie, kładąc mu dłoń na ramieniu. Mu-shen oparłszy głowę o zagłówek fotela, przymknął oczy.
– Jestem zmęczony – szepnął. – Czasami mam ochotę zrestartować swoje życie. – Lamia odparła, że go rozumie, ale on wiedział, że było inaczej. Jak mogła rozumieć? Przecież nie znała całej prawdy o nim, na tej planecie nikt jej nie znał. Siedzieli w ciszy, Mu-shen wyraźnie nie miał ochoty na rozmowę.
– Sprawdzę, co z naszym jedzeniem – powiedziała w końcu Lamia. Przedłużająca się cisza i na nią źle wpływała. Mężczyzna nawet nie zareagował, wyglądał jakby zasnął. Kobieta cicho opuściła apartament i poszła w kierunku kuchni, idąc szerokim korytarzem mijała drzwi prowadzące do apartamentów innych radnych, przed drzwiami do kwatery Mu-shena stał Hasmuth i zaciętą miną wpatrywał się w nie. Zdawało się, że nie zauważył przechodzącej tuż obok kobiety, która znacznie zwolniła kroku.
– Szukasz Mu-shena? – zapytała. Hasmuth spojrzał na nią zaskoczony.
– Nie – odparł. – Dlaczego myślisz, że go szukam?
Lamia uśmiechnęła się niepewnie, coś w wyrazie twarzy tego wojownika mówiło jej, że powinna się wycofać.
– Wiesz, gdzie on jest? – zapytał mrużąc oczy.
– Nie – odparła szybko i zawróciła, nagle minęła jej ochota na jedzenie, miała wrażenie, że Hasmuth poderżnął by jej gardło, gdyby dowiedział się, że Mu-shen jest u niej. Teraz jeszcze mniej rozumiała, dlaczego ten wojownik głosował za Mu-shenem. Wróciła do pokoju, Radny siedział tam gdzie go zostawiła.
– Coś taka blada? – zapytał, dostrzegłszy wyraz jej twarzy.
– Hasmuth stoi przed drzwiami do twojej kwatery i wygląda, jakby oszalał – powiedziała na jednym wydechu. Mu-shen wyprostował się w fotelu. – Mówiłam ci, że zachowuje się dziwnie.
– Przejdzie mu, zobaczysz – odparł Mu-shen, a w myślach zanotował, żeby po skończonej sesji niezwłocznie skontaktować się z gildią zabójców ze Styksu i dowiedzieć się o stan zdrowia uprowadzonych dzieci Hasmutha.

wtorek, 29 października 2013

18. Czas na zmiany

     Yu-shen, najstarszy syn Mu-shena - wielkiego Łowcy, członka Rady Starszych i Honorowego, siedział zamknięty w celi pod domem swojego ojca. Zawsze posłuszny, bez sprzeciwu wykonywał wszystkie jego polecenia, nawet te, które sprzeczne były z Kodeksem Honorowym i prawem cywilnym, nawet te, które sprzeczne były z jego własnym sumieniem. Nigdy się nie sprzeciwił, nigdy nie żądał niczego w zamian, chciał tylko, by ojciec był z niego dumny, chciał widzieć ten wyraz twarzy, gdy wracali z misji i wszystko było załatwione tak, jak chciał tego ojciec.
      Pierwsze dni spędzone w uwięzi były najgorszymi chwilami w jego życiu. Świadomy śmierci ukochanej kobiety i dwójki synów sam pragnął umrzeć. Nie mógł jednak sobie jej zadać, bo wciąż był obserwowany. Jeden z jego braci pilnował go bezustannie, a po paru godzinach przychodził jego zmiennik i Yu-shen nigdy nie był sam.
Potem przyszła złość i chęć zemsty. Syn Mu-shena wiedział, że ojciec będzie chciał go złamać, nie zabije go, o nie, to byłoby zbyt proste. Ojciec każe mu żyć i w każdej dogodnej chwili będzie mu przypominał, że to przez jego nieposłuszeństwo zginęła Mirja i dzieci.
Yu-shen postanowił, że zaczeka na odpowiednią okazję i zabije ojca - choćby miał za to odpowiedzieć życiem, choćby miał czekać latami... w końcu go zabije - i zrobi to tak, żeby stary wiedział, że umiera. Powoli wykrwawi go kropla po kropli, powyrywa mu kły, wykuje oczy, wyrwie włosy i rozczłonkuje ciało, a może nawet nawinie jego jelita na swoją włócznię, kiedy ten będzie jeszcze żył.
Zamknięty Yautjańczyk poczuł przypływ adrenaliny, przypomniał sobie słodki, odurzający zapach krwi. Przypomniał sobie Łowcę, który przyszedł uwolnić starego więźnia. Ironia losu - pomyślał - szukaliśmy go po całej galaktyce, a on sam do nas przyszedł.
Yu-shen wiedział, co zrobił tamten z jego braćmi, ale najbardziej zaskoczyła go wiadomość, jak tamten rozprawił się ze starym mistrzem; podjął decyzję, musi go odnaleźć, jeśli jego zemsta ma się udać, musi odnaleźć Łowcę w czerwonej zbroi.

*

     Nastał czas zbiorów. Na dużej, ciepłej i wilgotnej planecie klimat sprzyjał wzrostowi roślin, więc Yautjańczycy nie znali głodu. Każda rodzina posiadała własny, mały ogród warzywny oraz sad w pobliżu domu, a na wielkich polach za miastami, na masową skalę, uprawiano wszystkie niezbędne do przetrwania gatunki roślin oraz hodowano zwierzęta na mięso i skóry.
Rodzina Mu-shena zgodnie z wielopokoleniową tradycją, która nakazywała uczczenie tej pory, wyruszyła wraz z innymi yautjańskimi rodzinami na zbiór dzikich owoców. Wszystkie kobiety, dzieci małe i starsze oraz synowie Mu-shena, jako obstawa, udali się do pobliskich lasów. Zbierano owoce, z których przyrządzano nalewki  i soki oraz zioła niezbędne w kuchni, nadające potrawom wspaniały smak i aromat. W obecnych czasach te zbiory były już bardziej pretekstem do spotkań niż rzeczywistą potrzebą zgromadzenia zapasów. Nawet lasy w pobliżu stolicy, niegdyś pełne dzikich i niebezpiecznych zwierząt, były teraz niczym parki - odgrodzone od reszty puszczy, utrzymywane w czystości, ze stałą populacją niegroźnych mieszkańców.

Sha-uni, która ze względu na swój stan i to, co przeszła jakiś czas wcześniej, nie mogła uczestniczyć w tej corocznej wyprawie, nawet nie miała na nią ochoty. Korzystając z nieobecności rodziny i faktu, że ojciec był na zebraniu Rady, dziewczyna postanowiła odwiedzić Yu-shena. Zeszła do piwnic, gdzie mieściły się cele i uprosiła pilnującego więźnia, by pozwolił im porozmawiać na osobności. Usiadła na podłodze przy kratach i spojrzała w głąb celi. W kącie na pryczy leżał Yu-shen i wpatrywał się uparcie w sufit, dając Sha-uni w ten sposób znać, że nie jest tu miłe widziana. 
   - Yu-shen - zaczęła cicho, spoglądając w podłogę - tak mi przykro.
   - Przykro?! To wszystko?... Musiałaś to zrobić?
  - Skąd mogłam wiedzieć, że masz mnie pilnować? A poza tym, to ty... Przepraszam. - Nie odrywała wzroku od podłogi.
   - To i tak już nic nie zmieni, oni nie żyją - odburknął brat i odwrócił się do niej plecami.
   - Tego nie wiadomo. 
   - Co? - Usiadł i zapatrzył się w jej bladą twarz.
   - Goth i reszta jeszcze nie wrócili i nie dają oznak życia. Wczoraj ojciec wysłał Mo, by sprawdził co się stało.
Zapadła cisza, Yu-shen zastanawiał się nad czymś intensywnie.
   - To jeszcze o niczym nie świadczy, pewnie zabalowali gdzieś, albo Goth narozrabiał. - Zamilkł, po czym wstał, podszedł do krat i kucnął obok siostry.
   -  Musisz mi pomóc - powiedział w końcu.
   - Yu, nie mogę cię uwolnić.
  - Nie, nie o  to mi chodzi. Powiedz mi wszystko o tym, który zabił naszych braci, wszystko... nawet najdrobniejszy szczegół, nawet jeśli będzie ci się on wydawał błahy. Muszę wszystko o nim wiedzieć, muszę wiedzieć, dlaczego ojcu tak bardzo na nim zależy, dlaczego kazał nam złapać go żywcem i dostarczyć do domu, a nie do siedziby Rady.
Sha-uni zamknęła oczy i pokręciła przecząco głową.
   -Nie mogę, przykro mi, ja naprawdę nie mogę, nie chcę o nim myśleć.
   - Więc nie myśl! - Zdenerwował się mężczyzna.
   - Yu, wiesz, co on mi zrobił, nie proś mnie o to!
   - Nie chcesz o nim mówić, to chociaż zdobądź nagranie.
   - Jakie nagranie?
  - Dziewczyno, myśl! Z maski mistrza. On był starym, szczwanym lisem, na pewno uruchomił nagranie. Zawsze nagrywał nasze potyczki, by później wytykać nam nasze błędy, nie pamiętasz?
   - Tak, lecz jeśli cokolwiek nagrywał, to ojciec, z całą pewnością, ukrył gdzieś nagranie.
   - Owszem, w swoim gabinecie. Za jedną ze ścian jest ukryty tajemny pokój.
   - Skąd o nim wiesz?
  - Jestem jego najstarszym synem, wiem o wielu rzeczach, o których tobie, jego żonom czy chociażby naszym braciom nawet się nie śniło.
   - Ale...
   - Dam ci hasło, wkrótce święto zbiorów i będzie okazja. Musisz to dla mnie zrobić.
   - Dobrze - skinęła.
  - Więc idź już! Nie, zaczekaj! Wyślij tę wiadomość, adres odbiorcy sam się aktywuje po umieszczeniu dysku w komputerze.
Sha-uni wzięła niewielki zielony krążek z dłoni brata, czuła, że jest mu to winna, że to przez jej głupotę znalazł się w takiej sytuacji. Postanowiła zrobić wszystko, by mu pomóc, wiedziała, że ojciec często łamał kodeks, na straży którego - z racji zajmowanego stanowiska - winien stać. To nagranie to mała cena za śmierć rodziny Yu-shena.

*

     Zebranie Rady Starszych odbywało się raz na dziesięć dni, chyba że wydarzyło się coś ważnego, wtedy zwoływano nadzwyczajne posiedzenie bez względu na czas i miejsce pobytu Radnych.
W wielkiej, okrągłej sali znajdowało się dziewięć dość sporych foteli, każdy przypisany był jednemu Radnemu, im miejsce było bliższe środka, tym status Radnego był wyższy. Na samym środku znajdowało się miejsce Przewodniczącego.
Mu-shen zajmował drugie miejsce od środka, więc był jednym z ważniejszych jej członków. Siedział na swym miejscu i spoglądał na widok za wielkimi oknami. Myślał, że już wkrótce spełni się to, o co walczył i o czym marzył, jego rozważania przerwał Przewodniczący Rady.
   - Panowie, skoro wszyscy już są, to myślę, że możemy zaczynać. Pierwsza i najważniejsza sprawa dotyczy klanu Złej Krwi. Has'muth przygotował raport. Przewodniczący kiwnął w stronę wymienionego, a ten wstał ze swojego miejsca by być lepiej widocznym i słyszanym.
   - Nie będę teraz czytał całego raportu, macie go, panowie, każdy w swoim komputerze, przedstawię tylko pokrótce sytuację. Otóż, jeden z naszych szpiegów doniósł nam o wyjątkowej aktywności na Styksie, głównej planecie należącej do wyrzutków.
   - Co masz na myśli mówiąc: aktywność?
 - Rekrutacja, tak Zła Krew tworzy armię. Do tej pory żyli w miarę spokojnie, podróżowali po wszechświecie, szukali nowych miejsc do polowań i nie wychylali się za bardzo, ale ostatnio ogłoszono pobór do... - Has'muth zerknął w notatki - Oddziałów Porządkowych i nie byłoby w tym nic dziwnego, bo wiemy, kto ląduje wśród wyrzutków, gdyby nie liczebność tych oddziałów.

Zapadła cisza, a Przewodniczący rozejrzał się po sali, przyglądając się kolejno każdemu z członków Rady.
   - To ilu ich jest? - zapytał od niechcenia Mu-shen.
   - Na razie dwie armie po dwa tysiące wojowników.
   - To nie aż tak dużo - zauważył beztrosko Mu-shen.
  - Może i nie, ale należy pamiętać, kto się w tych oddziałach znajduje. To nie są nieopierzeni młodzieńcy z klanu Młodej Krwi. Wiecie, że nie siedzą w domach w ciepłych kapciuszkach i nie grzeją kości przy kominku.
   - Przesadzasz - wtrącił się Mu-shen.
Has'muth spojrzał na niego. - Czyżby? - zapytał i kontynuował. - Druga sprawa to liczebność ich floty. W naszej galaktyce ostatnio podwoiła się liczba ich okrętów, podejrzewamy, że czegoś szukają, ale jeszcze nie wiemy czego.
   - Czy wasze obawy nie są trochę na wyrost? - po raz kolejny zabrał głos Mu-shen. - Co zamierzacie?Przecież już kilkakrotnie próbowaliśmy z nimi walczyć; bezskutecznie. Siłą nic nie wskóramy, moim zdaniem prościej będzie nagiąć trochę stare prawa i przywrócić Złą Krew społeczeństwu, oczywiście tych mniej szkodliwych a resztę...
   - Dosyć! - przerwał mu Przewodniczący. - My stoimy na straży starych praw. Nie zmieniano ich od pokoleń. Nie zrobił tego nikt przed nami i my tego też nie zrobimy.
    - A, może już najwyższy czas coś zmienić, ruszyć się naprzód a nie ciągle...
  - Nie! Zamilcz! Twoje słowa sączą jad. Czy to twoja oficjalna postawa? Bo jeśli tak, to będziemy zmuszeni zastanowić się nad dalszym sensem twojego członkostwa w Radzie. - Przerwał mu Przewodniczący.
   - Zrobicie, jak chcecie, ja tylko chciałem zapobiec przelewowi krwi, ale jeśli taka wasza wola... - zakończył Mu-shen i opuścił salę.


Przewodniczący kiwnął głową, narada była skończona, jutro spotkają się znowu, skoro dziś nie doszli do porozumienia. Wszyscy Radni wyszli. W wielkiej sali pozostał tylko Przewodniczący i Has'muth.
   - Co o nim myślisz? - zapytał Przewodniczący.
   - Nie wiem, jego poglądy są dość dziwne, ale to o niczym nie świadczy.
   - Nie znasz go tak dobrze jak ja. On nie robi niczego, jeżeli nie ma w tym swojego interesu. 
   - To nie znaczy, że jest zdrajcą... Ale będę miał go na oku, innych zresztą też. 
  - Jesteś w radzie dopiero od pięciu lat, więc nie pamiętasz tego, co działo się tu za czasów starego Przewodniczącego. Już wtedy Mu-shen miał dziwne poglądy i groziło mu wydalenie, ale Przewodniczący stanął po jego stronie. Odniosłem wtedy wrażenie, że stało się coś, co miało wpływ na jago decyzję. Do dziś nie wiem, co to było, ale... Sam nie wiem, po prostu miej na niego oko.